Dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. mamy dla was fragment poruszającej powieści „Ulepieni z winy”, której autorką jest Joanna Elmy. Zapraszamy do lektury. Premiera 8 kwietnia.

Czy można uwolnić się od winy, która nie należy do nas?
Ulepieni z winy to odważna i poruszająca debiutancka powieść o emigracji, przemocy domowej oraz dziedzictwie traumy pokoleniowej.
Autorka przez losy Jany, młodej bułgarskiej studentki, która dopiero co przyjechała do Stanów Zjednoczonych, jej matki Lili, która uciekła do Niemiec, oraz babki Ewy, której ojciec był prześladowany przez komunistyczny reżim w Bułgarii po 1944 roku, opowiada współczesną historię Europy Wschodniej.
Autorka, znana z literackiej wrażliwości i doświadczenia dziennikarskiego, opowiada historię kobiety próbującej odnaleźć swoją drogę w świecie, który wydaje się jednocześnie obcy i wymagający. W zawieszeniu między przeszłością naznaczoną bólem a teraźniejszością pełną niepewności, bohaterka zmaga się z pytaniami o tożsamość, poczucie winy i możliwość wyzwolenia się spod ciężaru rodzinnych doświadczeń. Powieść Elmy łączy intymny portret psychologiczny z ostrą obserwacją społeczną, odsłaniając niewygodne prawdy o życiu emigrantów, przemilczanych ranach i sile, jaką trzeba odnaleźć w sobie, by rozpocząć nowe życie. To książka pełna emocji, literackiej odwagi i refleksji, która zostaje z czytelnikiem na długo po zakończeniu lektury.
[opis okładkowy]
_____________________________
1.
Jestem spokojna tylko wtedy, kiedy jestem sama. Tak mówiła moja matka. Jako dziecko jej nienawidziłam, bo to oznaczało, że mnie miało nie być. Teraz przeraża mnie, jak dobrze ją rozumiem.
Moją myśl przerywa coś jasnego na nocnym amalgamacie asfaltu i nieba. Mrużę oczy. Pośrodku drogi błyszczy biały but. Mój wzrok przesuwa się dalej i widzę ciało. Krótkie spodenki, koszulka, bransoletka z muszelek nad kostką, długie rozpuszczone włosy. W końcu czerwony samochód, który przeżuwa rower. Musiało się to wydarzyć dopiero co, a ja nie zauważyłam, pogrążona w przeszłości. Samochody stoją naprzeciwko siebie po obu stronach skrzyżowania, silniki wyją, sygnalizacja świetlna kontynuuje bezmyślnie swój rytm, choć wieczór się właśnie zatrzymał.
Jedyną drogą do miasteczka jest trasa 1A, odnoga ogromnej autostrady – kręgosłupa stanu Delaware ażdo granicy z Maryland. Ci, którzy nie mają szczęścia i mieszkają poza miastem, jeżdżą tędy do pracy rowerami. Wolę jeździć nocą, gdy jest spokojnie. Rano wszyscy się spieszą, są kilometrowe korki, słońce bezlitośnie wpija się w skórę, a auta plują gorącym powietrzem jak rozwścieczone mechaniczne zwierzęta. Wieczorem jest prawie pusto. Pojedyncze samochody mijają mnie w rytmie wyznaczanym przez kilka świateł ulicznych w granicach miasteczka – potem na drodze robi się luźno. Skala Ameryki jest inna, wszystko jest większe, jakby świat się tu nadął. Większość lokali i sklepów jest zamknięta, z wyjątkiem kilku całodobowych jadłodajni. Każdego dnia mijam trzy skrzyżowania; ostatnie, to, na którym stoję teraz, jest najgorsze. Z pasa awaryjnego muszę przejechać na skrajny lewy z pięciu pasów, żeby zdążyć na zielonym. Samo skrzyżowanie jest na górce, czego nienawidzą moje zardzewiałe przerzutki. Zazwyczaj mogę odetchnąć dopiero, gdy znajdę się po drugiej stronie, obok flagi, która łopocze na wietrze. Flagi są wszędzie.
Wszyscy czekamy, aż ciało wstanie.
Stawiam rower na chodniku. Cały czas na nią patrzę, ale jednocześnie to nie ja – jakbym była znikającą mgłą, rozwianą przez wiatr. Jestem tu, ale nikt mnie nie widzi, nikt nie widzi niczego innego.
Noc jarzy się na niebiesko i czerwono. Za karetką przyjeżdża policja, hamuje i blokuje skrzyżowanie. Z wozu policyjnego wysiada oficer, który zabiera się za przekierowywanie nadjeżdżających samochodów. Ratownicy medyczni ruszają w stronę ciała. Naliczam jeszcze trzech policjantów – dwaj idą w stronę auta, w którym widać jedynie zarys postaci. Trzeci macha do mnie.
– Miss? English?
Potakuję.
– Wszystko w porządku? Czy to pani przyjaciółka?
Kręcę głową.
– Nie mówi pani dobrze po angielsku? Zna ją pani? Może mi pani chociaż powiedzieć, jak się nazywa?
– Nie. – Z jakiegoś powodu ochrypłam. – Nie. Mówię po angielsku. – Tym razem kiwam głową. – I nie znam jej.
– A… Przepraszam, nie zrozumiałem. Wszystko w porządku? Jest pani ranna?
– Nie.
– Widziała pani to zdarzenie?
– Nie wiem… nie. Nie. Przyjechałam już po wszystkim… Co z nią?
– Nie wiem. Koledzy zrobią, co należy. Znaczy, niczego pani nie widziała?
– Nie. Tylko… tylko but, tam.
– Gdzie pani mieszka?
– Tam.
– Nie, mam na myśli pani adres. Zawieźć panią? Dobrze się pani czuje?
Próbuję się oprzeć chęci spojrzenia w jej kierunku. Obok dwaj ratownicy wyciągają nosze, podczas gdy pozostali dwaj układają jej powykrzywiane kończyny.
– Przepraszam. Mieszkam za supermarketem. Tutaj skręcam w lewo, potem w prawo. Na Airport Road. Naprzeciwko Wallmartu.
– Jest pani w stanie sama wrócić? – Spogląda w tył
przez ramię. Zaczyna przywoływać ruchem ręki swojego
kolegę. – Poproszę, żeby panią odwieźli. Albo przynajmniej
panią odprowadzimy.
– Nie, nie, dziękuję… Naprawdę nie ma potrzeby. Tylko…
– Tak?
– Czy mogę skręcić? W sensie, teraz… czy mogę skręcić, jeśli przejdę na drugą stronę karetki?
Patrzy na mnie, wyobrażam sobie, co myśli. Nagle widzę się z boku: lepkie od cukru i sosów adidasy, krótkie spodenki, bluza. Dla niego wyglądam dokładnie tak jak ona. Nie ma opcji, żeby była Amerykanką. Amerykanie nie jeżdżą rowerami po autostradzie o północy.
– Może pani skręcić, oczywiście. Będzie lepiej, jeśli przejdę z panią na drugą stronę?
Kiwam głową.
Obchodzimy miejsce zdarzenia, jak policjant nazywa skrzyżowanie. W oddali słyszę brzęczenie radiostacji. Z tej strony niczego nie widać. Zanim mnie zostawi, zapisuje moje imię, nazwisko i miejsce pracy. Mówię mu tylko o jednej pracy. O drugiej uczono nas nie mówić.
– Dobranoc – mówi.
– Dobranoc. Dziękuję. – Potem sobie przypominam.
– Przepraszam… przepraszam! Ktoś zabierze ten but, prawda?
– Słucham?
– But… jej but jest na drugim pasie. Ktoś musi go zabrać… Na pewno będzie go szukała.
noc
Spotykamy się w chaosie świata. Między nami nie ma niczego – ani ludzi, ani kontynentów. Jeszcze tego nie wiemy, ale ta pierwsza noc jest naszą najpiękniejszą wspólną nocą. Siedzimy obok siebie na wieży ratownika, wysoko nad pustą plażą. Nie ma księżyca; jest tak ciemno, że jeśli ktoś by przyszedł od strony kurortu, usłyszałby tylko głosy, które opowiadają o życiu. Tu i teraz jesteśmy dla siebie najmłodsi, najbardziej nieznani i dlatego – najbardziej ekscytujący. Otworzymy się jedno przed drugim powoli, pozwolimy, by zgromadzony czas pooddychał. Każdy jest obcym w cudzym wszechświecie. Mamy tylko jeden wspólny język i jedną noc.
Wsadza sobie do ust dwa papierosy, odpala je i podaje mi jednego. Dym rysuje znaki zapytania na indygo nocy.
Kim jesteś?
Skąd jesteś?
Jak się tu znalazłaś?
Narodziny
Na zawsze pozostanę winna tego dnia. Oto moja matka. Jarzeniówki mrugają nad naszymi głowami. Jeszcze jesteśmy jednią i kwas jej myśli przenika aż do moich kości. Nigdy nie będzie podejrzewać, że zapamiętam wszystko: obrzydliwy brąz korytarza, echo każdego szklanego trzasku lampy. Popękany tynk, odręcznie zapisane tablice wiszące na drzwiach. Jesteśmy tu od wielu godzin. Jesteśmy same.
Matka ma mnie po raz ostatni.
Gdzie jest tato?
Nie wie.
Chcę na niego zaczekać.
Dziecko urodzi się ze śladami przenoszonej ciąży, poinformowano ją.
Cholera, ale zimno. Jej nagie ciało drży.
Gdzie są wszyscy?
Rodzę się w świecie braków. Jej brzuch zasłania drzwi oddziału i nic nie widzi. Lampa szklano odlicza: pyk, pyk, pyk…
Rozdzieram ją od wewnątrz. Przeklina mnie.
Czy w ogóle chcę przyjść na ten świat? W moim ciele pulsuje wahanie, z jakim mnie poczęli. Zmęczenie matki pełznie przez kręgosłup i naczynia krwionośne, dociera do łożyska. Mętne uczucie, że popełniono błąd, gromadzi się w moim organizmie razem ze wszystkimi witaminami i przeciwciałami.
Pojawisz się wreszcie? – modli się ona.
Pożółkłe prześcieradło na szpitalnym łóżku nasiąka krwią. Strasznie ją boli. Mnie boli.
Strasznie mnie boli.
Matka słyszy kroki i podnosi głowę, spocony kosmyk wystaje jej zza prawego ucha. Zbliża się do nas mężczyzna w białym fartuchu. Matka próbuje się zakryć rękami, złożyć nogi. On zatrzymuje się przy nas. Patrzy.
– A ty co tu robisz? – pyta nas.
Matka jęczy. On rozgląda się po korytarzu, robi kilka kroków w kierunku sali porodowej, zapala i gasi światło. Wraca, grzebie w kieszeni fartucha, wyciąga pomięty papier.
Ostrożnie kładzie dziesięciolewowy banknot na jej nabrzmiałym pępku. Śmieje się.
– Pójdź do kiosku kupić sobie wodę, zanim moi koledzy wrócą. No!
I znika.
Słyszę jej ostry oddech, pieśń szkła, skapującą na linoleum krew. Banknot spada w kałużę.
Nikt nie wie, gdzie jesteśmy. Do nikogo nie zadzwoniła. Ojciec nie wracał od kilku dni. Ona boi się, że znów zaczął…
Jeśli nas naprawdę kocha, weźmie się w garść. Dziecko go zmusi do wzięcia się w garść.
A jeśli nie, to przynajmniej nie będzie sama. Wybawię ją od samotności.
Dwie delikatne ręce rzucają prześcieradło na wilgotne, gotowe, by pęknąć, ciało.
– Umarłam? – pyta.
– Cicho, już cicho.
Ostry zapach wybielacza wnika w nasze płuca. Salowa biegnie do sali, gdzie z pewnością wciska dzwonek, żeby wezwać oddziałową. Matka mówi jej, że w większości szpitali przyciski nie działają.
Skąd pani wie? – pyta tamta.
Jestem lekarką – odpowiada matka.
Przełyka, lecz nie ma czego. Wie, że jest odwodniona.
Chcę tylko zobaczyć, czy masz po dziesięć palców u rąk
i nóg – mówi do mnie. Nie boi się, że umrze. Poczuła nawet ulgę. Zastanawia się tylko, kto wychowa dziecko.
Jakiś czas temu lekarz prowadzący powiedział jej: „Niedobrze mi się robi od skomlących kobiet”. Żeby uciec od bólu, myśli o czymś innym, zanurza się w definicjach i terminach, coraz głębiej i głębiej, w gęstym lesie wspomnień. Zaciska oczy, słowa pojawiają się jedno po drugim, zapisane czerwonym tuszem pod jej powiekami. Zawsze zdawała wszystkie egzaminy na szóstkę.
Świetnie, koleżanko, świetnie…
Stada szóstek zaczynają przebiegać jej przed oczami. Jest ich tak dużo… i wszystkie są grube, w ciąży. 6,
6,
6,
6.
Ich brzuchy się otwierają i wyskakują z nich kolejne, mniejsze szóstki.
…Policzy do sześciu i będzie po wszystkim.
Jeden.
Gdzie on jest?
Dwa.
Gdzie jest?
Trzy.
Coś gdzieś dzwoni.
Cztery.
Pięć…
Słyszy głosy.
Wstrząs hipowolemiczny. Ostry spadek objętości krążącej krwi.
Wstrząs oznacza udar. Jak to było? Pacjent pozostawiony bez leczenia przechodzi kilka etapów…
Joanna Elmy, Ulepieni z winy (fragment)
Tytuł oryginału: Направени от вина
Copyright © Joanna Elmy 2021
Copyright © for the Polish edition
by Grupa Wydawnicza Foksal, 2026
Copyright © for the Polish translation
by Magdalena Pytlak, 2026
Wydanie I
Warszawa 2026

