Wyimek z Zagłady | Henryk Grynberg, Żydowska wojna

Bez oceniania, bez patosu,  wydaje się, że nawet bez emocji przedstawiana jest Zagłada w „Żydowskiej wojnie”. To pozory, bo tak naprawdę Henryk Grynberg pisze obrazami, scenami, które nie pozostawiają nas obojętnymi na los tych, których ścigano, maltretowano i mordowano tylko za to, że byli Żydami. Warto wracać do tej książki wydanej po raz pierwszy w 1965 roku. Szczególnie dziś.

PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

Ścigani, zamykani, zdradzani, zabijani. Żydowska wojna, widziana oczami kilkuletniego chłopca, uciekającego z rodzicami przed hitlerowskim okrucieństwem, to raczej nie heroiczny zryw (choć znajdziemy tu też próby stawiania zbrojnego oporu), a przede wszystkim dramatyczna walka o przetrwanie, o jeszcze jeden dzień, który – wbrew wszystkiemu, co widzi wokół siebie – może dać odrobinę nadziei na przetrwanie.

Oto podwarszawskie wsie i miasteczka w dobie Holocaustu. Garstka ocalałych Żydów ukrywa się, by uniknąć eksterminacji. Wśród nich narrator, kilkuletni chłopiec, obserwujący tę rzeczywistość i opisujący ją tonem kronikarza, ukrywającego własną ocenę, pozostawiającego ją czytelnikowi. To też świadek, o którym wiemy, że przeżył, bo raz po raz staje się narratorem wszechwiedzącym. On już wie, że wielu innych, z którymi próbował zaleźć bezpieczny kąt, w tym najbliżsi, nie miało tyle szczęścia, by przetrwać. Mimo to Grynberg nie rezygnuje z opowiadania tej historii z perspektywy tamtego chłopca, językiem zawierającym pewien rys dziecięcej naiwności, co widać w sposobie formułowania zdań, ale przede wszystkim w niezrozumieniu tego, co dzieje się wokół. Jak w scenie z gajowym, który udając życzliwego, wymusza od rodziców bohatera okup za milczenie i niewydanie ich Niemcom. Co rozumie z tego narrator? Może tyle tylko, że pierścionek, który matka daje gajowemu to podziękowanie za pomoc. A może jednak wie, o co chodzi w dziwnej rozmowie, która pod pozorem miłej pogawędki jest tak naprawdę okrutną grą ofiar i potencjalnego zdrajcy? Nie dowiemy się, ale i nie musimy. Jeśli bowiem gdzieś narrator używa słowa „wstrząsający”, to tylko wtedy, gdy przyuczany do udawania katolika, czyta historię ukrzyżowania Jezusa. Nie użyje już jednak takich słów, gdy patrzy z bliska na płonące warszawskie getto, które pokazuje mu matka, i gdy słyszy, że zginęli tu jego wujkowie, ciotki, kuzyni.

„Żydowska wojna” to niewielki, oparty na osobistych przeżyciach, wyimek z wielkiej historii Zagłady, ale jednocześnie kompletny katalog towarzyszących  jej ludzkich postaw. Znajdziemy tu więc i strach, i chciwość, ale i heroizm, do którego urasta zwykła przyzwoitość. Porusza scena, gdy matka bohatera idzie do Janowskich, dawnych sąsiadów, po zwrot pieniędzy, zdeponowanych u nich przez męża i nagle rozumie, że żadnych pieniędzy nie otrzyma, że raczej musi czym prędzej uciekać, by nie zostać zadenuncjonowaną. Albo inna scena, gdy ukrywający się w pobliskich lasach bracia Abel i Manes przyciśnięci głodem proszą o jedzenie dziedzica na Piwkach, Podorewskiego, magistra filozofii. Gdy zeszli do jego piwnicy „Podorewski zamknął klapę nad ich głowami, na klapę postawił wielką, ciężką skrzynię, a sam usiadł na skrzyni i czekał na Niemców, po których kazał zadzwonić”. Nic dziwnego, że narrator konstatuje w pewnym momencie, że Jezus „miał wyjątkowe szczęście do ludzi, bo tylko jeden na trzynastu był zdrajcą”.

Ale nie brakuje u Grynberga opisu i innych postaw pełnych tak trudnej w owych czasach przyzwoitości,  pokazujących, że nie wszyscy się złajdaczyli – jak choćby wtedy, gdy do domu gospodyni Śliwiny przychodzi sołtys by szukać Żydów, a ta przed szmalcownikiem zamyka drzwi na tajny, trudny do znalezienia skobelek, by ukrywającej się za nimi matce z chłopcem dać czas na ucieczkę przez okno.

Gdy piszę te słowa, dokładnie w 75. rocznicę likwidacji getta w Falenicy, wielkie wrażenie wywołuje we mnie też i ten opis: „W Falenicy, gdy ich wprowadzili na stację, Abel wbiegł pomiędzy stojące luzem wagony na bocznicy, pociągając za sobą małą [starszą córkę Biumka], którą prowadził za rękę. […] Abel wbiegł z małą na podwórze jakiejś willi. […] Na podwórku stały dwie staruszki, którym wystarczyło rzucić okiem, ażeby zrozumieć, co oni byli za jedni . Ukryły ich w piwnicy, w której przesiedzieli do nastania nocy”.

W historiach z Holocaustu porusza jeszcze coś innego: odczłowieczenie tych, którzy w wyniku kaprysu historii zyskali nagle władzę nad innymi. Nad ich życiem i śmiercią. Tylko dlatego, że mogli. Pokazuje to scena, gdy stary Żyd prosi Niemców o łaskę – nie dla siebie, ale dla swojego wnuka. Reakcją  niemieckich żołnierzy jest szyderczy śmiech i swoisty żart: „Co my możemy poradzić, kiedy wy, Żydzi, jesteście zapisani u Hitlera w czarnej książce”.

Do „Żydowskiej wojny” historia dopisała kolejny rozdział – książka ukazała się po raz pierwszy w 1965 roku, a w 1966 otrzymała Nagrodę Kościelskich, mimo, że budziła kontrowersje, bo nie odpowiadała oficjalnej wykładni przedstawiania okupacji. Zaledwie dwa lata później rozpoczęła się gomułkowska nagonka na Polaków żydowskiego pochodzenia, a sam Grynberg  zdecydował się pozostać na emigracji w Stanach Zjednoczonych, gdzie wyjechał na tournee z Teatrem Żydowskim.  Napisał tam ciąg dalszy „Żydowskiej wojny” – „Zwycięstwo”.

 

Zobacz także: Przeczucie obcości | Mikołaj Grynberg, Rejwach

 

Henryk Grynberg, Żydowska wojna

Czytelnik 1989

Pierwsze wydanie 1965

Późniejsze wydanie „Żydowska wojna” i „Zwycięstwo”, Czarne 2001