Z chaosu przypisanego do świata, w którym wszystko ma – i mieć musi – niejednoznaczny status, każe Szczepan Twardoch swoim bohaterom wyłuskiwać to, co dla nich najcenniejsze. W imię sprawy narodowej, w imię najbliższych, w imię spokoju duszy. A nawet dwóch dusz. O powieści „Waldkauz” pisze Przemysław Poznański.

Dostajemy powieść sensacyjną, psychologiczną i historyczną, a zarazem rozgrywającą się na pograniczu realizmu i niesamowitości. Dostajemy powieść opowiadaną w co najmniej trzech językach, po polsku, niemiecku i „wasserpolsku”, z narratorem co prawda pierwszoosobowym, ale przecież raz po raz wypieranym przez inne narracje – wszystko to sprawia, że „Waldkauz” wymyka się prostej definicji, wyślizguje się przy próbach przypisania go do jakiejkolwiek konwencji, pozostaje do końca niejednoznaczny.
Ale nie może być inaczej, skoro trafiamy na Górny Śląsk roku 1920 – miejsce, którego status zostanie dopiero określony za rok, poprzez rozpisany traktatem wersalskim plebiscyt. Jesteśmy więc w miejscu rozedrganym, rozbitym, szukającym swojej tożsamości, targanym niepokojami, wzmaganymi dodatkowo przez niosące ból echa zakończonej dopiero co Wielkiej Wojny. A wiemy przecież – choćby z „Umiłowanej” Toni Morrison” – że są takie momenty i związane z nimi emocje, które sprzyjają naruszaniu granic realności.
Okiem puszczyka
To świat, w który aby przetrwać, trzeba mieć dwie dusze. Tak jak Wilhelm Pisulla – były Kriminalpolizei-Wachtmeister, teraz prywatny śledczy w firmie Detektiv-Lux. Mężczyzna gorzko doświadczony przez los – jego starszy syn Franz, zaginął podczas wojny i mało kto wierzy, że przeżył, skoro nie daje znaku życia. Ursula, jego żona, wraz z młodszym synem, Karlikiem, wyprowadziła się z domu. Świat Pisulli jest więc jednym z owych rozbitych światów – światów na pograniczu, między tym, co było, a tym co jest i co być może.
Jakby tego było mało, na chrzcie dano mężczyźnie tylko jedno imię. A to ma kolosalne znaczenie: oznacza bowiem, że spośród dwóch jego dusz, tylko jedna jest ochrzczona. Druga pozostaje bezimienna, a tym samym pozbawiona wyraźnej tożsamości i – może z tego właśnie powodu –niepokorna. Ta dusza jest jak freudowskie id, które karmić trzeba mlekiem i koniakiem, a i tak pozostaje zbuntowana. Ta dusza jest jednak dla Pisulli darem – można ją posłać na skrzydłach puszczyka w dowolne miejsce i zobaczyć jego okiem to, co ludzie chcieliby ukryć, w tym choćby zbrodnię. W zamian trzeba jedynie znosić jej złośliwe podszepty, przekleństwa, groźby – wyrażane zawsze po wasserpolsku, bo wszak druga dusza nie uznaje innego języka, a już zwłaszcza niemieckiego.
Między światami
Twardoch buduje świat, w którym interakcja z duszą staje się pełnoprawną i w pełni akceptowalną relacją. Wszak kryminalna intryga, związana choćby z zaginięciem noworodka, czyli fabularnie punkt wyjścia dla powieści, przeplata się tu z ludową mitologią, pełną mamun czy utopców – funkcjonujących tu na równych prawach z ludźmi. Bo choć ten świat jest jak najbardziej realny, zakotwiczony przecież w konkretnym miejscu i czasie, w historii, w polityce, przywołującym wszak takie nazwiska jak Korfanty, to jednocześnie dopuszcza do siebie elementy dziwne, z pogranicza racjonalności.
Tak jednak jak rozdrgana jest rzeczywistość tamtego czasu, tak i rozdrgany jest Pisulla. A skoro tak, to i on musi funkcjonować na pograniczu światów, musi brać garściami z tego, co realne i z tego, co nadnaturalne – zwłaszcza, że podejmie się przecież w pewnym momencie misji niemożliwej, desperackiej, polegającej na szukaniu tego, co dla niego najcenniejsze, a czego znalezienie wydaje się jednocześnie – gdy przyłożyć jedynie miarę racjonalną – niemożliwe. Musi więc przejść granicę między światami i otoczyć się postaciami, których status jest równie niejednoznaczny, nawet baśniowy, jak choćby żołnierz, a zarazem poeta, chłop, a zarazem baba, Ślązak, ale nie człowiek, przyjaciel, ale też wróg.
To co istnieje, a zarazem nie istnieje
Dla tej opowieści autor tworzy oryginalną narrację – jakże by mogło być inaczej: niejednoznaczną, wymykającą się prostym definicjom. Twardoch oddaje co prawda głos Pisulli i to on – posługując się zresztą językiem zawierającym archaizmy fleksyjne, sugerujące, że mamy do czynienia z zapiskami z epoki – prowadzi nas przez opowieść o poszukiwaniu sprawców zbrodni, o poszukiwaniu osoby najbliższej, o gonieniu za czymś, co niekoniecznie da się dogonić lub za czymś, co okazać się może dla niego zgubą, za skarbem, który zarazem istnieje, jak i nie istnieje.
A jednak Pisulla nie zawsze panuje nad tą historią. Nawet nie dlatego, że w jednym przypadku pierwszoosobową narrację przejmie inny z bohaterów, co obnaży nam dwuznaczność jego motywów; ważniejsze, że nad narratorem jest ktoś jeszcze. Bywa to sama autor, ale przede wszystkim jest to owa druga dusza, która staje się w pewnej chwili recenzentem narracji, komentatorem, obnażającym szwy, wyzłośliwiającym się nad konstrukcją opowieści, szczególnie wtedy, gdy narrator decyduje się na retrospektywną dygresję.
Poza powieścią
Służy to najbardziej nadrzędnej idei niejednoznaczności przypisanej „Waldkauzowi” – już nie tylko pogrywania konwencjami, ale i gatunkiem. Twardoch postanawia nam opowiedzieć o próbie wyłuskiwania z otaczającego chaosu tego, co dla nas cenne, naruszając przy tym granice powieści. Skoro świat realny i nierealny mogą współistnieć w jednej przestrzeni narracyjnej, skoro może istnieć miejsce, nieprzypisane do końca żadnemu krajowi, skoro istnieją tu ludzie, co do których nie można stwierdzić z całą pewnością czy żyją, czy może jednak nie, to może też istnieć powieść, która wie, że jest powieścią, opowieścią składaną na bieżąco, na oczach czytelnika.
Ale nie jest przy tym „Waldkauz” eksperymentem, lecz powieścią świadomie wpisaną w formę najlepiej obnażającą zarówno ambiwalencję opisywanej rzeczywistości jak i skomplikowaną psychiczną kondycję ludzi, którym przyszło w niej żyć – naznaczonych wszystkimi bolesnymi piętnami owego miejsca i czasu.
Szczepan Twardoch, Waldkauz
Wydawnictwo Marginesy, 14 października 2026
ISBN: 9788368944235

