Nie ma „dobrych zakończeń”. Każde „dobre zakończenie” jest tak naprawdę dopiero początkiem, który nie wiadomo co ze sobą ostatecznie przyniesie, może kolejną wędrówkę pod górkę. Bo tak wygląda życie – mówi Magdalena Kordel, pisarka, autorka powieści „Dziewczyna w kolorze nadziei”.

Przemysław Poznański: Bohaterką „Dziewczyny w kolorze nadziei” jest mieszkająca i pracująca w Polsce Ukrainka – skąd taki wybór?
Magdalena Kordel: Przekrój naszego społeczeństwa się zmienia i warto o tym mówić. Ukraińcy przyjechali, są z nami i wielu z nich zostanie. Mam jednak wrażenie, że choć widujemy ich na co dzień, to nie zawsze zastanawiamy się nad tym, dlaczego tak naprawdę tutaj są, co ich „przywiało” i co ze sobą przynoszą – a niejednokrotnie przynieśli ze sobą swoje tragiczne osobiste historie. Kiedy się rozpoczął pełnoskalowy atak Rosji na Ukrainę, wszystkimi nami to wstrząsnęło, mieliśmy świadomość tego, co się dzieje. Ale teraz, po kilku latach, przestaliśmy się nad tym zastanawiać, nie zdajemy sobie sprawy, albo zapominamy, że dla przybyszów ten koszmar, który tam przeżyli, wciąż trwa. Stykam się z Ukraińcami, mam stały, intensywny kontakt z kobietami, które do nas przyjechały i jestem pełna podziwu nad tym, jak one potrafią budować swoje życie zupełnie od początku. Bardzo często w samotności, ze świadomością, że już nigdy nie odzyskają tego, co miały, za czym nieustannie tęsknią.
Pani bohaterka, Natalia, jest właśnie osobą wyraźnie naznaczoną traumą wojny. Co prawda mówi o sobie, że miała szczęście, ale to jest szczęście bardzo ograniczone: przeżyła, ale jednocześnie straciła wszystko, co miała. Symboliczna jest scena, gdy podczas ucieczki, traci nawet kota – jedyną żywą istotę, którą jeszcze łączyła ją z domem.
– Nie da się odciąć grubą kreską tego, co się wydarzyło. Dlatego to szczęście, o którym mówi Natalia, ma bardzo gorzki smak. To stwierdzenie w niej samej budzi sprzeciw. Straciła wszystko, ale żyje i docenia to. Z drugiej strony, nie wie do końca, jak żyć, skoro nie posiada niczego, co sprawiało jej radość i sprawiło, że to życie nabierało sensu.
Mówiła pani, że spotyka podobne osoby. Wzorowała się pani na kimś konkretnym, tworząc postać Natalii?
– Ta postać jest kompilacją losów wielu kobiet, aczkolwiek znam pewną panią, Alonę, która przyjechała z Ukrainy, przywożąc z sobą tylko córkę. A miała wcześniej dużą rodzinę, którą straciła. One dwie uratowały się tylko dlatego, że wyszły na chwilę z domu i w tym momencie ten dom znikł z powierzchni ziemi. Kiedy o tym opowiada, serce się kraje. Jej sytuacja jest jednak inna niż sytuacja Natalii z powieści, bo ma córkę, wokół której koncentruje się teraz jej życie. Natalia tego nie ma.
Kiedy się rozpoczął pełnoskalowy atak Rosji na Ukrainę, wszystkimi nami to wstrząsnęło, mieliśmy świadomość tego, co się dzieje. Ale teraz, po kilku latach, przestaliśmy się nad tym zastanawiać, nie zdajemy sobie sprawy, albo zapominamy, że dla przybyszów ten koszmar, który tam przeżyli, wciąż trwa.
Natalię spotyka w Polsce coś, co bywa losem kobiet w ogóle – zostaje molestowana w miejscu pracy. Przez to, że jest sama, czuje się szczególnie bezradna w tej sytuacji. To kolejny trudny temat. Czy zależało pani na pokazaniu problemu przemocy, który czasem bywa bagatelizowany?
– Taka jest nasza rzeczywistość. Mówi się o tym w przestrzeni publicznej, ale na co dzień, w praktyce, często zamiata się takie sprawy pod dywan. Gdy takie rzeczy się dzieją, kobiecie proponuje się, żeby odeszła „na dobrych warunkach”, albo się ją zastrasza. Szczególnie gdy chodzi o osoby młode, niepewne, a tym bardziej imigrantki. Tu w grę wchodzą jeszcze stereotypy, którymi żyje część społeczeństwa. Niektórzy patrzą na Ukrainki przez pryzmat niepochlebnych obiegowych opinii. Gdy w powieści Natalię w środku dnia odwiedza szef, to sąsiadka od razu uznaje, że skoro przyszedł mężczyzna, to w wiadomym celu. Takie myślenie dotyczy tylko części z nas – chcę to podkreślić – ale jednak mamy z nim do czynienia. Jak się przed tym obronić? Nie można.
A na ile literatura może wpływać na ludzkie postawy, na naszą świadomość, zmienić nasze spojrzenie na niektóre sprawy?
– Kropla drąży skałę. Trzeba pisać o problemach, bo literatura jest w stanie wiele zmienić. Tworzę prozę popularną – jak sama nazwa mówi, trafia ona do wielu rąk. A dzięki temu ma, moim zdaniem, ogromną siłę. Czytelniczki, które czytają moje książki od lat, wiedzą, że jest w nich dużo prawdy, bo opieram się nie tylko na wyobraźni, ale i na tym, z czym się stykam. Jeśli więc nawet ktoś przed lekturą nie ma do końca pozytywnego stosunku do Ukraińców, to może po lekturze przypomni sobie, dlaczego tak naprawdę oni tu są i co przeszli. I pomyśli, że to też są ludzie, którzy zostawili za sobą dom, do którego wielu z nich chętnie by wróciło, gdyby tylko mogło.
Powołuje pani do życia bohaterkę-Ukrainkę, ale nie zostawia pani tego wątku w próżni. Splata pani wątek Natalii z wątkiem trudnych historycznie stosunków polsko-ukraińskich. Co było najpierw? Chęć opowiedzenia o losie Ukrainek, które przybyły do Polski czy chęć poruszenia kwestii historycznej?
– Gdy przypada rocznica „rzezi wołyńskiej”, wylewa się u nas morze nienawiści. Tamto zło wraca jako kolejne zło, bo jestem przekonana, że nienawiść nigdy nie buduje. Zawsze niszczy. Krzyczy się o tym, że nie należy zapominać. Zgadzam się: nie wolno zapomnieć. Ale należy z tej pamięci wyciągać właściwe wnioski. Należy pamiętać po to, żeby budować. Nie pogłębiajmy tego, co nas dzieli, ale pamiętajmy, że wszystko ma gdzieś swój początek. Warto przeanalizować źródła zło i skoncentrować się na tym, żeby nigdy już podobna sytuacja nie mogła się powtórzyć. A nie powtórzy się tylko wtedy, kiedy przestaniemy podsycać wzajemny żal i uświadomimy sobie, że historia nie jest czarno-biała. Dlatego poruszam ten wątek – także po to, żeby przypomnieć, że na Wołyniu byli też ludzie, którzy ryzykowali własnym życiem, żeby ocalić swoich sąsiadów.
Gdy przypada rocznica „rzezi wołyńskiej”, wylewa się u nas morze nienawiści. Tamto zło wraca jako kolejne zło, bo jestem przekonana, że nienawiść nigdy nie buduje. Zawsze niszczy. Krzyczy się o tym, że nie należy zapominać. Zgadzam się: nie wolno zapomnieć. Ale należy z tej pamięci wyciągać właściwe wnioski.
Jedna z pani bohaterek mówi zresztą: „Wybaczyć a zapomnieć, to dwie różne sprawy”. Ale ten wątek nieodłącznie wiąż się z postacią Eugeniusza. Postaci bardzo pozytywnej – seniora, który zaprzecza wszelkim stereotypom.
– Gdy myślimy o seniorach, to widzimy kapcie i bujane fotele. A to wcale tak być nie musi. Starsi ludzie potrafią niesamowicie zaskakiwać. Wystarczy spojrzeć na Uniwersytet Trzeciego Wieku, kluby seniora, a mam z uczestnikami do czynienia. Życzę sobie i nam wszystkim, żebyśmy mieli na starość tyle werwy, radości życia, chęci do działania. Mój mąż uczęszcza do klubu sportowego i wiem od niego, że są tam też starsi panowie, seniorzy, którym kondycji mógłby pozazdrościć niejeden młodszy mężczyzna. Trzeba mówić o tym, że „młodość” się przesunęła – jesteśmy „młodzi stabilnie” w wieku nawet sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat.
To wszystko prowadzi nas do wniosku, że „Dziewczyna w kolorze nadziei” to powieść o drugiej szansie – zarówno w życiu bohaterów (niemal każdy ją tu dostaje), jak i w kwestii właśnie stosunków polsko-ukraińskich.
– Dobrze jest mieć w życiu świadomość, że póty życia, póki nadziei. Są szanse, które nie przemijają definitywnie. Nawet jeśli mamy za sobą trudne doświadczenia, to nosimy w sobie chęć i wolę życia oraz potrzebę szczęścia. Potrzebę tego, żeby to życie – jeśli nam się rozpadnie – układać sobie na nowo. Jeżeli w pewnym momencie choć trochę uchylimy drzwi przed ludźmi, to nasze życie się zmieni. Zawsze powtarzam, że człowiek jest „zwierzęciem stadnym”, potrzebujemy innych, którzy nadają naszemu życiu cel, kochają nas i pozwalają się kochać. Chyba o tym mówi ta książka: o potrzebie miłości, akceptacji, odnalezienia celu i szczęścia. Wszystko po to, by następny dzień nie jawił się nam jako wielka ciemna pustka.
Ale pokazuje pani, że nie zawsze musi to przychodzić łatwo. Pani bohaterowie – nawet jeśli najczęściej udaje im się pokonać przeszkody – żyją w świecie prawdziwym. Nie w baśni.
– Pokonanie przeszkód wymaga ogromnej determinacji i hartu ducha. Czemu nie piszę tak, żeby było „słodko”? Bo życie nie jest słodkie. To, co ważne, okupione jest wysiłkiem, a często wyrzeczeniami. A także zrozumieniem siebie, w tym tego, że nie jesteśmy doskonali. Mamy wady – wszyscy. Staram się o tym pisać w moich książkach: nie ma ludzi doskonałych, nie ma łatwych rozwiązań, nic nie przychodzi prosto. Ale chyba warto jest zapłacić pewną cenę i zdobyć się na pewien wysiłek, żeby mieć potem kawałek dobrego życia. W którym zresztą raz po raz będą się pojawiać kolejne problemy, bo – jak zawsze podkreślam – „nie ma dobrych zakończeń”. Każde „dobre zakończenie” jest tak naprawdę dopiero początkiem, który nie wiadomo co ze sobą ostatecznie przyniesie, może kolejną wędrówkę pod górkę. Bo tak wygląda życie.
Dobrze jest mieć w życiu świadomość, że póty życia, póki nadziei. Są szanse, które nie przemijają definitywnie. Nawet jeśli mamy za sobą trudne doświadczenia, to nosimy w sobie chęć i wolę życia oraz potrzebę szczęścia. Potrzebę tego, żeby to życie – jeśli nam się rozpadnie – układać sobie na nowo.
Tych wędrówek pod górkę, problemów, przed którymi stawia pani bohaterów, jest tu wiele. Czy była wśród nich taka, która szczególnie utkwiła pani w pamięci, wzbudziła szczególne emocje?
– To chyba scena z ucieczką kota z transportera. Natalia wie przecież, że kot już nie wróci, bo przecież nie zna drogi, są w podróży, nie ma już domu, do którego by trafił. Bohaterka traci ostatni łącznik ze swoim życiem. I musi się z tym pogodzić, wziąć, co daje jej los. Gdy rozmawiam z mieszkańcami Ukrainy i słyszę podobne historię, to jest to naprawdę poruszające.
Te rozmowy są bardzo ważne. Ale jak jeszcze pani dokumentowała powieść? Co trzeba sprawdzić, żeby oddać ten realizm, prawdę?
– Przeczytałam kilka reportaży, opisujących to, co dzieje się w Ukrainie. Nie chodzi o to, żeby opisywać potem wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, bo tego nie robię, ale wychodzę z założenia, że aby napisać książkę, która mówi prawdę, trzeba wiedzieć, o czym się pisze. Ale rzeczywiście rozmowy są najważniejsze. Oprócz informacji pisanych, warto przecież poznać prawdziwe emocje – oddanie ich stanowi o sile powieści.
Przeczytaj także:
Jak pani pisze? Od czego pani wychodzi, gdzie rodzi się pomysł?
– Na początku jest problem, który zaczyna zaprzątać mi głowę. Związany z wydarzeniami w życiu innych ludzi, o których się dowiaduję. Bardzo chcę pisać swoje powieści o czymś – poruszać ważne aspekty społeczne. Ale, jak powiedziałam, to są książki, które trafiają do wielu czytelników i dlatego wydaje mi się, że warto w nich pisać o rzeczach istotnych. Dlatego piszę choćby o przemocy w rodzinie, o trudnych relacjach – żeby podpowiedzieć, jak sobie z pewnymi problemami radzić.
Jak pani wspomniała, pisze książki, które trafiają do wielu czytelników. Nawet bardzo wielu, bo ma pani na koncie bestsellery. Zna pani przepis na bestseller?
– Nie ma przepisu na bestseller, choć można znaleźć na ten temat poradniki. Gdyby ktokolwiek wiedział, jak napisać bestseller, każda książka byłaby sukcesem. Dobrym kierunkiem jest pisanie o czymś ważnym i przedstawianie życia takim, jakim jest. A do tego dodać trzeba szczyptę nadziei na to, że wszystko ostatecznie leży w naszych rękach, że mamy moc sprawczą.
Pisze pani cykle, jak choćby „Uroczysko”, „Wilczy dwór”, ale i powieści samodzielne. Kiedy zapada ta decyzja – to będzie cykl, to będzie standalone? I czy zdarzyło się pani z pojedynczej książki uczynić cykl?
– Od razu powiem, że „Dziewczyna w kolorze nadziei” jest z założenia powieścią pojedynczą. Raczej nie powinna mieć kontynuacji, choć przez te wszystkie lata nauczyłam się, żeby nigdy nie mówić nigdy. Czasem zdarza mi się, że piszę powieść, która ma mieć jedną część, ale nagle wątki poboczne się rozrastają i odnoszę wrażenie, że nie dam rady w jednej książce opowiedzieć wszystkiego, co bym chciała. Teraz kończę powieść, która z założenia jest początkiem trzytomowego cyklu. To historia dwóch bohaterek. Główne pytanie, które stawiam, brzmi: czy można kochać za bardzo, czy w takiej miłości wolno zapominać o sobie i czy może to przynieść cokolwiek dobrego.
Rozmawiał Przemysław Poznański

