felieton

Finałowa siódemka 2023 (+ bonus) | Felieton Przemysława Poznańskiego

Wybrałem – jak co roku – swoją własną „finałową siódemkę” (+ bonus). To książki, które chciałbym zobaczyć w finałach najważniejszych tegorocznych konkursów literackich – pisze Przemysław Poznański.

Czy pośród wielu świetnych książek można wskazać najlepszą? Z tym dylematem mierzą się od lat jurorzy najważniejszych konkursów literackich. Czasem z ich decyzjami się zgadzamy, czasem nie do końca, bo sami typowaliśmy inny tytuł. Zresztą, nikt nie jest nieomylny – czasem więc przepadają książki wybitne, a wyróżniane są średnie. Na szczęście zawsze można wskazać własną „finałową siódemkę”, z czego od trzech lat skwapliwie korzystam. Styczeń to zresztą najlepszy ku temu moment – trwa właśnie nabór książek do najważniejszych konkursów literackich i już wkrótce rozpocznie się trwający wiele miesięcy czas festiwali i gali, podczas których zacne grona wskażą swoich faworytów.

Co doceniono?

Lubię oczywiście po roku sprawdzić, jak poradziły sobie moje ubiegłoroczne propozycje: czy zostały docenione, a może przeszły niezauważone, choć na mnie wywarły wielkie wrażenie. Cieszy fakt, że w tym roku praktycznie wszystkie moje wskazania znalazły też uznanie w oczach jurorów najważniejszych konkursów, nawet jeśli nie zawsze (a szkoda) docierały do finału. Najbardziej żal mi chyba „Szczelinami” Wita Szostaka, książki, o której pisałem (i co podtrzymuję z całą mocą), jakiej wcześniej nie było i jakiej pewnie już nigdy nie będzie. Powieść na szczęście nie została zupełnie niezauważona – znalazła się bowiem na długiej liście Nagrody Literackiej Nike, ale to jednak zdecydowanie za mało.

Za to laureatką tego wyróżnienia została inna z typowanych przeze mnie książek – „Ten się śmieje, kto ma zęby” Zyty Rudzkiej, doceniona za „weryzm” opowieść o Werze, byłej fryzjerce męskiej,  zmagającej się ze skutkami nieuchronnego przemijania: przemijania ludzi, emocji, przedmiotów. Uznanie zdobył też Jakub Nowak i jego powieść „To przez ten wiatr”, nagrodzona prestiżową Nagrodą im. Witolda Gombrowicza – opowieść, w której autor bierze na warsztat żywioły niespełnionych uczuć i marzeń, by zderzyć je z nieokiełznanym i groźnym żywiołem Dzikiego Zachodu, a wrzucając w to wszystko Modrzejewską i Sienkiewicza tworzy powieść, która z brawurą przekracza, a wręcz rozsadza, granice powieści historycznej. Z kolei „Grisaille o zwykłym osiedlu” Justyny Hankus znalazło się na długiej liście nominacji do Nagrody Conrada, a mój „bonus”, czyli „Agla. Alef” Radka Raka został uhonorowany Nagrodą Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla dla najlepszej polskiej powieści fantastycznej w 2022 roku.

Komu nagrody, komu?

Nie jest łatwo – jak zwykle – wybrać spośród tak wielu książek, które ukazały się zeszłym roku, tylko siedem (+ bonus). Tak jak przed rokiem, i tym razem ułatwię sobie zadanie: nie wspomnę o literaturze gatunkowej, o literaturze faktu i o eseju, nie pochylę się na poezją. Wskażę za to tę prozę z kategorii literatury pięknej, którą czytałem i dlatego wiem, że nie powinna pozostać niezauważona.

Zanim więc przejdę do finałowej siódemki i do bonusa, chcę wspomnieć o powieści Barbary Sadurskiej „Bajka, Bajeczka”, „Spacer z motylem” Małgorzaty Pawlak, czy „Wniebogłos” Aleksandry Tarnowskiej, które czytała i recenzowała dla Zupełnie Innej Opowieści Małgorzata Żebrowska, albo „Niejasnych spektaklach” Dawida Kaina czy „Mam przeczucie” Łukasza Krukowskiego, które zrecenzował Wojciech Gunia. Warta doceniania jest też sztuka Ewy Sułek „Zwierzęta, które zjadły swoich ludzi”. Mam też nieodparte wrażenie, że w kategorii eseju szansę na laury ma znakomita książka Piotra Pazińskiego „Przebierańcy w nicości. Rzecz o malarstwie Witolda Wojtkiewicza”

Ale czas na moją finałową siódemkę. I na bonus.

Nasze codzienne maski pod maską historii

Ogromne wrażenie wywarła na mnie w zeszłym roku historyczna powieść Macieja Hena „Segretario” (Wydawnictwo Literackie), w której autor oddaje głos postaciom często lekceważonym, by ich ustami przekazać zanurzoną w XV-wiecznej historii Polski, a jakże przy tym współczesną, pikarejską opowieść o sprzeciwie wobec narzuconych norm, wobec niesprawiedliwości i nietolerancji. Kreuje Hen w tej powieści niezwykłą bohaterkę, która od początku do końca sama tworzy swój wizerunek, narzuca sobie wymyśloną tożsamość, a dzięki temu nie poddaje się normom mogącym ograniczać jej ambicje i życiowe plany. Ta bohaterka, czyli Gredechin Specht, to zatem także bohater ― Georg Starkfaust, student medycyny na Akademii Krakowskiej, który staje się z czasem osobistym sekretarzem, domownikiem i przyjacielem słynnego Filipa Kalimacha. Ale ten bohater to przecież także bohaterka – Hinde, Żydówka z rodziny od lat ukrywającej swoją tożsamość pod maską pobożnego chrześcijaństwa.

Autor „Segretario” pokaże nam oczami tej postaci świat opisany z imponującym znawstwem szczegółów epoki, drobiazgowo odtwarzający XV-wieczną codzienność, a jednocześnie bliski nam, odbijający wręcz jak w lustrze obraz naszego tu i teraz. Nie tylko w przejmujących opisach pustych ulic miasta podczas epidemii „krościcy”, w których dostrzegamy paralele e do tego, co widzieliśmy nie tak dawno podczas pandemii COVID-19. Maciej Hen pisze bowiem powieść o nas, jednocześnie skłaniając nas do refleksji nad tym, czemu w istocie służą nasze codzienne maski czy przebrania i jakie skrywamy pod nimi sekrety.

O demonach, które nosimy w sobie

W tegorocznej „finałowej siódemce” znajdzie się dwoje pisarzy, których dzieła polecałem też przed rokiem. Pierwszą z nich (alfabetycznie) jest Justyna Hankus i jej „Dwie i pół duszy” (Powergraph), powieść, w której sięgając po mit mesjasza i wysycając go do jego najgłębszych pokładów, opowiada nam autorka o zderzeniu indywidualności ze zbiorową nienawiścią wobec wszystkiego, co wystaje ponad przeciętność. Podtytuł tej powieści brzmi „Folk noir”, co jednoznacznie wskazuje na miejsce i nastrój prozy, która wyszła spod pióra Hankus. A te z kolei mają fundamentalne znaczenie dla odczytania książki, zanurzonej bez reszty w żywiołach prowincjonalności i czającego się tam niepokoju. Bo choć „Dwie i pół duszy” w głównej warstwie czasowej rozgrywa się niemalże tu i teraz, pod koniec lat 90. XX wieku, to przecież jednocześnie rozgrywają się w świecie odległym poprzez swą niezwykłość. Taką, która wynika w głównej mierze z poddania fabuły wpływom tego co okazuje się być niecodzienne dlatego tylko, że dla nas nie do końca pojęte.   

Justyna Hankus uprawia bowiem prozę, która sięga dalej i głębiej niż pobieżne przyglądnięcie się rzeczywistości, opisanie zdarzeń czy nawet namiastka wglądu w intymność. Autorka obnaża w swej książce naszą, jakże częstą, niegotowość do wykroczenia poza ramy tego, co banalne, co codzienne i zrozumiałe, wystawia więc na próbę naszą wrażliwość na to, co wydaje się nam być nieracjonalne. Jej świat wydaje się być zbudowany na prawach świata fantastycznego, w którym z założenia obowiązują właściwe dla takiej narracji specyficzne, osobne reguły. A przecież – jeśli zgodzimy się ten świat zaakceptować – okaże się on szybko zgoła niefantastyczny. Realny, ale realnością odmienną, zanurzoną w ludowości, w demonologii, ale opowiadającą najczęściej o tych demonach, które nosimy w sobie.

Zanim rzeka wpadnie do morza

Drugim z pisarzy, których wskazuję ponownie, a trzecim w tym rozdaniu, jest Wit Szostak. Tym razem za powieść „Rumowiska” (Powergraph). To książka, w której autor odsłania to, co zwykle ukryte, a przecież ważne dla tożsamości: dna rzek, strukturę powieści, drobne tajemnice, z których zbudowane jest nasze życie. Już zawarta w tytule powieści liczba mnoga wskazuje jednoznacznie, że interesuje Szostaka opowieść wielopoziomowa, rozgrywająca się jednocześnie w trzech warstwach – równie ważnych, choć przecież nieprzenikających się wprost, za to wchodzących ze sobą w dyskurs, mających na siebie wpływ, przekazujących sobie pałeczkę we wspólnej sztafecie będącej opowieścią o niezmienności czasu, w którym to, co trwa, musi kiedyś zniknąć, a w każdym razie się zmienić, ale i musi mieć początek, nawet jeśli czasem trudny do ustalenia.

W zdaniu otwierającym książkę: „Żal, że powieść można zacząć tylko raz”, rozbrzmiewa świadomość nieuchronności. Zdanie raz wydrukowane, podobnie jak każdy nasz czyn, pozostaną już na zawsze. Niezmienne. Niemożność wejścia dwukrotnie do tej samej rzeki to wynikający z ciągłego ruchu fakt, nie metafora. Szostak zaprasza nas więc do światów naturalnie przemijających, kończących się starorzeczami, ostatnimi zdaniami, śmiercią. Jego opowieść rozpięta jest jednak między owymi końcami a próbami określenia początków. Zanim rzeka wpadnie do morza Szostak pozwala nam zajrzeć pod jej taflę, dotknąć dna, koryta, poczuć ruch rumowiska, podobnie jak daje nam możliwość obcowania z procesem twórczym, pisaniem jako takim, konstruowaniem przedstawionego świata i zaludniających go postaci, w końcu daje nam możność sięgnięcia do konkretnych życiorysów postaci, wydobycia z nich owych drobnych tajemnic, z których tak naprawdę zbudowane jest życie jako opowieść o poszukiwaniu siebie, o chęci zrozumienia sensu istnienia i przemijania. Rzek, powieści, ludzkich losów.

Widmo końców świata

Podobne przesłanie niesie ze sobą „Reneta”, (W.A.B.) poetycka, pełna niedopowiedzeń proza Barbary Klickiej, gdzie znajdziemy opowieść o tym, co wyszło z użycia – drzewach, rzeczach, etapach życia. Ale i o świadomości zmiany i o usilnych próbach trwania w tym, co zaczepione w przeszłości. W słowie „przemijanie” zapisana jest bezpowrotność. To co było, nie wraca, nie da się użyć tego, co zużyte. Oczywiście można podejmować próby, można uzdatnić to, co uparcie trwa: na przykład używane ubrania. Ale przecież i tak nigdy nie będą już nowe, zawsze mieć będą piętno noszenia, zawsze będą z second handu. Podobnie jak te etapy życia, które już za nami. Tak, czasem zdarzy nam się zafiksować na czymś, co ma nas na siłę połączyć z przeszłością, na owej mitycznej „rzeczy”, poszukiwanej tu jak Graal, oczekiwanej jak Godot. Na pamiątkach, które może mimo wszystko udało się ocalić. Konkluzja jednak będzie jasna: nawet powrót do miejsc znanych z przeszłości nie unieważnia przepaści między „było” a „jest”.

Nad całą powieści Klickiej unosi się widmo końców tego, co znane bohaterom. Poza tą cezurą najważniejszą, która dzieli wszystko na niezlepialne części, rozdarte przez przywoływany tu często „wybuch”, dostajemy rozpisaną na retrospekcje całą sinusoidę zdarzeń przeszłych, podporządkowanych rozpoczynaniu i kończeniu, głównie zresztą w kontekście kolejnych etapów zawodowego życia bohaterki/narratorki. Praca jest tu bowiem niewątpliwie tym, co najbardziej zmienne, ale i tym, co w sposób najbardziej oczywisty uświadamia nam przemijalność: przemijalność mód, „robienie miejsca” dla tego co nowe, a więc wyrzucanie tego co stare, recykling, choć częściej utylizacja. Tak będzie w galerii sztuki, tak będzie w hurtowni ubrań z second handu. „Reneta” cała utkana jest zresztą z symboliki, z przedmiotów i ludzi, noszących znamiona desygnatów „trwania” i „przemijania”, usilnego trzymania się przeszłości nawet za cenę niedopuszczania do siebie tego, co na zewnątrz. Znoszone ubrania wybrzmiewają zresztą w tym kontekście najmocniej, gdy zadamy sobie pytanie o to, skąd pochodzą ich hurtowe ilości w owym postapokaliptycznym świecie powstałym po „wybuchu”, jaką miałyby do opowiedzenia historię, komu posłużą, jeśli uznane zostaną za zdatne do noszenia. 

„Wesele” na miarę naszych czasów

Nominowany swego czasu do Paszportu „Polityki” Dawid Kornaga, autor m.in. „Berlinawy” czy „Przerwanego snu Kashi” powrócił w tym roku powieścią „Miłość i zbrodnie w czasie wolnym” (Świat Książki). Pod tym dość frywolnym tytułem kryje Kornaga – wzorem Wyspańskiego – zaproszenie na wesele, które odbędzie się w… spa. „Narodowym spa”, można powiedzieć, bo spotkają się tam przedstawiciele wszystkich niemal grup społecznych, by zmierzyć się z targającymi nimi demonami popędów, kompleksów, frustracji i fobii. Ta proza to literacki fajerwerk, wybuchający co rusz niecodziennymi porównaniami, słowotokiem wewnętrznych monologów ubarwionych czy to ironią, czy sarkazmem, przede wszystkim jednak iskrzącym się dialogami jakby wziętymi z życia, prawdziwymi, charakterystycznymi dla poszczególnych bohaterów, reprezentujących tu przecież prawdziwy przekrój społeczny – od opływających w pieniądze gangsterów po beneficjentów programów społecznych, od policjantki po mającą problem z prawem sportsmenkę, od „zwyczajnych swingersów” po zadufanego w sobie szefa hotelowych boyów.

To zatem „Wesele” „na miarę naszych czasów”, literackie świadectwo epoki, charakteryzującej się wyraźnym społecznym rozwarstwieniem. To portret „elit” – tych czasem budzących naszą szczerą sympatię (jak owe trzy przyjaciółki na weekendowym wypadzie do spa), jak i tych zanurzonych w egocentryzmie, który każe im odciąć się symbolicznymi ścianami luksusu od reszty świata, skupić się na swoim tu i teraz, na pomnażaniu majątku, na często szemranych interesach, na wygodzie, na budującym ich tożsamość poczuciu wyższości, czyli wszystkim tym, co pozwala maskować codzienne lęki i usuwać z pola widzenia wyrzuty sumienia. Dawid Kornaga nie potrzebuje więc Chochoła, by ten przyciągnął ze sobą inne demony. Te zjawią się one tu i tak, bo tkwią głęboko w postaciach więc w kluczowym momencie wyjdą na wierzch i sprawią, że opadną maski i obnażona zostanie tyleż prawda o bohaterach, co prawda o Polsce anno domini 2023. Prawda, najczęściej zabarwiona ironią, ale w ten sposób tylko jeszcze bardziej porażająca.

Anty-ewangelia o zwątpieniu

Justyna Hankus odniosła się do mitu mesjasza, a Dawid Kornaga odzierał nas ze złudzeń o naszej wyjątkowości. Z kolei Marcin Oskar Czarnik w „Misterium” (Nisza) odziera tradycyjną polską religijność i w ogóle chrześcijańską mitologię z nieprzenikliwej dla refleksji błony religijnych formułek, by dać nam zgoła anty-mesjanistyczną opowieść o ludzkim wymiarze tworzenia, ponoszenia straty i szukania pobudzającej do życia miłości. Czemu taka opowieść służy? Dokładnie temu, czemu służyły ewangelie, choć oczywiście à rebours: jeśli tam chodziło o uzasadnienie (także poprzez przywołanie starotestamentowych proroctw) dla boskiego statusu wybrańca, to tutaj dostajemy opowieść o anty-boskiej tożsamości. Opowieść doszukującą się człowieczeństwa ukrytego za kompleksami związanymi z chłopskim pochodzeniem, unurzanym w religijnej obrzędowości, czy za nieheteronormatywnością, ukrytą za tradycyjnymi konwenansami i oczekiwaniami „normalności”.  

Już sam wybór imienia dla bohatera czyni z niego zaprzeczenie idei mesjańskiej. Tomasz to – w ewangeliach kanonicznych – archetypiczny przykład niedowiarka, podważającego akt zmartwychwstania Chrystusa. Tu staje się on postacią pierwszoplanową, predestynującą do roli kogoś, przez czyj pryzmat obejrzymy historię poczęcia (pokalanego), a nawet nie-stworzenia świata, nie-chrztu, nie-cudów, nie-śmierci bohatera, choć całkiem realnego prawie-z-martwych-wstania. To imię nie jest przypadkowe – jest raczej wyzwaniem rzuconym bezrefleksyjnemu rozumieniu ewangelicznej historii poprzez podstawienie w miejsce mesjasza kogoś, kto jest jego jawnym zaprzeczeniem. Jest pełnym zwątpienia człowiekiem.

Dlaczego człowiek czyni zło?

Na koniec, niejako na deser, zostawiam sobie prozę Stanisława Brejdyganta – jego „Zwierzenia” (W.A.B.), tom pięciu nowel, w których bada autor korelacje winy i kary, zabierając nas przy tym w fascynującą podróż w poszukiwaniu definicji tych pojęć i uświadamiając całą ich moralną oraz etyczną złożoność, a także dźwigany przez nie kulturowy czy religijny bagaż. To podróż dosłowna – przez kraj i przez kontynent, albo za więzienny mur. Ale i wyprawa umowna: w przeszłość, w zakamarki ludzkiej psychiki, czy w ku najbardziej intymnym emocjom. Zawsze jednak jest to podróż, która ma ten sam konkretny cel: zrozumienie istoty tego, co na co dzień wymyka się zrozumieniu, przygniecione coraz powszechniejszą chęcią łatwego, czarno-białego szafowania wyrokami i ocenami. 

I zawsze relacja z tej podróży będzie – zgodnie z tytułem tomu – zwierzeniem, a więc opowieścią możliwie najbardziej intymną, bo przybierającą formę czy to osobistych notatek, czy to objętych klauzulą poufności lub opartych na zaufaniu rozmów, tudzież dźwiękowych nagrań, także w formie monologów wchodzących ze sobą w dialog. Brejdygant szuka bowiem przez cały czas takiej formy narracji, która nie naruszy kruchej materii opisywanego przez nią przedmiotu, a raczej oplecie go siecią słów zrodzonych z ciekawości, wątpliwości, dylematów. „No dobra, powiem, co takiego musi być w książce, żeby mnie, policjantce, chciało się ją czytać. Po policyjnemu powiem: motyw. Czyli człowiek. Co nim kieruje? Dlaczego idzie on w prawo albo w lewo? Dlaczego robi dobro albo zło?” – usłyszymy w „Zwierzeniach policjantki”, jednej z nowel. I dokładnie o tym jest cała książka Brejdyganta: o transgresji jako akcie złożonym, niedającym się wpisać w prosty układ zło-dobro, wina-niewinność, właśnie z powodu stojących za tym aktem motywów i często niełatwych wyborów.

Oto bonus

Dwa lata temu bonusem był „Płomień” Magdaleny Salik, rok temu „Agla. Alef” Radka Raka. W tym roku nie będzie jednak fantastyki. Chciałbym bowiem, żeby nie umknęła waszej uwadze „Saga o ludziach ziemi” Anny Fryczkowskiej, a w zasadzie dwa opublikowane w zeszłym roku tomy, czyli „Wpatrzeni w niebo”„Czas rumianku”. Dlaczego? Może dlatego, że Fryczkowska – autorka, która jakiś czas temu odeszła od prozy gatunkowej na rzecz takich książek jak fabularyzowana powieść biograficzna „Cyrkówka Marianna”, reporterska „Równonoc”, czy powieść o piekle kobiet „Wdowinek” – traktuje gatunek sagi jako punkt wyjścia do opowieści większej, wyrastającej poza gatunkowe ramy.

W pierwszym tomie pokazuje nam autorka los niepokornych mężczyzn, a może nawet bardziej kobiet, bohaterów i bohaterek opowieści o polskiej XIX-wiecznej wsi, który wpisany został w rytm nieuchronnych końców świata, ale i niosących nadzieję nowych początków. Tom drugi to opowieść o tym, ile trzeba mieć siły, by stawić czoła temu, co pozornie raz na zawsze ustalone, temu, co nieuniknione, temu, co wynika z naszych słabości. Oba tomy czerpią z autentycznych zapisków dziadka autorki, lecz Fryczkowska traktuje je tu nie jako diariusz, którego należy się ściśle trzymać, ale jako punktu wyjścia dla opowieści, która przede wszystkim przywraca historię kobietom, ale staje się też literaturą rozpiętą między tym co znane a tym co niepoznane, choć wciąż naturalne, nawet jeśli w sposób powszechnie niepojęty. Świat fizyczny, świat codzienności przeplatać się tu będzie zatem ze światem duchowym, światem pradawnych wierzeń, demonologii opartej o prawa przyrody.

Jednocześnie oba tomy „Sagi o ludziach ziemi” są opowieścią o sile znajdowanej w sobie wbrew własnym ograniczeniom, ale i wbrew światu, w którym bycie chłopem, a tym bardziej chłopką, to bycie kimś nieistotnym i pomijanym.  

Czekając na nominacje

Wszystkie te wymienione prozy daleko nie wyczerpują tego, co w minionym roku warte było zauważenia i co ma szanse znaleźć się wśród nominacji do najważniejszych literackich laurów. Ale i tak pokazują, że nie brakuje w polskiej prozie realizacji wybitnych, bo odkrywczych, bo zanurzonych tyleż w naszej rzeczywistości, co uniwersalnych, zrozumiałych poza ramami naszego tu i teraz. Tylko więc czekać, co o wymienionych książkach sądzić będą jurorzy, na jakie inne tytuły wskażą. Za wszystkie książki trzymam kciuki.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej