wywiad

Robert Michniewicz: Ujawnienie agentury to dla wywiadu zawsze cios. Często śmiertelny [wywiad]

Pozyskanie przez wroga danych agentury jest groźne dla wywiadu, którego taka dekonspiracja dotyczy. Dlatego w mojej powieści stawka jest wysoka – mówi Robert Michniewicz, pisarz, były oficer wywiadu, autor powieści „Zdążyć przed wrogiem”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Robert Michniewicz, fot. Olga Wojcińska

Przemysław Poznański: Czego boi się najbardziej oficer wywiadu będący w czynnej służbie: bezpośredniego ataku przeciwnika podczas wykonywania misji, kreta w organizacji, a więc zdrady, czy może tego, że jego praca sprowadzi niebezpieczeństwo na najbliższych? A może nie boi się niczego?

Robert Michniewicz: Oficer wywiadu jest taki sam, jak każdy inny człowiek. Tacy jesteśmy i tacy są też moi bohaterowie, tak staram się ich opisywać – jako normalnych ludzi, mających swoje wady, ale i zalety. A to znaczy, że też mają obawy. Z tych źródeł potencjalnego lęku, które wymieniłeś, chyba najgorszy jest kret w organizacji. To jest sytuacja śmiertelnie groźna. O ile bowiem wroga znamy lub możemy rozpoznać, co daje nam szansę na odpowiednie działania, o tyle kret to pułapka, w którą wchodzimy bezwiednie. Dlatego najbardziej bałbym się zdrady ze strony kogoś, kogo uważam za kolegę, komu ufam, a kto niespodziewanie podejmuje się współpracy z wrogą służbą. Taka współpraca sprowadza realne niebezpieczeństwo. To może dotyczyć celowej zdrady, ale i nieświadomego błędu, który doprowadzić może do dekonspiracji. A zatem najbardziej boję się zagrożenia ze strony, z której najmniej można się go spodziewać.

Pytam o to rzecz jasna dlatego, że wszystkie te sytuacje, w tym kret, i to w służbach partnerskich, zdarzają się twoim bohaterom w „Zdążyć przed wrogiem”.

– Abstrahując od sytuacji opisanej w książce, kret u sojusznika jest chyba nawet groźniejszy, niż ten w służbie rodzimej, bo jeszcze trudniej go wykryć. Trzeba by podważyć rzetelność partnerów, a to rodzi wiele problemów. W przypadku takiego zdrajcy może się więc nawet okazać, że nigdy nie zorientujemy się, do jak wielkiego wycieku informacji doszło. Umiejętnie działający zdrajca będzie utrudniał akcje wywiadowcze, na tyle jednak subtelnie, żeby nie naprowadzić na swój ślad. Tym bardziej że niebezpieczeństwo niepowodzenia akcji istnieje zawsze i bez dowodów działania osób z wewnątrz trudno za każdym razem doszukiwać się zdrady. Czasem zresztą kret wcale nie musi sabotować działań, wystarczy, że informuje o tym, co się u nas dzieje. Tak odkryci nigdy nie zaskoczymy wroga poważną akcją. Co do mojej powieści, to szukając ciekawych elementów intrygi, postanowiłem pokazać zdradę prawdziwą w służbie partnerskiej, ale również zdradę pozorną. To drugie rozwiązanie jest majstersztykiem ze strony wrogów polskich służb. Tego typu gra operacyjna, polegająca na inspiracji, stanowi faktycznie najtrudniejsze do wykrycia posunięcie. Tworzy się fikcyjne dowody, po to aby w służbie, której to dotyczy zaczęły się wewnętrzne podejrzenia. To wszystko ma służyć ukryciu faktycznego zdrajcy.

Najbardziej bałbym się zdrady ze strony kogoś, kogo uważam za kolegę, komu ufam, a kto niespodziewanie podejmuje się współpracy z wrogą służbą. Taka współpraca sprowadza realne niebezpieczeństwo. To może dotyczyć celowej zdrady, ale i nieświadomego błędu, który doprowadzić może do dekonspiracji. A zatem najbardziej boję się zagrożenia ze strony, z której najmniej można się go spodziewać.

Skąd pomysł na to, żeby po „Dolinie Szpiegów” napisać kolejną książkę z Carlem von Wedelem, niemieckim oficerem, współpracującym z polskimi służbami? Po pierwsze: skąd pomysł na to, żeby w ogóle pisać kontynuację, a po drugie: właśnie taką?

– Jestem pasjonatem posłowiów (śmiech). One służą mi – trochę jak media społecznościowe – do komunikowania się z moimi czytelnikami. Choć nie wiedziałem jaki będzie odbiór „Doliny szpiegów” napisałem w posłowiu do niej, że myślę o kontynuacji, a nawet przyznałem, że mam rozpoczętą nową powieść z Carlem von Wedelem i z cichociemnymi. Zapowiedziałem jednak, że jej akcja powinna się toczyć już po wyzwoleniu, po roku 1945. Nawet wskazałem konkretne miejsce: ziemie zachodnie, na których w owym czasie funkcjonował Verwolf, ale i bandy szabrowników. A nowy polski rząd miał związane ręce, bo przybyli tam też Rosjanie i de facto to oni sprawowali władzę. Dlatego wydawało mi się, że to kapitalna sceneria dla powieści sensacyjnej z Niemcem w głównej roli, szczególnie że przecież gdzieś na tym terenie znajdował się rodzinny majątek von Wedelów. Wracając do pytania, kiedy kończyłem „Dolinę szpiegów” kontynuacja wydawała mi się naturalna. Chciałem pokazać późniejsze losy bohaterów, którzy wykazali się odwagą i umiejętnościami w ekstremalnych warunkach wojennych. W planowanej powieści trafiali na zupełnie inne realia i wcale nie łatwiejsze.

A jednak „Zdążyć przed wrogiem” to książka zupełnie inna.

– Już tłumaczę dlaczego. Po premierze „Doliny szpiegów” pojechałem na spotkanie autorskie do Starego Fordonu w Bydgoszczy. W trakcie tego spotkania wstał nagle jeden z czytelników i spytał, dlaczego zapowiadam, że… podetnę gałąź, na której siedzę. Przekonywał, że on i wielu jego znajomych odnajduje w „Dolinie szpiegów” echa opowieści w stylu Hansa Klossa – chodzi oczywiście przede wszystkim o działającego na rzecz Polski agenta w niemieckim mundurze, który dokonuje mniej lub bardziej nieprawdopodobnych rzeczy. Tymczasem ja zapowiedziałem, że z tego agenta zdejmę mundur, ubiorę go w cywilny strój i poślę wśród Polaków. Dało mi to do myślenia i szybko uznałem rację tego pana. Tym bardziej, że napisałem „Dolinę szpiegów” także dlatego, iż okres historyczny, w którym się rozgrywa, jest dla mnie fascynujący, bo praca oficera wywiadu była w takich okolicznościach szczególnie niebezpieczna. I tak powstała powieść „Zdążyć przed wrogiem”, a myślę, że na tym nie koniec. W końcu II wojna światowa trwała jeszcze kilka miesięcy po finale „Zdążyć przed wrogiem”, ale również ponad pięć lat przed pierwszą częścią cyklu. Zobaczymy, gdzie rzucą Carla rozkazy jego przełożonych i koncepcja autora.

A czy istnieje szansa na to, że fabuła, o której wspominasz w posłowiu do „Doliny szpiegów” kiedyś się ziści? Że zdejmiesz z von Wedela mundur?

– Myślę, że tak, choć raczej nie w najbliższym czasie. Zakładam, że jeśli uda mi się zrealizować koncepcję, której rezultatem jest najnowsza powieść, to historia o Carlu von Wedelu będzie miała kilka części, zanim skończy się wojna. Kusi mnie m.in., żeby spełnić życzenie Krzysztofa Dynowskiego, znakomitego prowadzącego moje warszawskie spotkania, który po lekturze „Doliny szpiegów”, powiedział, że bardzo chciałby poznać szczegóły werbunku Carla przez polską „dwójkę” i jego pierwszych zadań wywiadowczych. Za kilka lat, gdy zapanuje pokój, mój bohater wspierany przez cichociemnych rzeczywiście ruszy na Pomorze Zachodnie. Pozostaje kwestia, czy zdejmę wówczas z niego mundur? Z pewnością niemiecki zniknie. Ale chcąc przedrzeć się w maju 1945 roku na Ziemie Odzyskane, musi skorzystać z mocnego przykrycia. Moim zdaniem takie zabezpieczenie zapewnić może mundur rosyjski lub polski. W tej sytuacji, pytanie czy Carl kiedykolwiek pojawi się w cywilnym ubraniu, nadal pozostanie otwarta. Kto wie, jaką rolę napisze dla niego autor?

Jeden z czytelników przekonywał podczas spotkania autorskiego, że on i wielu jego znajomych odnajduje w „Dolinie szpiegów” echa opowieści w stylu Hansa Klossa – chodzi oczywiście przede wszystkim o działającego na rzecz Polski agenta w niemieckim mundurze, który dokonuje mniej lub bardziej nieprawdopodobnych rzeczy. Tymczasem ja zapowiedziałem, że z tego agenta zdejmę mundur, ubiorę go w cywilny strój i poślę wśród Polaków. Dało mi to do myślenia i szybko uznałem rację tego pana.

Punktem wyjścia „Zdążyć przed wrogiem” jest aresztowanie przez Gestapo oficera ruchu oporu odpowiedzialnego za ewakuację archiwum agentury Oddziału II Komendy Głównej AK. Londyński Sztab Naczelnego Wodza powierza zadanie odzyskania dokumentów oddziałowi cichociemnych, który znamy z pierwszego tomu. W pewnym momencie pada pomysł, żeby do akcji włączyć też von Wedela.

– Cichociemni ruszają do Polski, bo rozpoczyna się właśnie Powstanie Warszawskie i chcą je wspomóc. Tymczasem Carl von Wedel jest wraz z swoją ukochaną w Szwajcarii. Zarzeka się, że nigdy już nie weźmie udziału w żadnej akcji wywiadowczej, nie narazi się na żadne niebezpieczeństwo. Ostatecznie zmienia zdanie, bo gdzieś tam, z tyłu głowy, pojawia mu się myśl, że w tym spokojnym szwajcarskim życiu czegoś mu jednak brakuje. Współpracę z wywiadem zaczynał jako człowiek dwudziestojednoletni, a to znaczy, że w zasadzie całe jego dorosłe życie to funkcjonowanie w stanie napięcia i realizacja bardzo trudnych zadań. I nagle to się kończy. Pisząc ten fragment powieści, przypominałem sobie, jak czasami, jeszcze będąc czynnym oficerem AW, udawało mi się wybrać na dłuższy urlop. Atrakcyjne miejsce, miła rodzinna atmosfera, dobre jedzenie i drinki, a po jakimś czasie nagle wracałem myślą do pracy. Właśnie tak stało się z Carlem i choć nie przyznawał się, sam przed sobą, w cywilnych realiach pojawiła się lekka nuda. Jednak wracając do początku pytania, muszę sprostować, że początkowo ani sztab w Londynie, ani dowódcy Oddziału II AK, nie mają pojęcia co stało się z jedynymi dwiema osobami znającymi dokładne miejsce ukrycia archiwum. Co było dalej, czytelnicy przeczytają już w powieści.

I Wedel jedzie do Polski, gdzie znowu przyjdzie mu działać w niemieckim mundurze. Ale czas i miejsce, jakie wybierasz, oznacza, że o ile w „Dolinie szpiegów” musiał mierzyć się z jednym reżimem, faszystowskim, o tyle tutaj trafia między dwa reżimy: niemiecki, ale i radziecki, bo Armia Czerwona już kroczy przez Polskę. Wysoko podnosisz poprzeczkę.

– To prawda. Nie chciałem powtarzać schematu walki ze służbami niemieckimi o tajne dokumenty. Zależało mi na pokazaniu tego, że zbliżająca się klęska wojsk hitlerowskich w przypadku Polski nie oznaczała wyzwolenia. Pokonanie Niemców, wspólnym wysiłkiem aliantów zaowocowało nagle nadejściem innego totalitaryzmu, który postanowił „ruszyć na pomoc ciemiężonej klasie robotniczej” na Zachodzie. Dla Polski oznaczało to nadejście mrocznych czasów pod fałszywymi hasłami niesienia nam niepodległości. W tym kontekście archiwum, które ma przejąć von Wedel jest podwójnie łakomym kąskiem, bo na jego zdobyciu zależy zarówno Niemcom, jak i Rosjanom. Dla obu stron byłoby ono czymś niezwykle cennym. A to oznacza dla bohatera rzeczywiście niebezpieczeństwo starcia z przedstawicielami obu reżimów. Sytuacja w jakiej w końcu 1944 roku znalazła się Polska, tworzyła nową rzeczywistość, ale oddziaływała także bardzo mocno w ludzkie postawy. Więc żołnierze AK i Carl, mieli przeciwko sobie nie tylko Niemców i Rosjan, w tej dramatycznej rywalizacji wzięli udział również współpracownicy lewicowego ruchu oporu, także agenci powiązani z NKWD.

Przypominałem sobie, jak czasami, jeszcze będąc czynnym oficerem AW, udawało mi się wybrać na dłuższy urlop. Atrakcyjne miejsce, miła rodzinna atmosfera, dobre jedzenie i drinki, a po jakimś czasie nagle wracałem myślą do pracy. Właśnie tak stało się z Carlem i choć nie przyznawał się, sam przed sobą, w cywilnych realiach pojawiła się lekka nuda.

W „Dolinie szpiegów” pozyskanie rejestru agentów, tyle że niemieckich, też było istotnym wątkiem. Domyślam się, że nie dzieje się tak przez przypadek. Zdobycie przez obce służby spisu agentów to realne zagrożenie dekonspiracją. Ochrona takich danych lub zdobycie danych wroga, to sprawa dla wywiadu newralgiczna?

– Obiecuję, że w żadnej kolejnej mojej książce wątek akt agentury się już nie pojawi (śmiech). Zastanawiałem się oczywiście czy nie znaleźć innego pretekstu dla działań von Wedela, ale uznałem, że ten jest najmocniejszy. Tym bardziej, że dotarcie do tych informacji było priorytetowe, jak wspomniałem wcześniej nie tylko dla faszystów, ale też dla Rosjan czy partyzantów AL. Bo jest tak jak mówisz: przejęcie takich danych to dla osób ujętych w rejestrze śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie są to bowiem najczęściej osoby, które można by przewerbować, bo one akurat podjęły się z własnej woli niezwykle niebezpiecznej misji i działają z pobudek patriotycznych. Pozyskanie ich danych przez wroga jest dla nich bardzo groźne i groźne jest też dla wywiadu, którego taka dekonspiracja dotyczy. Dlatego stawka jest wysoka. Kilka dni temu czytałem, że przez pomyłkę jakiegoś urzędnika w administracji brytyjskiej, w zwykłym mejlu wyszły do wielu nieuprawnionych osób dane 700 współpracowników sił brytyjskich w Afganistanie. Mogę sobie tylko wyobrazić, że to oznaczało paraliż całej siatki działającej na tamtym kierunku. W przypadku przejęcia rejestru agentów Oddziału II przez NKWD byłoby podobnie – w zasadzie polski wywiad w Londynie stałby się ślepy i głuchy na to, co dzieje się w kluczowym miejscu, czyli w Polsce znajdującej się coraz bardziej w radzieckiej strefie wpływów.

Takie niebezpieczeństwo dekonspiracji istnieje zatem zawsze. To może być kret, to może być nieuważny urzędnik, to może być celowe działanie podyktowane choćby walką polityczną.

– Daleko nie trzeba szukać i nie zawsze do dekonspiracji potrzeba złożonej operacji obcego wywiadu. Wystarczy przypomnieć ujawnienie danych z katalogu zastrzeżonego IPN-u. Różnego typu „Listy Macierewicza” nie są niczym innym, jak nagłym wyjęciem z archiwów nazwisk agentów i pokazaniem ich szerokiej publiczności. Ujawnione zostały wtedy także moje dane, które powinny były pozostać przez jeszcze kilka lat utajnione ze względu na efekty mojej pracy. Trzeba pamiętać, że do zbioru zastrzeżonego nie trafiały nazwiska przypadkowych oficerów, którzy nie wykonywali istotnych zadań. Tam znajdowały się nazwiska ludzi, których ujawnienie wprost szkodziło dorobkowi ich pracy operacyjnej i osobom, które były związane z polskim wywiadem. Z tego co wiem, w ujawnionych aktach zbioru zastrzeżonego IPN-u pojawiła się np. agentura polska czynnie działająca wówczas w Afganistanie i w kilku innych krajach. Pojawił się zresztą w mediach szereg wypowiedzi ludzi, którzy prowadzili tamtych agentów i teraz rwali włosy z głowy, bo ci ludzie zostali niejako postawieni pod murem, przed plutonem egzekucyjnym. Pamiętajmy, o jakich krajach mówimy. W Afganistanie szpiegostwo to pewna kara śmierci.

Przeczytaj także:

Wróćmy do powieści. Rzucasz Carla von Wedela nie tylko do kraju frontowego, ale i do kraju podzielonego wewnętrznie, gdzie działają dwa ruchy oporu, mające dwie różne wizje przyszłości Polski. I pokazujesz, że twój bohater trochę się w tym gubi, co stwarza dodatkowe, bardzo realne, zagrożenie dla jego misji.

– Jednym z moich celów było pokazanie tej podzielonej Polski, widzianej oczami przychylnego nam człowieka, który dla polskiego wywiadu ryzykuje zdrowie i życie, a który nie jest w stanie zrozumieć bratobójczej walki. On nawet wprost pyta: „Dlaczego walczycie między sobą? Dlaczego wasz ruch oporu jest podzielony?” Von Wedel nie rozumie priorytetów Armii Ludowej, która walczy z Niemcami, ale ma jakieś wspólne interesy z Rosją, która przecież podpisała wcześniej z Niemcami Pakt Ribbentrop-Mołotow. Te wątpliwości, które w pewnym momencie targają von Wedelem, są elementem budowania przeze mnie tej postaci jako jeszcze mniej posągowej, niż w „Dolinie szpiegów”. Tam to był wzorzec agenta polskiego wywiadu, który wykona prawie każde zadanie. Nie złamie się, nie odpuści, będzie działał. Miał wprawdzie swoje słabości, ale rzadko je okazywał.

Jak Hans Kloss.

– Jak Hans Kloss, choć każdy z nich pracował dla innej strony walczącej o niepodległość Polski. Kloss był związany z Moskwą i PPR, a Carl został zwerbowany przez przedwojenną „dwójkę” i całą wojnę wykonywał rozkazy władz londyńskich. A przecież – o czym już mówiłem w odpowiedzi na twoje pierwsze pytanie – to jest też zwykły człowiek, który zostawił w domu rodzinę, a teraz ryzykuje życiem. I ma prawo, częściej niż robił to wcześniej, zastanawiać się nad sensem podejmowanych działań. Oczywiście to wynika także z niedostatecznego przygotowania go do misji w Polsce. Nie wytłumaczono mu dostatecznie dobrze realiów i stąd całe zamieszanie.

Nie zawsze do dekonspiracji potrzeba złożonej operacji obcego wywiadu. Wystarczy przypomnieć ujawnienie danych z katalogu zastrzeżonego IPN-u. Różnego typu „Listy Macierewicza” nie są niczym innym, jak nagłym wyjęciem z archiwów nazwisk agentów i pokazaniem ich szerokiej publiczności. Ujawnione zostały wtedy także moje dane, które powinny były pozostać przez jeszcze kilka lat utajnione ze względu na efekty mojej pracy. Trzeba pamiętać, że do zbioru zastrzeżonego nie trafiały nazwiska przypadkowych oficerów, którzy nie wykonywali istotnych zadań. Tam znajdowały się nazwiska ludzi, których ujawnienie wprost szkodziło dorobkowi ich pracy operacyjnej i osobom, które były związane z polskim wywiadem.

Dlatego w misji Carla von Wedela polaryzacja społeczeństwa jest przeszkodą. A jak jest w pracy oficera wywiadu, który dziś musiałby działać w kraju, gdzie przebiega tak ostry podział ideologiczny, polityczny?

– W realiach mojej powieści lewicowy ruch oporu, realizujący rozkazy z Lublina i Moskwy jest kolejnym wrogiem z którym bohater i cichociemni muszą walczyć. Inna jest sytuacja w odniesieniu do drugiej części twojego pytania. Dla przygotowanego do misji oficera taka polaryzacja to genialna okoliczność. Uzbrojony w argumenty jednej albo drugiej strony może dużo łatwiej wkupić się w łaski którejś z nich, przede wszystkim tej, którą ma rozpracować. Przy czym kwestia naszych osobistych przekonań politycznych czy etycznych jest sprawą wtórną, musimy umieć przeniknąć też do tych grup, choćby ekstremistycznych, z których poglądami się nie zgadzamy. Zwłaszcza do nich. Najważniejsze zawsze pozostaje wykonanie zadania.

Jedną z najciekawszych postaci pośród antagonistów jest znany nam z „Doliny szpiegów: Hans Hofmann, szef Gestapo w Warszawie, wcześniej zastępca dowódcy Gestapo w Berlinie. Jego motywacje są bardzo złożone, czuje bowiem osobistą niechęć do Carla von Wedela i kieruje się chęcią zemsty za to, że von Wedel wyciągnął od jego syna, oficera wywiadu, ważne informacje o agencie w Londynie. Jak tworzysz takie postacie?

– Dla mnie tworzenie bohaterów to nie jest proces, nad którym długo rozmyślam. Pisanie powieści jest dla mnie czynnością, która dzieje się tu i teraz. Mam oczywiście wstępne założenia, których się zresztą dość często nie trzymam, ale to dlatego że piszę na bieżąco. Podobnie jest z postaciami. Szukam w nich wyrazistości, cech, które mogłyby zarówno mnie zainteresować, jak i zaintrygować czytelnika. Szukam w nich nie tylko czerni czy bieli, ale i odcieni szarości. Postać Hofmanna kojarzy mi się przede wszystkim z człowiekiem przegranym, który w wyniku afery, o której mówisz, stracił syna, ale i pozycję w establishmencie III Rzeszy. Wylądował na prowincji i cały czas marzy o tym, żeby wrócić do łask, szczerze przy tym nienawidząc sprawcy swoich nieszczęść.

Dla przygotowanego do misji oficera polaryzacja w kraju, w którym ma działać, to genialna okoliczność. Uzbrojony w argumenty jednej albo drugiej strony może dużo łatwiej wkupić się w łaski którejś z nich, przede wszystkim tej, którą ma rozpracować. Przy czym kwestia naszych osobistych przekonań politycznych czy etycznych jest sprawą wtórną, musimy umieć przeniknąć też do tych grup, choćby ekstremistycznych, z których poglądami się nie zgadzamy. Zwłaszcza do nich. Najważniejsze zawsze pozostaje wykonanie zadania.

„Dolina szpiegów” i „Zdążyć przed wrogiem” to powieści historyczne, w jakimś sensie epickie, bo pokazują nie tylko bohaterów, ale i całe tło polityczne czy obyczajowe. Z kolei twoja seria „Partnerzy” to rozgrywające się współcześnie powieści sensacyjne, ale bardziej kameralne, skupione głównie na bohaterach i ich emocjach. Któraś z tych narracji jest ci bliższa?

– Nie ma to dla mnie większego znaczenia, choć powiem przewrotnie, że może najbliższa jest mi narracja w „Agencie z Rijadu”, a więc książce poza wspomnianymi seriami. Współczesnej, ale jednocześnie pokazującej realia świata, w którym żyjemy, strefy interesów, przyszłość globalnego rynku ropy, ale i walkę wywiadów. Nie do końca zgodzę się z twoim zdaniem, że w „Partnerach” nie ma tła politycznego czy nawiązania do aktualnej (2022 roku) sytuacji w Polsce. Nie chciałem natomiast, żeby w „Partnerach” czytelnik skupiał się na ocenach doskonale mu znanych obecnych realiów politycznych w Polsce. Starałem się, w moim przekonaniu delikatnie, nawiązywać do rzeczywistości.

Dla von Wedela misja w Polsce to wyczekiwany „powrót do akcji”. Czy dla ciebie, byłego oficera wywiadu, takim powrotem jest pisanie?

– Nie, ja jestem z życiem pogodzony i nie tęsknię za służbą. Znam oczywiście osoby, nawet starsze ode mnie, które pewnie w każdej chwili wróciłyby na Miłobędzką [siedziba Agencji Wywiadu – red.], gdyby je o to poproszono. Ja uważam, że w życiu są kolejne etapy, które przeżywamy: dzieciństwo, lata nauki, praca zawodowa i wreszcie emerytura. Trzeba w pewnym momencie zacząć korzystać z życia, a nie cały czas pracować. Warto mieć czas na spotkania ze znajomymi i bliskimi, rekreację, podróże, oczywiście jeżeli nas na to stać. Dla mnie pisanie to spełnienie marzeń. I mogąc to robić, czuję wielką przyjemność. Nie stanowi próby, choćby takiego „wirtualnego” znalezienia się znowu w akcji. Tym bardziej, że nawet zanim zacząłem pisać, jako emeryt wcale się nie nudziłem.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Robert Michniewicz – były oficer wywiadu, który w 1984 roku jako jeden z prymusów ukończył Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadowczych. W wywiadzie przepracował 23 lata, z czego 11 lat działał za granicą. Realizował zadania wywiadowcze na Bliskim Wschodzie, w Ameryce i Europie. W 2006 roku w stopniu podpułkownika przeszedł na emeryturę. Obecnie pisarz, autor powieści sensacyjno-szpiegowskich „Partnerzy. Początek”„Dolina szpiegów”, „Partnerzy. Zemsta”, „Agent z Rijadu” i „Zdążyć przed wrogiem”.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej