Gdy zakładałem w 2021 roku profil Twój Stary Trzeźwy, o uzależnieniach i szeroko pojmowanym zdrowiu psychicznym w tym aspekcie nie mówiło się tyle co teraz. A w tym, co się mówiło na social mediach, brakowało mi poczucia humoru. Ja chciałem się pośmiać – nie ze swojej choroby, a pomimo niej. Kluczem są proporcje i intencje. Humor nie może służyć bagatelizowaniu terapii czy uzależnienia – mówi Jakub Morgenstern, autor powieści „Karaluch”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Poznański: Na ile Jakub Gwiazdowski, bohater „Karalucha”, pogrążający się w autodestrukcji z powodu uzależnienia od alkoholu, jest alter ego Jakuba Morgensterna, a na ile postacią fikcyjną, zrodzoną z wyobraźni?
Jakub Morgenstern: Myślę, że prawdy jest tu mniej niż 40 proc. Wykorzystuję częściowo ramy mojego życia, w tym doświadczenie uzależnienia, ale chodziło o to, żeby napisać coś na kształt monomitu – opowieść o podróży, fizycznej i mentalnej, konkretnego bohatera. Nie zawsze więc miejsca, do których trafia Kubuś, są tymi, do których ja podróżowałem, a wydarzenia, jakie napotyka na swojej drodze są specjalnie dobrane do celu podróży i niekoniecznie są wydarzeniami z mojego życia. Moje życie nie było tak barwne. Zasugerował mi to redaktor – uznał, że skoro nie piszę autobiografii, to powinienem wzbogacić Kubusia Gwiazdowskiego o cechy i doświadczenia innych znanych mi osób, w tym tych, które poznałem prowadząc mój profil na Instagramie Twój Stary Trzeźwy Posting, albo podczas terapii. I tak powstał mix, w którym niektóre wydarzenia i cechy charakteru należą do mnie, ale w zdecydowanej większości są doświadczeniami innych ludzi. Podam przykład: Kubuś w pewnym momencie wyprowadza się od rodziców, do innego miasta – to coś, co i ja przeżyłem, ale w innych okolicznościach i będąc w innych wieku. Pojawia się też wątek poznania w pracy dziewczyny i nawiązanie relacji romantycznej – to nie jest moja historia, ale mojego dobrego znajomego, którego poprosiłem o podzielenie się tym wspomnieniem.
W ten sposób powstała powieść o człowieku, który nie ma kotwicy, nie ma kogoś, kto byłby go wstanie powstrzymać przed jego autodestrukcją, przed słabościami. A jeśli nawet takie osoby są, to Kubuś je od siebie odpycha.
– Z mojego doświadczenia – a jestem alkoholikiem pięć lat w abstynencji – oraz z obserwacji osób, które znam, wiem, że takie zachowanie to część choroby jaką jest uzależnienie. To tzw. mechanizm iluzji i zaprzeczenia, który sprawia, że mózg człowieka uzależnionego odrzuca jakiekolwiek interwencje i sugestie problemu. W przypadku Kubusia to element pogłębiający jego tragizm. Są bohaterki, które chcą go ratować i nawet robią to, dzięki czemu unika czasem opresji i prześlizguje się między problemami. Nie wyciąga z tego jednak żadnych wniosków, bo tak właśnie działa jego mózg. Uzależnienie to nie jest brak silnej woli, tylko zaburzenie psychiczne, sklasyfikowane przez Światową Organizację Zdrowia. Chciałem pokazać w książce jak się to objawia – mózg bohatera, jego zniszczone alkoholem szare komórki nawet na trzeźwo podejmują decyzje fatalne, niekonsekwentne, nielogiczne, jak choćby pomysł nagłej przeprowadzki z aglomeracji śląskiej do Krakowa. Żaden człowiek, który myślałby trzeźwo, nie zachowałby się w sposób tak pochopny jak robi to Kubuś Gwiazdowski.
Takie zachowanie rzeczywiście pasuje do bohatera, który bardzo często podejmuje istotne dla dalszego życia decyzje, bez zastanowienia, ad hoc. Zdarza mu się iść na spotkanie w sprawie pracy i podpisać umowę, choć tak naprawdę nie wie nic o warunkach zatrudnienia. Wydaje się być pozbawiony instynktu samozachowawczego, kierując się raczej przekonaniem, że to szansa na jakąkolwiek odmianę.
– Zdecydowanie tak. Nieodłącznym elementem uzależnienia jest magiczne myślenie. Kubuś też się nim kieruje, bo nie dość, że jest uzależniony, to jeszcze wychowywał się w rodzinie, w której panowało przekonanie, że dobre życie można sobie wymodlić. To ten koktajl alkoholizmu i katolicyzmu sprawia, że bohater podejmuje decyzje w przekonaniu, że przecież jakoś to będzie, że na pewno wszystko się ułoży, nawet jeśli z racjonalnego punktu widzenia nie ma ku takiemu podejściu żadnych przesłanek. Snucie wielkich planów, wyobrażanie sobie wielkich sukcesów gnijąc na kanapie z drinkiem w ręku i traktowanie tego jako czegoś prawdziwego, to było moje hobby nr 1 w czynnym uzależnieniu.
Częścią choroby jaką jest uzależnienie jest tzw. mechanizm iluzji i zaprzeczenia, który sprawia, że mózg człowieka uzależnionego odrzuca jakiekolwiek interwencje i sugestie problemu. W przypadku Kubusia to element pogłębiający jego tragizm. Są bohaterki, które chcą go ratować i nawet robią to, dzięki czemu unika czasem opresji i prześlizguje się między problemami. Nie wyciąga z tego jednak żadnych wniosków, bo tak właśnie działa jego mózg. Uzależnienie to nie jest brak silnej woli, tylko zaburzenie psychiczne, sklasyfikowane przez Światową Organizację Zdrowia. Chciałem pokazać w książce jak się to objawia.
Pokazuje pan mechanizm dziedziczenia pewnych zachowań. Pana bohater wynosi z rodzinnego domu m.in. nieumiejętność okazywania miłości – przynajmniej takiej, jakiej by oczekiwał i potrzebował. I okazuje się, że w dorosłym życiu sam też nie potrafi jej okazać. Kocha swoją dziewczynę, ale nie traktuje jej z taką troską, na jaką by zasługiwała.
– Mam takie przekonanie, że dzieci zdobywają wiedzę o świecie nie przez to, co rodzice do nich mówią, ale odwzorowując ich zachowania. Jeżeli rodzic sugeruje dziecku, że za dużo korzysta z ekranu, poucza jakie to niezdrowe i daje kary, samemu postępując dokładnie na odwrót, to dziecko w przyszłości raczej będzie odwzorowywać to, co zaobserwowało, a nie to, co usłyszało. Podobnie jest z okazywaniem emocji. Bohater pomimo tego, że ma dobre wzorce wyniesione z domu dziadków, to jednak na co dzień mieszka z rodzicami – z wiecznie nieobecnym ojcem i matką, która prawdopodobnie też nie została nauczona tego jak kochać. Kubuś odwzorowuje te zachowania.
Wspomniał pan o dziadkach – rzeczywiście istnieje w powieści kontrast między ich domem a domem rodzinnym bohatera. Dziadkowie kochają bohatera i on też ich kocha – o czym się w pewnym momencie przekonamy. A jednak traktuje ich przedmiotowo, najczęściej jak „bankomat”.
– Jest to pewien paradoks występujący u części osób uzależnionych. Ja sam zachowywałem się nie w porządku wobec osób, które naprawdę kochałem. Umyślnie, bo wiedziałem że w ten sposób osiągnę swój cel. Na przykład w czasie studiów mówiłem rodzicom, że potrzebuję pieniądze na podręczniki, a otrzymane środki wydawałem na imprezy. Dziadkowie rzeczywiście kochają Kubusia i to bezwarunkowo, niezależnie od tego, jakie świństwo by zrobił, jak się zachował. Są w niego wpatrzeni i wspierają go. Chęć zażycia substancji za każdym razem wygrywa z etyką. Ma potem z tego powodu wyrzuty sumienia, ale radzi sobie z tym albo w sposób nadprzyrodzony, czyli modlitwą, albo za pomocą etanolu.
Nieodłącznym elementem uzależnienia jest magiczne myślenie. Snucie wielkich planów, wyobrażanie sobie wielkich sukcesów gnijąc na kanapie z drinkiem w ręku i traktowanie tego jako czegoś prawdziwego, to było moje hobby nr 1 w czynnym uzależnieniu.
Ten wątek wiary jest tu rzeczywiście bardzo mocny – bohater wręcz recytuje w trudnych chwilach całe litanie. Z czego wynika to szukanie wsparcia na zewnątrz, w modlitwie?
– Wydaje mi się, że z głębokiej samotności i bezradności. Sam byłem kiedyś osobą wierzącą, jednocześnie z czynnym uzależnieniem i u mnie to wyglądało tak, że gdy już nie miałem gdzie gasić wyrzutów sumienia, szukać wsparcia, komu się zwierzyć, to zostawały mi te nadprzyrodzone istoty. Wiara w zbawienie jest krzepiąca. Pozwala po raz kolejny odlecieć myślami, że kiedyś to będzie fantastycznie. Jak nie na ziemi to w niebie. Kubuś nie widział innych sojuszników, a dręczyło go poczucie winy, więc chciał wierzyć, że czuwa nad nim mimo wszystko jakiś anioł stróż. To go uspokajało.
Sam byłem kiedyś osobą wierzącą, jednocześnie z czynnym uzależnieniem i u mnie to wyglądało tak, że gdy już nie miałem gdzie gasić wyrzutów sumienia, szukać wsparcia, komu się zwierzyć, to zostawały mi te nadprzyrodzone istoty. Wiara w zbawienie jest krzepiąca. Pozwala po raz kolejny odlecieć myślami, że kiedyś to będzie fantastycznie. Jak nie na ziemi to w niebie.
Tytuł „Karaluch” z jednej strony sugeruje samokrytyczny stosunek bohatera-narratora, czującego się czasem jak nieważny robak, ale i odnosi się do słów ojca Kuby, który określa go tym mianem, twierdząc, że podobnie jak karaluch wszystko przetrwa. Jak pan rozumie ten tytuł?
– Mnie karaluch kojarzy się z przetrwaniem niezależnie od okoliczności. Miałem na początku inny pomysł na tytuł, ale gdy doszedłem do fragmentu, w którym ojciec tak właśnie nazywa Kubusia, uznałem, że to świetna metafora osoby uzależnionej, która ma swój iluzoryczny pancerzyk oddzielający go od rzeczywistości. Prze przez życie, wychodząc cało z tarapatów, a świat na około się wali. W końcu karaluchy są podobno w stanie przetrwać nawet wybuch atomówki. Kubuś tak się zachowuje – mimo okoliczności w jakich się znajdywał, szukał wyjścia niby z labiryntu, żeby tylko za wszelką cenę przetrwać. Sam też byłem pięć lat temu takim karaluchem, zanim odstawiłem alkohol. A potem okazało się, że cała energia, jaką pożytkowałem na przetrwanie, przeżycie, teraz obraca się w siłę, w kreatywność – znacznie większą niż ta, jaką wykazuje się osoba uzależniona, żeby wybrnąć z takich czy innych kłopotów. Żyje mi się trzy razy łatwiej.
Zamyka pan losy Kuby w klamrze – początek i końcowe rozdziały powieści to 24 grudnia 2020 roku, dzień, w którym pana bohater zamierza popełnić samobójstwo.
– Zaczynam od sceny rozgrywającej się w Wigilię, by potem pokazać wszystko to, co do tej sytuacji doprowadziło. Kubuś przez całe to życie pokazane w książce nie chciał stanąć w prawdzie, a to warunek niezbędny, żeby wyjść z uzależnienia. On woli uciekać aż do chwili, gdy już nie ma dokąd uciec. W tym właśnie momencie go poznajemy. Stracił wszystko, nie ma żadnej nadziei i dlatego chce uciec po raz ostatni.
Czego potrzeba, żeby te zachowania autodestrukcyjne w porę odrzucić, żeby zerwać z nałogiem?
– Pierwsza rzeczą, którą osoba z uzależnieniem powinna zrobić, jest poproszenie o pomoc specjalistów – tę chorobę można leczyć. Ważne, żeby nie próbować ratować się samemu, przez wynalazki online, konsultacje u influencerów, tylko udać się po pomoc do profesjonalnego ośrodka. Nie jest to łatwa droga, ale jest tego warta.
Skąd czerpał pan fachową wiedzę – psychologiczną, psychiatryczną – niezbędną, by pokazać wiarygodnie osobę uzależnioną?
– Jestem absolwentem ośrodka terapii uzależnień. Moja terapia to był proces dwuletni. Nawet żartowaliśmy czasem, że dla niektórych z nas to jedyny etap edukacji jaki skończyliśmy z prawdziwym zrozumieniem. Przez pierwsze pół roku przekazywana jest intensywna nauka o mechanizmach i różnych aspektach psychologicznych, psychiatrycznych, związanych z uzależnieniem. Gdy osoba uzależniona wychodzi po odwyku, ma tę wiedzę, wie, jak to działa. Czerpałem więc z podręczników, jakie dostałem, ale też z doświadczenia psychoterapeutów, psychiatrów. Słuchałem podcastów, m.in. duetu Strachota-Żulczyk, a także psychiatry Andrzeja Silczuka. Natomiast tą powieścią chciałem pokazać coś życiowego, a nie pisać podręcznik.
Sam też byłem pięć lat temu takim karaluchem, zanim odstawiłem alkohol. A potem okazało się, że cała energia, jaką pożytkowałem na przetrwanie, przeżycie, teraz obraca się w siłę, w kreatywność – znacznie większą niż ta, jaką wykazuje się osoba uzależniona, żeby wybrnąć z takich czy innych kłopotów. Żyje mi się trzy razy łatwiej.
Powieść napisana świetnie, literacko dojrzała. Ale dlaczego powstała? Skoro minęło pięć lat od ostawienia alkoholu, to już raczej nie była jej zadaniem autoterapia. To spełnienie ambicji literackich?
– W maju 2024 roku moja koleżanka Marta Markiewicz wydała w NewHomers książkę „Bez alko i dragów jestem nudna”. Pomyślałem, że skoro funkcjonuję w sieci jako Twój Stary Trzeźwy z ponad ośmioma tysiącami obserwujących, to mogę pomóc w promocji tej książki. Zarząd przyklasnął temu, ale przy okazji dostałem mejl z pytaniem czy sam też nie chciałbym czegoś napisać. Jestem fanem felietonów Jeremy’ego Clarksona i początkowo chciałem napisać coś podobnego, szczególnie że na moim profilu prowadziłem pewien rodzaj mikrobloga. Ostatecznie jednak zasugerowano mi książkę i pomyślałem: czemu nie. Przygody z pisarstwem jeszcze nie miałem na swoim koncie. No i napisałem „Karalucha”. Spontanicznie, na pewno nie jako próbę rozliczenia się z przeszłością.
To powieść – mimo trudnego tematu – często pełna ironii, humoru, dystansu.
– Myślę, że jest to kontynuacja myśli, jaka towarzyszyła mi podczas tworzenia profilu Twój Stary Trzeźwy. Gdy zakładałem go w 2021 roku, o uzależnieniach i szeroko pojmowanym zdrowiu psychicznym w tym aspekcie nie mówiło się tyle co teraz. A w tym, co się mówiło na social mediach, brakowało mi poczucia humoru. Nie było w tym takiego wentyla, pozwalającego chociaż na chwilę zdystansować się od sytuacji. Chciałem pośmiać się nie ze swojej choroby, a pomimo niej. Kluczem są proporcje i intencje. Humor nie może służyć bagatelizowaniu terapii czy uzależnienia.
Łyknął pan bakcyla pisarstwa? Będzie kolejna książka?
– Mam pomysł na „Karalucha 2”, ale jestem ciekaw, czy będą tego oczekiwać czytelnicy i wydawca. Wiem, jak Kubuś mógłby kontynuować swoją podróż, będąc już po tej stronie, gdy trzeba się mierzyć z kryzysami na trzeźwo. Ale pisanie uzależniam od informacji zwrotnych jakie otrzymam z otoczenia.
Rozmawiał Przemysław Poznański

