Maciej Kawalski traktuje „Lalkę” Bolesława Prusa z szacunkiem, dialogu z dzisiejszą widownią szukając przede wszystkim w operowaniu językiem nowoczesnego kina. Daje nam dzięki temu wciągające i poruszające widowisko o cenie, jaką przychodzi płacić za marzenia – pisze Przemysław Poznański.

Przeniesienie „Lalki” na ekran nie jest wcale projektem prostym. To przecież powieść obszerna, trzytomowa, bogata w wątki, dygresje i retrospekcje. Możemy darzyć sentymentem poprzednie ekranizacje, ale przecież arcydzielny skądinąd film Wojciecha Hasa z 1968 roku jest zaledwie wyimkiem z lektury, zaś serial z 1977 roku w reż. Ryszarda Bera okazuje się po latach opowieścią zbyt ilustracyjną, dosłowną, cytującą wprost całe fragmenty powieściowej prozy, co przy jednoczesnej monotonii montażu oraz nierzadkiej siermiężności scenografii sprawia, że seans najczęściej bywa nurzący.
Jedna z największych polskich powieści wszech czasów, domagała się więc nowej filmowej interpretacji. Długo na nią czekała, ale wreszcie ją dostała. W dodatku w dwójnasób, bo jako serial na platformie streamingowej, w reżyserii Pawła Maślony, twórcy choćby „Kosa”, będący jednak dziełem raczej inspirowanym Prusem, niż ekranizacją „Lalki”, i – umieszczoną na przeciwnym biegunie, bo oryginałowi możliwie wierną – epicką filmową opowieść w reżyserii Macieja Kawalskiego.
Najżółciejsza kamienica
W tym drugim przypadku dostajemy obraz filmowy zrealizowany nowocześnie, opowiedziany doskonałym językiem współczesnego kina, dzieło, które nawet przez moment nie nuży, za to wciąga w prawdopodobną, przekonującą, świetnie zagraną i równie świetnie pokazaną historię, bliską przy tym literackiemu pierwowzorowi. Kawalski eksperymentuje, i owszem, ale z szacunkiem dla Prusa (ten tu zresztą nawet się pojawia w interpretacji Tomasza Ziętka). Owszem, nie znajdziemy tu choćby pani Stawskiej i całej opowieści o kradzieży lalki (sama lalka, papierowa, jako symbol ulotności pojawi się w wątku paryskim). Zniknie bonapartyzm Rzeckiego i cała jego wizja „teatru świata, w którym jesteśmy tylko marionetkami”. Nie pojawią się też zawadiaccy studenci, dokuczający baronowej Krzeszowskiej. Te braki jednak nie rażą, o ile nie oczekujemy od ekranizacji, by była wierną ilustracją książki.
Ważniejsze, że udaje się reżyserowi zmieścić w filmie trwającym niecałe trzy godziny nie tylko większość wątków pierwszoplanowych, ale i imponujący ogrom zaczerpniętych z powieści drugoplanowych smaczków, jak choćby przekomiczny konflikt baronostwa Krzeszowskich (Maja Ostaszewska, Borys Szyc), a przede wszystkim imponującą rozmachem Warszawę z epoki, z pałacami, szerokimi alejami w Łazienkach, ale i z biedą Powiśla. Zadbają przy tym twórcy często o najmniejszy szczegół, jak wtedy gdy „najżółciejsza z żółtych” w mieście – jak opisuje ją Prus – wystawiona na licytację kamienica Łęckich, rzeczywiście okaże się żółta.

Z wojny na salony
Wielki ekran domaga się jednak przede wszystkim wielkich scen. Dostajemy taką już na początku. Stanisława Wokulskiego (Marcin Dorociński) poznajemy bowiem podczas „wojny bułgarskiej”, gdy ze swoimi pracownikami próbuje pod ostrzałem spławiać rzeką kolejną partię towarów, mających zapewnić mu niebotyczne zyski, dzięki którym wróci chwilę później do Warszawy jako człowiek niezwykle majętny.
Wraca jako kupiec, którego nowa pozycja pozwoli zbliżyć się do arystokracji, wejść na salony, zyskać posłuch pośród tych, którzy czują się od niego lepsi. Przede wszystkim jednak poznać i być może przekonać do siebie Izabelę Łęcką (Kamila Urzędowska), arystokratkę z rodziny na skraju bankructwa, żyjącej jednak wciąż ułudą, że los się odmieni, nawet jeśli chwilowo trzeba było zastawić rodowe srebra.
Arystokracja i idealiści
Reżyser nie przestawia akcentów, nie reinterpretuje, nie zmienia na siłę tego, co w społeczno-obyczajowej diagnozie Prusa najtrafniejsze. I tak Tomasz Łęcki (Andrzej Seweryn) to wciąż przekonany o swym geniuszu biznesowy dyletant, po uszy zadłużony utracjusz, co rusz wyciągający do Wokulskiego rękę po pieniądze, a zarazem przedstawiciel tracącej swoje znaczenie na rzecz burżuazji całej grupy społecznej, którą z marazmu jest już w stanie wybudzić tylko wizja bajońskich sum z inwestycji, której sedna nie jest jednak w stanie pojąć.
Z drugiej strony mamy świat idealistów, na czele których stoi Ignacy Rzecki (Marek Kondrat), subiekt w sklepie Wokulskiego i jego najlepszy przyjaciel. To tu znajdziemy też dra Michała Szumana (Maciej Stuhr), lekarza udzielającego biedocie darmowych porad, a i wreszcie samego Wokulskiego, który bezinteresownie wesprze choćby znajdującego się w trudnej sytuacji furmana Wysockiego (Artur Paczesny) i pomoże jego bratu, dróżnikowi spod Skierniewic (Marcin Zarzeczny).

Swatanie światów
Wiemy doskonale, że tych światów nie da się połączyć. Ale przecież można pokusić się o toby, by je do siebie zbliżyć. Kawalski w swojej wersji opowieści stawia przede wszystkim na panią Meliton (Agata Kulesza), wysuwając tę postać – swatki, zarazem kobiety do drobnych poruczeń – de facto na pierwszy plan, czyniąc ją (co będzie tu głównym źródłem humoru) wręcz mentorką Wokulskiego doradzającą mu w kwestiach towarzyskiego savoir-vivre’u, czy może raczej w tym, co robić, a czego unikać, by zyskać przychylność arystokracji, a przede wszystkim Izabeli. Na jakiego konia postawić w wyścigach, komu utrzeć nosa, a z kim trzymać sztamę.
Mogłoby się wydawać, że te porady pozwolą Wokulskiemu w świecie, w którym pieniądze dzielą i rządzą, osiągnąć zamierzony sukces. Wszak z powodu pieniędzy wychodzi się tu za mąż za kogoś, kogo nie jest się w stanie pokochać i to przez pieniądze (czy raczej ich brak) rezygnuje się z miłości, gdy potencjalny związek nie rokuje pod względem finansowym. Nawet gniew Izabeli, która poczuje się kolejnym transakcyjnym aktywem, gdy okaże się, że Wokulski kupił ich kamienicę ponad wycenę, jest tylko chwilowy. A jednak linia podziału przebiega gdzie indziej i jest nie do przekroczenia.
Fascynacje i wyrachowania
W istocie rzeczy „Lalka” Kawalskiego mówi o pasji i wielkich marzeniach, których koszt nijak nie jest wymierny. Filmowy Wokulski – bardziej może nawet niż u Prusa – to duży chłopiec. Owszem, robiący udane interesy, człowiek twardo stąpający po ziemi, o osobowości zbyt silnej, by dać się uśpić podczas seansu „magnetyzmu”, ale przecież jednocześnie człowiek zafascynowany tym, co nowe, co niezwykłe, co podszyte wielką ideą. Widać to w jego oczach, gdy wskoczy w Paryżu do balonu, by unieść się nad miastem, widać, gdy Geist (Andrzej Chyra) pokaże mu metal lżejszy od powietrza, a Ochocki (Filip Pławiak) będzie w jego obecności wykrzykiwał, że przypnie ludzkości skrzydła.
Tej pasji i marzeń nie ma w wyrachowanym świecie Izabeli. Uczucie Starskiego (Mateusz Damięcki) do niej, to co najwyżej erotyczna fascynacja, może nawet kolejny punkt do odhaczenia na liście męskich podbojów i odrzuconych awansów. Związek hrabiego Dalskiego (Cezary Żak) z Eweliną Janocką (Maria Sobińska) to kontrakt, a pielęgnowane, acz niespełnione dawne uczucie prezesowej Zasławskiej (Maja Komorowska), to spoczywające pod głazem memento, by nigdy nie popełniać podobnych błędów.
To zatem opowieść o cenie marzeń. Dla jednych zbyt wysokiej, by sobie na nie w ogóle pozwolić, dla innych owszem, również wysokiej, czasem najwyższej, ale akceptowalnej w imię obranego celu. Cenie, którą tak czy inaczej trzeba będzie prędzej czy później zapłacić.

Lalka, reż. Maciej Kawalski
scenariusz: Maciej Kawalski, Łukasz Światowiec
Producent: Gigant Films
Dystrybucja: Kino Świat 2026

