Bez kategorii

20 książek o (nie)tolerancji | Międzynarodowy Dzień Tolerancji

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Tolerancji, ustanowiony przez ONZ. Z tej okazji wybraliśmy 20 książek, które mówią o szacunku dla ludzi, niezależnie od tego kim są, a także o tym do czego prowadzi traktowanie innych jako gorszych.

Niszczy ludzi, niszczy społeczeństwa, zabija. Nietolerancja – zjawisko, którego źródeł nietrudno się domyślić: niezrozumienie odmienności, a nawet irracjonalny strach przed nią, niczym niepoparte poczucie wyższości, uznanie, że  jedna ideologia, religia czy zwykły pogląd z niewiadomych przyczyn jest lepszy od innych. W „Złotych okularach” dostajemy doskonałą analizę przyczyn tego zjawiska.

„Dni bez końca” Sebastiana Barry’ego to uniwersalna, wymykająca się prostym definicjom przypowieść o przywiązaniu, potrzebie miłości, wzajemnej trosce i opiece.

Napisany osiem dekad temu „Podróżny” jest nie tylko świadectwem nieludzkiej epoki nazizmu i analizą czasu gdy przyzwoitość zastępowana jest usankcjonowaną prawnie nienawiścią. Jest też ponadczasowym ostrzeżeniem przed każdą ideologią, która dzieli ludzi na lepszych i gorszych. Ostrzeżeniem porażającym.

Pozornie zjawia się znikąd, przypadkiem. W rzeczywistości jest cały czas wokół nas, a nawet w nas, tylko nie chcemy jej dostrzec. Przemoc. Dopiero, gdy jej doświadczymy, rozumiemy, że w zasadzie zawsze była obok i tylko mieliśmy szczęście, że nie staliśmy się wcześniej jej ofiarą.

Jestem lepszy, bo taki się urodziłem. Biały, chrześcijanin, heteroseksualny, mężczyzna. To wystarczy. I mówię to ostatnio coraz głośniej, bo co mi zrobisz? Jak podskoczysz, to spalę tę twoją budę z kebabem. Albo pobiję cię, jak w zeszłą sobotę w Lublinie pobito studenta z Turcji. Mogę to zrobić. Bo jestem lepszy. A więc bezkarny. Tak jest, tak będzie i tak było. Na przykład sześćdziesiąt lat temu na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie czarny kolor skóry oznaczał zepchniecie na margines społeczeństwa. Pokazuje to „Czarny jak ja” Johna Howarda Griffina – książka niedawno wznowiona w Polsce w nowym przekładzie Małgorzaty Glasenapp. Szokująco aktualna.

„10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie” Elif Shafak to zdumiewająca opowieść o rodzinie. Zarówno tej, w której przychodzimy na świat, jak i tej, która żegna nas, gdy wybieramy się w ostatnią drogę.

Pod maską powieści podróżniczej i awanturniczej Esi Edugyan skrywa opowieść o ucieczce, która staje się pretekstem do szukania swojego miejsca w świecie. Świecie, który wcale tego nie ułatwia, chętnie dzieląc ludzi na lepszych i gorszych.

Śledztwo dziennikarskie Jodi Kantor i Megan Twohey – dziennikarek „The New York Timesa”, które zdemaskowało Harveya Weinsteina, dodało odwagi milionom kobiet, by opowiedziały swoją historię, by powiedziały #metoo!

Szwecja stereotypowo kojarzy nam się z kapitalistycznym państwem socjaldemokratycznym, w którym idea „multikulti” stała się nie tylko dominującą doktryną polityczną rządu, ale też realizowanym praktycznie modelem społecznym. Czy jednak takie postrzeganie Szwecji nie jest li tylko projekcją naszych pobożnych życzeń? Reportaż „Kraj nie dla wszystkich” pokazuje inne oblicze tego kraju, oblicze tych, którzy urośli w siłę, zjednoczeni pod hasłem „Zachować Szwecję szwedzką”.

W dwóch, a w zasadzie nawet w trzech planach czasowych, w jakich rozgrywa się powieść Rebekki Makkai, głównym pytaniem jest: „jak ocalić?” – pamięć, miłość, bliskich, własne życie. Jak zrobić w to mimo szalej wokół zarazy.

Krzesło elektryczne, pięciolatki, nauczyciele, gwałty, jedzenie wymiocin, biczowanie, mundurki – to nie zbiór przypadkowych słów, to charakterystyka dzieciństwa 150 tysięcy kanadyjskich dzieci. Dzieci Pierwszych Narodów, nie najeźdźców kolonialnych. Przenieśmy się 7 tys. km na zachód, do kraju ocaleńców, po których historie sięgnęła Joanna Gierak-Onoszko w „27 śmierci Toby’ego Obeda”.

Jakub Żulczyk w „Czarnym słońcu” gładko przechodzi od cytowania najgorszego internetowego hejtu, przez odsłanianie struktur dystopijnego państwa teokratyczno-faszyzującego aż po apokaliptyczne wizje. Ale w istocie rzeczy to protest song. Mocny, choć nieobliczalny i nieprzewidywalny.

Lud Rohinga, współcześni outsiderzy świata, w którym przyszło im żyć, mają swój wrzesień 2017 r. Jakże inny od „naszego” września 1939. I jakże do niego podobny.

W przypadku „Opowieści podręcznej” na okładce przeważał kolor czerwony, kontynuacja bazuje na jaskrawej zieleni – kolorze nadziei. Bo o tym właśnie jest ta powieść – o tym, że terror kiedyś ustaje, reżimy upadają, a ofiary są w stanie skutecznie domagać się sprawiedliwości wobec swoich oprawców.

W „Marze” Małgorzata i Michał Kuźmińscy zabrali się za temat polskiego antysemityzmu. Tyleż bolesny i bez wątpienia wart ciągłego przypominania, ile w ostatnim czasie wielokrotnie już nagłaśniany. A jednak przepuszczając go przez pryzmat lokalnych, jednostkowych doświadczeń i ubierając w strój kryminału, ukazali go w nowym, tym bardziej przerażającym świetle.  

Na jej podstawie powstał film nominowany w 2018 r. do 33 nagród w kilku kategoriach i uhonorowany aż 22 razy najważniejszymi trofeami w przemyśle filmowym, w tak ważnych w tej branży konkursach jak Złoty Glob, Oscar, BAFTA, czy MFF w Toronto. Zauważeni zostali aktorzy, reżyser, producenci i scenarzyści – za scenariusz adaptowany. Nie byłoby jednak ani tego filmu, ani tych nagród, gdyby James Baldwin nie napisał wcześniej powieści „Gdyby ulica Beale umiała mówić”.

To opowieść o psychicznej przemocy podszytej pogardą. Przemocy schowanej w czterech ścianach mieszkania. To jednak przede wszystkim opowieść o kobietach sprowadzonych do roli przedmiotów, w które tę pogardę można wtłoczyć, jak w foremki.

Choć Colson Whitehead wplata w fabułę „Kolei podziemnej” elementy rodem z fantastyki, to jego książka jest na wskroś realistyczna – w opisach ludzkich postaw w nieludzkich czasach. Z jednej strony odrażającego zezwierzęcenia, z drugiej heroicznej odwagi w niesieniu pomocy tym, którzy mają to nieszczęście, że urodzili się inni.

W „Dzikusach”, jak w „Uległości” Houellebecqa, na pierwszy plan wybija się samotny los jednostki, której przyjdzie dokonać wyboru. Ale książce Louataha równie blisko, jeśli nie bliżej, do „Wesela” Wyspiańskiego – z całym panteonem widm, które tu nawiedzają współczesną Francję.

Bez oceniania, bez patosu,  wydaje się, że nawet bez emocji przedstawiana jest Zagłada w „Żydowskiej wojnie”. To pozory, bo tak naprawdę Henryk Grynberg pisze obrazami, scenami, które nie pozostawiają nas obojętnymi na los tych, których ścigano, maltretowano i mordowano tylko za to, że byli Żydami. Warto wracać do tej książki wydanej po raz pierwszy w 1965 roku. Szczególnie dziś.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: