recenzja

Wojna i pokój na granicy Imperiów | Adrian Goldsworthy, Orzeł i Lew | CYKL: IMPERIA

Od bezpośredniego zetknięcia się Rzymian i Partów do upadku imperium Sasanidów w obliczu arabskiej ekspansji minęło z górą dwadzieścia pokoleń. To opowieść spod znaku wojny, albo manifestacji siły, i pokoju –  o książce  Adriana Goldsworthy’ego „Orzeł i Lew. Rzym, Persja i wojna nie do wygrania” pisze Jakub Hinc.

Historia ta zaczyna się w chwili, gdy na Półwyspie Apenińskim wyłania się nowa potęga, wygrywająca rywalizację z Kartaginą, pochłaniająca Grecję i Egipt, rozszerzająca swoje panowanie na kraje i ludy żyjące w Basenie Morza Śródziemnego, a na Bliskim Wschodzie stare imperium Persów poddaje się Aleksandrowi Macedońskiemu i przekształca się w państwo rządzone przez Seleucydów, a potem Partów i perskich Sasanidów.

Ale to dopiero początek tej, trwającej przez niemal siedemset lat epopei wzajemnych zmagań o… paradoksalnie utrzymanie status quo między imperium, którego legiony szły do walki pod znakiem orła a mocarstwem obejmującym dzisiejszy Irak i Iran, większą część Syrii, a także – w różnym czasie część Afganistanu, Azerbejdżanu i Gruzji, kontrolującego w pewnych okresach Armenię i mającego wpływy na Półwyspie Arabskim. „W przeszłości zwłaszcza Rzymianie wykazywali skłonność do upartej kontynuacji wojny, dopóki nieprzyjaciel nie zostanie wchłonięty lub permanentnie zneutralizowany, zamieniając się w lojalnego sprzymierzeńca bądź znikając ze sceny jako byt polityczny” – twierdzi autor „Orła i Lwa”. Nic też nie wskazuje na to, a przynajmniej nie ma na to materialnych dowodów, by taki zamiar kiedykolwiek w całej historii im przyświecał. Brak też takich dowodów po stronie partyjsko-preskiej.

Między początkiem a końcem

Nawet rozpad Imperium Romanum na dwa osobne państwa, a potem upadek cesarstwa zachodniorzymskiego, nie były końcem zmagań tych dwóch potęg. Bo chociaż Bizancjum było o połowę słabsze, to wciąż było liczącą się potęgą we wschodniej części Basenu Morza Śródziemnego, które kontrolowało Egipt. Ówczesnym Imperium Partów też wstrząsają niepokoje, też zmieniają się władcy i dynastie. Przez cały jednak okres współistnienia obu tych imperiów wyraźnie widać, ze one same wstrzymywały się w swoich ambicjach i aspiracjach i t nawet wówczas, gdy wydawałoby się, że sytuacja jest dla nich wybitnie sprzyjająca.

Kres tym zmaganiom położyło dopiero podbicie Persji przez oddziały spod zielonego sztandaru, gdy następcy Mahometa niemal bez oporu przejmują kolejne miasta i królestwa położone na wschodnim i południowym brzegu Morza Śródziemnego, w rejonie Zatoki Perskiej, na Półwyspie Arabskim i dalej w kierunku Indii, a nawet podbijają półwysep Iberyjski, miejsce skąd pochodziło kilku rzymskich cesarzy. Cesarstwo Bizantyjskie wówczas też już było tylko okrawkiem dawnego imperium. Przetrwało wprawdzie jako efemeryczny twór do połowy XV wieku, ale stopniowo odgrywało coraz mniejszą rolę polityczną i gospodarczą na na nowo rysowanej mapie świata.

Pomiędzy końcem a początkiem

Obie potęgi, jak wynikałoby z danych, po które sięgnął Goldsworthy, dysponowały podobną siłą militarna i gospodarczą i co do zasady, choć pobrzękiwały często szabelką, a nawet dochodziło między nimi do zbrojnych utarczek, to gdy tylko mogły, unikały otwartego konfliktu zbrojnego. Wyznaczający granicę Eufrat rzadko był przekraczany. A jeśli już dochodziło do militarnego starcia, to najczęściej zaczynało się ono i kończyło w widełkach wyznaczonych nurtem wielkich rzek Mezopotamii.

Zarówno Rzymianom, jak i Partom/Persom bardziej odpowiadał wynegocjowany układ pokojowy, który bywało zawierany był na kilka lat, ale częstokroć zdarzało się, że był wielokrotnie prolongowany na kolejne okresy. Goldsworthy tak o tym pisze: „Rzymianie i Partowie oraz Sasanidzi o wiele więcej czasu przeżyli w pokoju, niż wojując między sobą, ale tak już jest, że źródła znacznie częściej i szczegółowiej mówią nam o wielkich, dramatycznych wydarzeniach, zatem także o wojnach, niż o czasach spokojnych, kiedy nie dochodzi do poruszających, strasznych czynów”.

Przeczytaj także:

Tak należy opowiadać o historii

„Orzeł i Lew. Rzym, Persja i wojna nie do wygrania” Adrian Goldsworthy jest niezwykle pasjonującą panoramą zmagań dwóch potęg pierwszych wieków obecnego stulecia. Imperiów, które mając nawzajem świadomość swoich możliwości wolały zamanifestować swoją sile i negocjować pokój, niż prowadzić wyniszczającą walkę. Tak też jak Goldsworthy należy opowiadać historię, bo nic się nie dzieje samo, w oderwaniu od wydarzeń mających swoje miejsce i źródło w innych miejscach świata i samo też może wywrzeć wpływ na cały szereg zdarzeń. Przyznać muszę, że takie paralelne opowiedzenie historii, jakie zaproponował autor „Orła i Lwa” pozwala z innej perspektywy spojrzeć na ówczesne wydarzenia i zobaczyć je w pełniejszym świetle.

Przy tym warto na tę pozycję spojrzeć też jak na historię imperiów, które rodzą się, przez jakiś czas trwają, a potem odchodzą do… historii. Ale jest to też opowieść o rywalizacji, której najlepsze rezultaty daje sprawiedliwie wynegocjowany pokój, co dzisiaj, w obliczu wielu konfliktów zbrojnych wydaje się nie być bez znaczenia.

Adrian Goldsworthy, Orzeł i Lew. Rzym, Persja i wojna nie do wygrania (The Eagle and the Lion)
Przełożył: Janusz Szczepański
Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2025
ISBN: 9788383383453

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej