Nie trzeba żyć na co dzień w Berlinie, by być w Berlinie. To nie jest raj, Kanaan czy inna opcja na lepszą egzystencję wśród znacznie fajniejszych ludzi niż dotychczasowi. Berlin wart jest każdej mszy, nawet tej satanistycznej, lecz ostatecznie okazuje się lajtowym miastem z ciężkimi zobowiązaniami dla każdego, kto chce tam zostać na dłużej – pisze w kwietniowym felietonie Dawid Kornaga.

Ponieważ Berlin jest jak Deutsche Bank. Zaciągasz tam na start ogromny kredyt i potem spłacasz go z rygorystycznie narzuconymi odsetkami przez lata. Jeśli masz szczęście i się nie wykoleisz na jakimś U-Bahnie czy S-Bahnie swojego berlińskiego lifestyle’u, to dasz radę bezproblemowo jechać dalej. Lecz równie dobrze możesz wypaść na tor boczny dochodów i docelowo a nieuchronnie dołączyć do wulgarnych polskich żebraków przy stacji Berlin Lichtenberg. I wielu innych, żeby nie było. Ilość „berlińskich” Polaków w wersji bieda-żule przytłacza i zawstydza. Degeneraci und bandyci. Są naszą antywizytówką, paskudnym piarem stereotypowych Polaczków-pijaczków, poszukiwaczy niedopitych butelek i nie do końca wypalonych papierosów. Liquidów nie chcą znać, na nie trzeba zarobić. Nienawidzą jakiejkolwiek Arbeit, która choć na moment macht frei.
Berlin seksi dla nielicznych
Berlin na pierwszy rzut wydaje się przyjazny, otwarty, eko. Berlin za dnia i nocy nakarmi kebsami, do tego, kiedy potrzeba, napoi zacnym lagerem, ekstra odurzy od niedawna legalną marihuaną niczym w Amsterdamie, zaś nocną porą rozkręci nielegalną koką, amfą i co tam jeszcze na aptecznej liście przeróżnych ketawspomagaczy naszego mindfucku. Jednakże Berlin nie podchodzi tak łatwo jak kiedyś, gdy wydawał się uśpionym miastem z niskimi czynszami oraz brakiem wszelkich ambicji odnośnie do turystycznej hegemonii nie tylko w Europie. Berlin nie lubił wyrażenia, że „wyżej nie podskoczysz”. Kochał się w anarchii z rozdartymi dżinsami i nieświeżymi majtkami. Robił wszystko, żeby być dobrym, a więc wyrozumiałym wujkiem całych Niemiec. Miastem socjalistycznych złudzeń.
Kapitalizm zgrabnie podbił Berlin niczym kiedyś Sowieci i nasi żołnierze. Emigrujesz do Berlina, to nie licz na więcej, jeśli nie jesteś specem w hermetycznej dziedzinie. Za to z łatwością (podobnie jak w coraz bardziej drapieżnej Warszawie) znajdziesz pracę jako kurier foodowy. Możesz popylać na rowerku, e-hulajnodze, możesz dla klasowego odwetu dilować twarde towary, a mimo to nie przeskoczysz wyżej, ten level jest dla nielicznych, głębiej osadzonych w berlińskiej ziemi dzięki pochodzeniu z dziada pradziada. I tak dalej. Berlin A.D. 2024 jest ultrakapitalistyczny, rzadko biedny jak kiedyś, seksi tylko czasem, ale wyłącznie dla nielicznych.
Przeczytaj także:
Zdobyć Berlin
Berlin, jeśli chcesz być w nim zaawansowany/a bez względu na korzenie, to ten Berlin trzeba zdobyć, wymyślić go po swojemu. Nie na wynajem tymczasowy. Na własnych zasadach, co bez oglądania się na kodeks karny pokazują etniczne mafie, które potrafią opanować biznesowo spore kwartały miasta, mając gdzieś wszelkie działania Polizei. Naturalnie do czasu, ale co wezmą, to ich. Jak więc dostosować się do Berlina prawdziwego, wniknąć weń, co więcej zyskać przychylność wielu innych? Jak ekonomicznie okiełznać ulice, pociągi, tramwaje, taksówki dla swoich bezdyskusyjnych potrzeb?
To wszystko naprawdę można, co w przeciągu kilku lat zrobiła moja przyjaciółka i aktywistka berlińskiego Nachtleben (nocnego życia), Rushlady. Z urodzenia Polka, z wyboru – kosmopolityczna. A przy tym niepodatna na tanie ideologie czy tematy zastępcze. Takich Polek i Polaków, jeśli już wybrali Niemcy, a konkretnie Berlin do życia – im więcej, tym lepiej. Są naszymi inspirującymi ambasadorami. Czy w codziennej pracy, czy nawet w enklawach jak hot-spot kluby, które wymienia nieśmiertelny Scooter w swoim najnowszym singlu Berliner Luft (Berlińskie powietrze), m.in. Renate, Sisyphos, Watergate czy zjawiskowy Kater Blau.
Przeczytaj także:
Berlin płynny
Rushlady postawiła przede wszystkim na siebie. Pokochała Berlin, lecz nie miała pewności, czy Berlin pokocha ją. Berlin wyróżnia, po czym spycha do otchłani. Dlatego Rushlady intuicyjnie pojęła, że Berlin to po prostu teren do zdobycia – tak już ma jako uprzywilejowane miasto globalnych trendów oraz innowacyjnych start-up’ów. Przynajmniej jego wyimek. A że Berlin wielkim miastem jest, to jak wykroisz z niego choć skrawek, to już twój sukces. W takiej metropolii, gdzie większość ludzi, czy się im to podoba czy nie, jest sobie obca, pochodzi z różnych warstw społecznych oraz języków, trudno stworzyć swoją małą berlińską społeczność. Swój krąg przyjaciół i znajomych. Na tę chwilę Rushlady dała jednak radę. Nie wiadomo, jak długo potrwa ten stan afirmacji i szczęścia. Ale co jej teraz, to jej.
Berlin jest płynny. Poliamoryczny również społecznie. Tu przyjaźnie czy miłości ewoluują znacznie szybciej niż w jakimkolwiek innym mieście. Specyfika wynika z wielu przyczyn, które, jeśli chcecie bliżej poznać, to nie oglądajcie tiktoków o Berlinie, tylko przyjedźcie tu, zamieszkajcie, poznajcie. Inaczej tego nie zrozumiecie, karmiąc się jedynie powierzchownymi reportażami o jakichś tam berlińskich swingersach czy kokainistach.
„Nein, ich bereue nichts“
Berlin to moje drugie miasto życia po Warszawie. Kilkanaście lat temu z łatwością mógłbym tutaj osiąść, jak wielu Polaków przede mną i po mnie. Nawet rachunki za czynsz by się zgadzały. Była taka bowiem pokusa, nie powiem. Jednak dotychczasowe życie zdecydowanie optowało za Warszawą. Tak zostało, non, je ne regrette rien, jak śpiewała Edith Piaf, nein, ich bereue nichts. Ale dzięki temu powstała Berlinawa, a później jej kontynuacja Przerwany sen Kashi, powieści o Berlinie i Warszawie, Warszawie i Berlinie, teraźniejszości oraz przyszłości. Zawsze będę żył Berlinem, nie będąc tam na miejscu. Taki mój wybór.
Przeczytaj także:

