– Nie chciałem pisać powieści interwencyjnej, nie chciałem też przynudzać, ani dołować. Chciałem powieści zachęcającej do życia po swojemu, bo cena nie bycia sobą jest zbyt duża – mówił Jarosław Kamiński o swojej powieści „Złodziej bólu”. Byliśmy na premierze.

„Złodziej bólu” to opowieść o zakazanej miłości w czasach schyłkowego PRL-u. Bohaterkami są studentka filozofii Agnieszka i Bianca, korespondentka z Włoch, które poznają się i zakochują.
– To związek, który nie jest oparty wyłącznie na pożądaniu, ale także na emocjonalno-intelektualnym zbliżeniu się, w którym obie strony mogą od siebie czerpać. To miłość zbudowana na bardzo mocnych fundamentach wzajemnego zrozumienia i otwierania sobie nawzajem swoich przeciwstawnych światów: Polski i Zachodu – tłumaczył Jarosław Kamiński.
Konkrety, nie idee
Jak zaznaczał, postawił sobie zadanie opowiedzenia o osobach, które zostały pominięte w wielkim zrywie „Solidarności”. – Pierwszym impulsem do napisania książki były wszystkie te złe rzeczy zasłyszane przeze mnie od ludzi, którzy czuli się spadkobiercami „Solidarności”, ale pochodzili ze środowiska osób LGBT+ i nie czuli się zauważeni w tym wielkim procesie przemian. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego tej „solidarności” zabrakło dla słabszych, dla mniejszości, w tym właśnie osób LGBT+. Tak wiele mówiliśmy wtedy o abstrakcyjnych ideach: o wolności, równości, braterstwie, a tak mało, albo wcale o konkretnych potrzebach – tłumaczył autor.
Pokazuje to też w scenie strajku kobiet pracujących w zakładach cukierniczych „Bałtyk”. – Dla nich wolność nie ma wymiaru abstrakcyjnego. Dla nich to możliwość, by usiąść na balkonie, popatrzeć w niebo, zapalić papierosa, wypić herbatę, po prostu mieć chwilę dla siebie. Ale żeby to stało się możliwe, muszą mieć zapewniony autobus, który przywiezie je do zakładu i odwiezie, żłobek czy przedszkole dla dziecka. Tylko wtedy będą mogły znaleźć tę chwilę dla siebie. Takiego myślenia brakowało – zaznaczał Kamiński.

Rok 1987
Fabułę umieścił w roku 1987, a więc pod koniec lat ikonicznych dla „Solidarności” i dla polskiej niepodległości. – Myślałem, że pisanie o tych czasach będzie łatwe, bo przecież je pamiętam, ale szybko okazało się, że jest to praca naszpikowana problemami. Nie chciałem pisać powieści interwencyjnej, nie chciałem też przynudzać, ani dołować. Chciałem powieści zachęcającej do odwagi, do tego, by żyć po swojemu, bo cena nie bycia sobą jest zbyt duża – tłumaczył autor.
Podkreślał jednak, że choć zamierzał wypierać ciemnych stron PRL-u, to ciężar położył na jaśniejszą stronę. – Lubię epoki, w których jest źle, nawet bardzo źle, ale nie tragicznie źle. W których istnieje trochę wolności dla człowieka, pozostawiona zostaje mu choćby niewielka przestrzeń na wybór. Rok 1987 to jest taki rok, gdzie system jeszcze wierzga, ale jest też trochę komiczny i wszyscy się z niego śmieją – mówił autor „Złodzieja bólu”.

Z dalekiego kraju
To był też czas, gdy wyczerpała się nadzieja na zmianę, pielgrzymki papieża przestały działać, pojawiła się depresja, alkohol i beznadzieja, a z drugiej strony ludzie starali się mimo wszystko czerpać radość z najmniejszych rzeczy. – W takim czasie Agnieszka spotyka Biankę, a więc osobę z tego tak idealizowanego przez nas Zachodu. I okazuje się, że ta osoba przynosi swoją nadzieję, sukcesy, ale i swoje dramaty, bo przecież przyjeżdża z kraju, gdzie codziennością są zamachy terrorystyczne, działa mafia, istnieje silna kultura maskulinistyczna.
Pomimo że bohaterkami są kobiety, narratorem powieści jest jednak mężczyzna. I – jak tłumaczył autor – także stąd wziął się tytuł powieści. – Ten narrator to właśnie ktoś, kto kradnie ból. Złodziej, ale czy ktoś zły, bo kradnie, czy może jednak nie do końca, skoro kradnie ból, a zatem odbiera jakiś ciężar, coś, co doskwiera, co uwiera?
Złodziej bólu. Spotkanie z Jarosławem Kamińskim
Faktyczny Dom Kultury, Warszawa, 24 kwietnia 2024
Prowadzenie: Justyna Sobolewska

