Kto jeszcze nie pisał o sztucznej inteligencji, proszę podnieść rękę do góry! Nikt? Nawet ci, którzy uroczyście przysięgali, że nie dotkną tematu AI, już dawno skapitulowali przed algorytmem. Dziś AI jest wszystkim: od mordercy po mesjasza, choć w rzeczywistości to po prostu bardzo ulepszona maszyna do pisania, przed którą kapitulują najtwardsi autorzy – pisze w felietonie dziennikarz i pisarz Jarosław Banaś.
W naszych wyobrażeniach wciąż straszy wizja z „2001: Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka, w której HAL 9000 uznaje człowieka za błąd w systemie i eliminuje załogę w imię wyższej logiki. Jednak w rzeczywistości problemem nie jest bunt maszyn, lecz fakt, że wraz z nadejściem edytorów tekstu odpowiedzialność za słowo zaliczyła spektakularny upadek.
Zniknęły mozolne skreślenia na białej kartce, nawet plamy po kawie wyparowały, a także widoczny ślad autorskiej rozpaczy w papierowych kulkach lecących w stronę kosza na śmieci. Pojawiła się iluzja natychmiastowej perfekcji. Edytor tekstu.
„Wyprodukować” tekst
Jak zauważył Umberto Eco już w 1985 roku, komputerowa łatwość kasowania i poprawiania sprawiła, że słowo przestało być święte. Kiedyś pisanie było aktem fizycznym: człowiek chciał przelać na ładny papier ładną myśl, bez możliwości użycia „Ctrl+Z” w tle. Dziś słowniki ortograficzne przestały pytać o zdanie, a my bezrefleksyjnie oddajemy im kontrolę.
Tymczasem praca ołówkiem lub piórem to usprawnienie procesu myślowego – zdania układają się wolniej, ale są zwyczajnie uczciwsze, a myśli przestają skakać po głowie jak pchły. Może jednak w tym cyfrowym zgiełku wcale nie chodzi o „wagę” czy „prawdę” słowa? Kluczowa stała się szybkość i dopasowanie do z góry założonej tezy. AI to idealne narzędzie dla tych, którzy chcą błyskawicznie „wyprodukować” tekst potwierdzający ich racje.
AI fatigue
Autorzy, pijąc kawę, obserwują, jak algorytm generuje treści o „rewolucji AI”, które wystarczy minimalnie skorygować, może dodać szczyptę literackiego smaku, wrzucić jakieś rzadkie słówko lub błyskotliwą myśl, tak by wszystko pasowało do ich światopoglądu. Co gorsza, internet kipi od cyfrowych halucynacji – zmyślonych faktów i treści „wypalających mózg”, ale nikt się tym realnie nie przejmuje. Zamiast bić na alarm, wzruszamy ramionami i powtarzamy jak mantrę technokratyczne zaklęcie: „musimy to po prostu ulepszyć”. AI się uczy. Taaa…, uczy… Coraz więcej danych i coraz bardziej uśredniony pogląd. Zdania coraz gładsze – zero metafor.
Sprawdzam co tam panie w świecie. Ano „Chińczyki mocno się trzymają”. No bo jest tam przecież pełna kontrola państwa nad mediami i algorytmami, a dziennikarze drżą przed niskiej jakości kontentem i nie ryzykują, a na Zachodzie zagościło już potężne Kto jeszcze nie pisał o sztucznej inteligencji, proszę podnieść rękę do góry! Nikt? – czyli „zmęczenie sztuczną inteligencją”, przesyt, irytacja i zalew newsów o algorytmach.
Czas na eksperyment
Media liberalne pokochały ten temat, bo stał się on bezpieczną linią podziału, pozwalającą bez wysiłku być „postępowym” lub „krytycznym” bez brania za cokolwiek odpowiedzialności. Konserwatyści z kolei mają gotowe paliwo do punktowania hipokryzji elit, która raz mówi o zagrożeniu miejsc pracy, a raz o demokratyzacji kreatywności.
Może więc czas na radykalny eksperyment, zgodny z tezą Eco, że słowo ma ważyć, a nie tylko się mnożyć? Wyłączcie klawiaturę, weźcie pióro do ręki i napiszcie o technologii tak, jakby od tego zależało przetrwanie ludzkiego przekazu. Może wtedy, pisząc ręcznie i powoli, unikniemy losu pasażerów Kubricka i napiszemy o sztucznej inteligencji coś naprawdę mądrego.

