książki

Nie jesteś już sobą, rozumiesz? | Joanna Gierak-Onoszko, 27 śmierci Toby’ego Obeda

Krzesło elektryczne, pięciolatki, nauczyciele, gwałty, jedzenie wymiocin, biczowanie, mundurki – to nie zbiór przypadkowych słów, to charakterystyka dzieciństwa 150 tysięcy kanadyjskich dzieci. Dzieci Pierwszych Narodów, nie najeźdźców kolonialnych. Przenieśmy się 7 tys. km na zachód, do kraju ocaleńców, po których historie sięgnęła Joanna Gierak-Onoszko w „27 śmierci Toby’ego Obeda”.

Choć niezwykle prawdziwy, byłby raniący i paternalistyczny – „Nieutuleni”, roboczy tytuł książki. Bo oni sami mówią o sobie „ocaleńcy”. Autorka wybrała Toby’ego Obedę, kalekę, ucznia szkół z internatem, który jako dziecko przebywał w niemal trzydziestu rodzinach zastępczych, alkoholika, innuitę, wreszcie człowieka, którego zapłakany i wzruszony Justin Trudeau przepraszał, przytulał na scenie, na oczach setek tysięcy, milionów widzów.

Patrzę na opisane w książce wydarzenia z oczywistej perspektywy czasu i zupełnie innej szerokości geograficznej i całą sobą mówię „to było złe, to było niepotrzebne, to było bestialskie”. Pomimo oczywistej dla mnie oceny, trudno mi nie zadać sobie pytania „A może oni mieli dobre zamiary? Może mieli powody, żeby słowo Indianin kojarzyć jednoznacznie ze słowem dzikus? Może naprawdę przyświecała im pozytywistyczna idea zapewnienia edukacji oraz świetlanej przyszłości dzieciom”? Może. Nie zmienia to faktu, że dzieciom takim jak tytułowy Toby zgotowano piekło na ziemi.

Jaki jest Toby? Jego poczucie własnej (bez)wartości determinuje to, że nigdy nie usłyszał „daleko zajdziesz, synu”, „jestem z ciebie dumny”, „dobrze ci idzie”. Stracił imię, dostał numer, oduczyli go języka, oduczyli jak być dzikusem, oduczyli jak być innuitą. Krzywdzili psychicznie, krzywdzili fizycznie. Dzisiaj już dokładnie nie pamięta wszystkich rodziców zastępczych, praktycznie wszyscy bili, poniewierali, gardzili. Toby uśmiecha się tylko, gdy słyszy „jesteś podobny do swojej matki”, matkę kocha, za matką tęskni do dzisiaj.

Wykradli go rodzinie, gdy miał kilka lat, jak każde inne dziecko ze 150 tysięcy młodych, małych ludzi. Zabrano go do jednej z katolickich szkół z internatem, które funkcjonowały na terenie Kanady od połowy XIX wieku niemal do końca XX wieku. Miały go naprostować, nauczyć, uczłowieczyć. „Nie będziesz już dzikusem”. Nie będziesz Indianinem, nie Eskimosem (dzisiaj te określenia uznawane są za obraźliwe). Więc kim? Zasady, którymi kierowali się nauczyciele były przejrzyste – nie będziesz już sobą, nie należysz do klanu, nie używasz szałwii, nie rozmawiasz z duchami zmarłych, nie rozmawiasz w ogóle, nie jesteś już sobą, rozumiesz? W ten sposób chcemy ci pomóc.

Szkoły prowadzone były przez księży i siostry zakonne. Dzieci były bite, poniżane, molestowane, gwałcone przez księży i siostry zakonne. Katechizmy wmuszano w nie siłą i na pamięć, bez potrzeby zrozumienia, a tym bardziej bez zgody na jakiekolwiek wątpliwości. Każde odstępstwo od dyktatorsko i samowolnie ustalonych zasady było karane – głodem, odarciem z godności i bólem. Opresja wyzwalała w najmłodszych instynkt samozachowawczy, a ci niejednokrotnie próbowali uciekać. Byle być jak najdalej od szkoły, jak najbliżej rodziny.

W 1966 r. próbę dotarcia do domu podjął Charlie Wenjack, który zdecydował się przejść 400 mil wzdłuż torów. Zmarł z wychłodzenia. Rok później reporter „Maclean’s” opowiedział jego historię i według niego śmierć indiańskiego dziecka nie wstrząsnęła miasteczkiem, które ledwo zauważyło tę tragedię. Społeczeństwo pozwoliło sobie na traktowanie życia rdzennego dziecka jako życia bezwartościowego. Dokumenty dotyczące wypadków oraz zgonów nie były kompletne oraz systematycznie uzupełniane, a z biegiem czasu i za przyzwoleniem prawa były sukcesywnie niszczone.

W szkołach zdarzały się nie tylko ucieczki ale i wypadki, zdarzały się pożary. Pozamykane na cztery spusty budynki bez wyjść awaryjnych w momencie zaprószenia ognia stawały się płonącymi więzieniami. Szacuje się, że podczas pięćdziesięciu pożarów zmarło co najmniej czterdziestu uczniów.  I znów – nie zawsze wiemy, kto odszedł z tego nieprzychylnego mu świata, ponieważ albo był tylko numerem, albo imię nadane mu przez rodziców już dawno zaginęło wśród niestarannie prowadzonych ksiąg. Ofiary same zaczęły się upominać o swoje, coraz częściej i głośniej, choć już nie w swoim ojczystym języku. Zamykanie szkół rozpoczęło się w latach 70. XX wieku, a ostatnia z nich przestała działać w 1996 r.

Ale „27 śmierci Tob’ego Obedy” to nie tylko opowieść o skrzywdzonych uczniach. Autorka porusza też inny wstydliwy dla Kanadyjczyków temat, który ponownie uderza w społeczność ludności rdzennej – gwałty, zaginięcia, mordy i wreszcie: obojętność. Statystyki dotyczące spraw dziewczyn oraz kobiet pochodzących z rdzennej społeczności są zatrważające. Wiele spraw nie zostało nigdy wszczętych, do wielu dochodzeń nie przyłożono należytej uwagi, wiele śledztw umorzono. Życie człowieka wciąż jest wartości względną.

Trauma ocaleńców nie skończyła się wraz z zamknięciem szkół, tylko przenosiła się na małżonków, dzieci, wnuki, pokolenia. By odnaleźć się w zupełnie innej dla nich rzeczywistości sięgali po alkohol i narkotyki, używali przemocy, trudnili się kradzieżami i włamania. Swoje życie toczyli na marginesie albo w więzieniu, a kończyli niejednokrotnie samobójstwem. Trauma była jak żar z niezgaszonego ogniska, które ponownie buchnęło ogniem mniej więcej na przełomie XX i XXI wieku. W 2008 r na wzór komisji rozliczającej aprtheid w RPA powołano Komisję ds. Prawdy i Pojednania odpowiedzialną za udokumentowanie i zbadanie działalności szkół katolickich, w których cierpiały rdzenne dzieci. Przesłuchiwali świadków, przesłuchiwali skrzywdzone niegdyś dzieci, którym wypłacali odszkodowanie oszacowane na podstawie krzywd, które im wyrządzono. Jak groteskowo by to nie zabrzmiało, ktoś postanowił wycenić, ile dolarów kanadyjskich wart jest gwałt, a ile bicie i molestowanie.

Toby umarł 27 razy – tyle razy pamięta. W ciągu ostatnich kilku, kilkunastu lat coraz bardziej ożywa pamięć o uczniach i pamięć o ich oprawcach. Kanada już nie odwraca oczu i choć nie zawsze wychodzi jej to najlepiej – próbuje naprawić to, co psuło się latami i gniło w podzielonym, choć żyjącym razem społeczeństwie.

Joanna Gierak-Onoszko, 27 śmierci Toby’ego Obeda
Dowody na Istnienie 2019

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: