Zostaje tylko niewygodne pytanie, z którym Coetzee zostawia nas dzisiaj: czy potrafimy skutecznie bronić naszego miasta i jego granic, nie budując własnej tożsamości na urojonym strachu i nieustannej potrzebie wroga – pisze Jarosław Banaś w felietonie inspirowanym powieścią „Czekając na barbarzyńców”.

Powieść J.M. Coetzeego „Czekając na barbarzyńców” jest niepozorna i surowa. Dzieje się na odległych rubieżach nienazwanego Imperium, w małym przygranicznym forcie. Starzejący się Sędzia prowadzi tu spokojne życie, o tytułowych barbarzyńcach z pustyni słyszy się tylko w opowieściach. Wszystko zmienia się w chwili, gdy z metropolii przybywa pułkownik Joll – wysłannik aparatu bezpieczeństwa. Joll nie szuka prawdy tylko za pomocą okrutnych przesłuchań wymusza zeznania, fabrykuje opowieść o spisku i nadciągającej hordzie barbarzyńców.
Tytuł książki odsyła bezpośrednio do słynnego wiersza Konstandinosa Kawafisa, kończącego się gorzką refleksją: „A teraz, co się z nami stanie bez barbarzyńców? Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem”. W tym jednym zdaniu zamyka się cała logika władzy: państwo w kryzysie rozpaczliwie potrzebuje wroga, by zdefiniować samo siebie. Jeśli go nie ma – tworzy go przemocą.
Figura kozła ofiarnego
Francuski antropolog René Girard nazwał ten proces figurą kozła ofiarnego. Społeczność dotknięta lękiem i wewnętrznymi pęknięciami nie szuka rzeczywistych przyczyn swojego kryzysu. Znacznie łatwiej jest zjednoczyć tłum wokół wspólnej nienawiści, wskazując ofiarę i obciążając ją odpowiedzialnością za własny strach. U Coetzeego barbarzyńcy nie są realnym zagrożeniem, lecz wykreowanym przez pułkownika Jolla lekiem na paranoję Imperium. Tragizm Sędziego polega na tym, że gdy sprzeciwia się machinie tortur i okazuje ludzki odruch okaleczonej dziewczynie, sam zostaje okrzyknięty zdrajcą i wtrącony do celi. Kto odmawia udziału w nagonce, w logice państwa natychmiast staje się kolejną ofiarą.
Powieść Coetzeego zawiera głęboką przestrogę, której nie wolno sprowadzić do powierzchownego pacyfizmu. Odrzucenie urojeń pułkownika Jolla nie oznacza bezmyślnego zburzenia murów i otwarcia bram fortu przed kimkolwiek. Brama jest fundamentem miasta – to ona wyznacza bezpieczną granicę między swoim a obcym. Miasto ma prawo do obrony. Zbrodnia zaczyna się dopiero wtedy, gdy mur przestaje chronić, a zaczyna karmić paranoję; gdy za bramą trzeba za wszelką cenę „uwidzieć” wroga, by usprawiedliwić własne okrucieństwo i bezradność.
Doświadczenia współczesnej Europy
Czytając tę historię dzisiaj, widzimy, jak rozszczepia się ona na dwa zupełnie różne doświadczenia współczesnej Europy:
Trwająca wojna Rosji przeciwko Ukrainie to bezwzględny, realny najazd. Kijów i Charków zamykają bramy nie po to, by pielęgnować symboliczną paranoję, lecz po to, by ochronić ludzkie życie przed rakietami. W tej wojnie to Kreml stosuje metodę pułkownika Jolla, usprawiedliwiając zbrodnie bajką o „zagrożeniu ze strony Zachodu”.
Jednocześnie wewnątrz Europy – co pokazują choćby sukcesy skrajnie prawicowej AfD w Niemczech – powraca język oblężonej twierdzy. Gdy inflacja, lęk społeczny i niepewność demontują poczucie bezpieczeństwa, najprostszym rozwiązaniem staje się danie strachowi konkretnej twarzy: imigranta, obcego czy zewnętrznej instytucji.
Sędzia na końcu powieści zostaje sam na ruinach pustoszejącego fortu. Zima nadchodzi, wojsko ucieka, a zapowiadani barbarzyńcy nie zjawiają się na horyzoncie. Zostaje tylko niewygodne pytanie, z którym Coetzee i Girard zostawiają nas dzisiaj: czy potrafimy skutecznie bronić naszego miasta i jego granic, nie budując własnej tożsamości na urojonym strachu i nieustannej potrzebie wroga?
J.M. Coetzee, Czekając na barbarzyńców (Waiting for the Barbarians)
Przekład Anna Mysłowska
I polskie wydanie: Czytelnik 1990
ISBN: 9788383672304

