recenzja

Na początku były słowa | Jill Lepore, My, Naród | CYKL: IMPERIA

Jill Lepore w „My, Naród” mówi o słowach, które stworzyły naród i państwo. Tę epicką opowieść rozciągnęła na cztery stulecia, od wyprawy Kolumba, przez wojnę o niepodległość, „Ojców założycieli”, „Kolej Podziemną”, wojnę secesyjną, obie wojny światowe i zimną wojnę, aż po 45. prezydenta USA. Tak tej historii nikt wcześniej nie opowiedział – pisze Jakub Hinc.

Tekst opublikowany pierwotnie 20 stycznia 2021 roku. Poniższy tekst został zaktualizowany

„We, the People”. Wszyscy znamy te słowa, którymi rozpoczyna się tekst Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki z 1787 roku, pierwszej konstytucji państwowej na świecie, pierwszej konstytucji republiki, która przetrwała do dziś. Tymi słowy też – nie bez powodu – 15 listopada 1989 roku, rozpoczął swoje pamiętne wystąpienie na Kapitolu ówczesny przewodniczący NSZZ Solidarność Lech Wałęsa. To jednak nie pierwsze słowa, którymi można rozpocząć opowieść o USA. Wcześniej, w Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776 r. padły inne słowa, o prawie do samostanowienia, o niezbywalnych prawach człowieka, o roli rządu, które zdefiniowały na pokolenia historię tej części świata. Ale nie padły inne, których brak odcisnął się piętnem na historii tego kraju piętnem niewolnictwa i segregacji rasowej. Nie padły też jeszcze inne: o prawach kobiet, o prawach rdzennych mieszkańców, o prawach mniejszości.

Jednak Jill Lepore w „My, Naród”, by opowiedzieć na nowo historię Stanów Zjednoczonych Ameryki, sięga do jeszcze innych słów, dalej zanurza się w głąb czasu, do chwili, gdy u wybrzeży Haiti, nazwanej przez podróżnika z Genui Hispaniolą, zacumowały trzy statki z flagową Santa Maria na czele. To wówczas Krzysztof Kolumb w swoim diariuszu zanotował „widzieliśmy nagich ludzi”. I to właśnie z tego miejsca, tego czasu i od tych słów Lepore rozpoczyna swoją opowieść o historii Ameryki. 

Z woli ludzi

Ale nie bez kozery opowieść o Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej u Lepore to historia tego co zostało o Ameryce napisane, wydrukowane, wydane, wyemitowane, wyświetlone na ekranach kin, telewizorów i smartfonów. Bo przecież jak żadna inna, historia USA jest opowieścią spisaną udokumentowaną i zarchiwizowaną od pierwszych słów wypowiedzianych na Kongresie Kontynentalnym, aż po ostatni tweet 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych, a nawet po pierwsze słowa jego następcy, który swój urząd obejmuje w bardzo trudnym momencie szalejącej pandemii COVID-19. Dziś wiemy, że dzisiejszy 47 prezydent USA wzywając do do ataku na Kapitol, świątynię północnoamerykańskiej demokracji, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Ta historia dzieje się na naszych oczach.

Ale wróćmy do Kongresu Kontynentalnego i niepokornych kolonii brytyjskich. To za ich przyczynkiem na niemal dwadzieścia pięć lat przed końcem XVIII wieku – po raz pierwszy w dającej się poznać historii ludzkości – powstało państwo, którego dzieje nie giną w mroku tajemnicy, legend i podań – na co zwraca uwagę Lepore – ale każdy ślad jego ukonstytuowania się został starannie udokumentowany i upubliczniony. To nie tak jak z założeniem Rzymu przez Remusa i Romulusa. Nie tak jak z Popielem, Krakiem i Piastem Kołodziejem. Tu nie było „boskiego pomazańca”, który swoje prawo do rządzenia mógłby wywieść od mitologicznych przodków, albo przyprowadzić naród do „Ziemi obiecanej”. Ten kraj, ten rząd, powstał z woli ludzi, tu każde słowo, które padło podczas „bostońskiej herbatki” i w gorących debatach w pozostałych dwunastu z trzynastu brytyjskich kolonii, zanim jeszcze zdecydowały się na odłączenie od brytyjskiej korony, zostało odnotowane i przekazane potomnym od razu, na bieżąco – dzięki prasie.

Czytaj także:

Prawdy oczywiste

Ale narracja Jill Lepore w „My, Naród” choć chwali zdolność „Ojców założycieli” do przekuwania słów w czyny, to nie przydaje im mistycznych cech. Lepore z ciekawością badacza przygląda się ich wypowiedziom spisanym w oficjalnej korespondencji, albo opublikowanym w różnego rodzaju publikatorach i wyciąga z nich konsekwencje. Dostrzega zasługi i przenikliwość, ale zauważa też brak kilku słów, które ostatecznie stały się przyczyną katastrofy. Bo brakowi precyzji u twórców konstytucji, choć bardziej złej woli u wielu mieszkańców tego kontynentu, można przypisać handel porywanymi w Afryce ludźmi i sprzedawaniu ich w niewolę. To zawierane w złej wierze, dwuznaczne  i obchodzone traktaty pozwoliły na rugowanie Indian z ich ziem, zamykanie ich w rezerwatach, regularne wojny i programową eksterminację pierwszych mieszkańców tego kontynentu. I to również walka o słowa potępiające niewolnictwo stała się praprzyczyną wojny secesyjnej.

Ale to też walka o wdrożenie w życie tych słów z Deklaracji Niepodległości, które i dziś brzmią niezwykle aktualnie: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolność i dążenia do szczęścia. Że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych.”

„America First”

Te słowa rozumiane zgodnie z ich brzmieniem, choć niekoniecznie tak samo przez twórców dokumentu, były wezwaniem do niezgody na niewolnictwo, dyskryminację i nierówności, o czym pisze Lepore przywołując filozofa znad stawu Henry’ego Davida Thoreau, autora traktatu „O obywatelskim nieposłuszeństwie”, który nie tylko czynnie wspierał abolicjonistów, ale swoim przykładem sprzeciwił się niegodziwemu rządowi, odmówił płacenia podatków na rzecz władzy, która toleruje niewolnictwo, za co został uwięziony. To jego twórczość i postawa inspirowały później sufrażystki domagające się równych praw dla kobiet. Stały się też zaczynem, który dal siłę Rosie Parks do autobusowego protestu, zainspirował Martina Luthera Kinga by zacząć marzyć, a Malcolma X domagając się zniesienia segregacji rasowej dążył też do zjednoczenia Afroamerykanów.

Słowa były też ważnym spoiwem, gdy Wodrow Wilson ogłosił swój 14-punktowy plan pokojowy po zakończeniu Wielkiej Wojny (w 13. punkcie była mowa o Polsce z dostępem do morza) i gdy autor Nowego Ładu – Franklin Delano Roosevelt spotkał się na środku Atlantyku z Winstonem Churchillem, by omówić odbudowę świata po II wojnie światowej. Ale słowa miały też znaczenie, w kampanii wyborczej i podczas prezydentury Donalda Trumpa, a także tuż po przegranych przez niego wyborach, tłum wiedziony gniewnym utyskiwaniem paranoicznego lidera, szturmował Kapitol, by uniemożliwić Kongresowi zatwierdzenie wyników elekcji Joe Bidena na 46. prezydenta USA. Ta historia, gdy na sztandarach rozszalałej tłuszczy, wiedzionej na salę plenarną przez wyznawcę teorii spiskowych człowieka-bizona, pojawiły się hasła białej supremacji i izolacjonistycznych ruchów nacjonalistycznych z lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, „America first” działa się na naszych oczach i naturalnie nie znalazła się w książce Lepore, bo zwyczajnie nie mogła, ale tym niemniej jest niezwykle aktualnym epilogiem dla najnowszej historii USA.

Czytaj także:

Przebudzenie Ameryki?

Można by też rzec, że  „My, Naród” jest historią tak hołubionej przez Amerykanów wolności, w tym wolności słowa. To właśnie ona, wraz z zakazem ograniczenia wolności zgromadzeń, prasy i petycji, znalazła się w Karcie Praw Stanów Zjednoczonych Ameryki, zgłoszonych w pierwszej poprawce do konstytucji, zanim skończył się wiek XVIII. Od tego czasu upowszechniła się umiejętność czytania, a dawne drukarnie prowadzone przez jednoosobowych drukarzy, dziennikarzy i wydawców w tej samej osobie, zastąpiły wielkie redakcje. Gazety i książki jako źródło transmisji wiadomości i stanowisk zyskały konkurencję w postaci telegrafu, telefonu, radia, telewizji, kina, komputera osobistego i smartfona. I paradoksalnie, w czasach gdy zaufanie do mediów głównego nurtu pikuje w dół, a informację zastępuje PR, propaganda i fake newsy, wiarygodnym źródłem stają się indywidualne, autorskie blogi i małe portale przekazujące rzetelnie sprawdzone fakty, a wielkie media społecznościowe zaczynają zauważać (czy jednak aby na pewno) potrzebę reagowania na kłamstwa i potwarz sianą przy ich użyciu.

W 2021 roku kończyłem recenzję tej książki słowami: „Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki nie kończy się na 45. prezydencie USA, choć w ostatnim rozdziale Jill Lepore poświęca tej postaci sporo uwagi. Ale przecież nikt jak Trump nie wywabił na światło dzienne tylu wad Amerykanów. Na szczęście ostatnie miesiące roku 2020 dały nadzieję na przebudzenie Ameryki. Na to, że słowo prezydenta USA znów będzie coś warte”.

Epilog?

Książka Leore kończy się tam, gdzie na scenę wkracza Joe Biden. Ale historia USA wciąż trwa. Teraz w drugim roku drugiej kadencji 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych, którym znów jest Donald Trump, nadzieja na normalność i moralność w kolebce republikańskiej demokracji wydaje się być mrzonką. Trudno w ogóle przewidzieć jak teraz potoczą się dalsze losy świata i jego „policjanta”, gdy wszystko wskazuje na to, że wchodzący w fazę izolacjonizmu hegemon po prostu abdykuje, a zanim zejdzie ze sceny obnaża publicznie wszystkie swoje wady i przywary, paradując w czerwonej czapeczce i na gwizdek zwołując szwadrony zwolenników MAGA. Stany Zjednoczone Ameryki wydały wielu wybitnych polityków i myślicieli, tam zaczęły się ruchy społeczno-polityczne, które wydawało się, że na zawsze (oby) odmieniły oblicze świata. Ale to też kraj, w którym nie każdy region to Kalifornia czy Floryda, a pas rdzy, pas bawełniany czy pas biblijny, niczym naprzemiennie białe i czerwone pasy na „Stars and stripers” tworzą mapę Wuja Sama.

Stany Zjednoczone Ameryki wyrosłe z trzynastu zbuntowanych kolonii podbiły centralną część kontynentu Północnoamerykańskiego od Atlantyku po Pacyfik. W poprzednim stuleciu stały się niekwestionowanym liderem wolnego świata. Słowa, które złotą zgłoską zaznaczyły ich powstanie, blakną jednak w potoku populistycznej nowomowy, fake newsów i postów na X. Jeszcze niedawno mogło się wydawać, że USA weszły w prawdziwie złotą erę swojej historii, dziś nadal są państwem mającym ogromny potencjał, lecz zadajmy sobie pytanie, czy właśnie widzimy zmierzch imperium? Nawet jeśli się może się wydawać, że USA są silne, to przecież imperia nie upadają z dnia na dzień. Ich pozycja słabnie, potencjał spada, sąsiedzi coraz mniej się z nimi liczą. Wciąż imperia w kryzysie są silne, ale właśnie od nieistotnych szczegółów zaczyna się ich koniec. Historia uczy, że imperia nie giną bezpowrotnie, często przechodzą metamorfozę, czasem trwają jeszcze długo w skarlałej formie, dostosowują się i przekształcają. Tak było z Imperium Romanum, Imperium Perskim/Partów, Egiptem faraonów, Państwem Czyngischana, Złotą Ordą Dżocziego i Chinami Kubilaj-chana, albo Imperium Azteków. Póki co kolejny rozdział historii tego kraju pisze się na naszych oczach.

Jill Lepore, My, naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych (These Truths. A History of the United States)
Przełożył: Jan Szkudliński
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020
ISBN: 9788366570948

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej