Mam przywilej posiadania wiedzy o kulisach działania wywiadu, pozwalający mi stworzyć fikcję historyczno-sensacyjno-szpiegowską. Ten przywilej to też obowiązek bycia jak najbardziej wiernym prawdzie, bez tworzenia działań niemożliwych, bez uproszczeń – mówi Robert Michniewicz, były oficer wywiadu, pisarz, autor powieści „Dolina szpiegów”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Poznański: Bohaterem twojej najnowszej powieści, osadzonej w czasie II wojny światowej, jest Carl von Wedel, niemiecki oficer, hrabia, a do tego agent działający dla polskiego wywiadu. To zestawienie brzmi sensacyjnie, choć nie nieprawdopodobnie, tym bardziej że doskonale tłumaczysz motywy, którymi ten bohater się kieruje. Czy jednak taka postać mogła istnieć?
Robert Michniewicz: Prawdziwe jest nazwisko, które zapożyczyłem od niemieckiego rodu szlacheckiego, który już w XIII wieku osiedlił się na Pomorzu Zachodnim, a wcześniej mieszkał w Holsztynie. Natomiast sam bohater jest oczywiście wymyślony. Zależało mi na tym, by odejść od standardowej opowieści wojennej, w której dla polskiego wywiadu może pracować tylko Polak. Czy ktoś taki, a więc Niemiec w służbie polskiego wywiadu, mógł istnieć? Na pewno istnieć mógł ktoś, kto kierował się podobnymi motywacjami. Mój bohater pała wielką sympatią do Polaków, podobnie zresztą jak jego ojciec i w takiej atmosferze został wychowany. Polacy otaczali go od zawsze, miał polską nauczycielkę, która przybliżała mu język i kulturę polską, co na tego młodego człowieka musiało oddziaływać, skoro po kilku latach studiów w Berlinie zdecydował się na wyjazd do Polski – najpierw do Warszawy, potem do Krakowa, gdzie zainteresował się nim polski wywiad.
Nie bez znaczenia dla jego decyzji pozostaje fakt, że Carl jest antyfaszystą.
– Co przejął od ojca. Ktoś taki mógł z powodzeniem znaleźć się w orbicie zainteresowania wywiadu, tym bardziej że był studentem, a tych często próbuje się pozyskać do współpracy. Łatwiej przekonać młodego człowieka, niż kogoś, kto ma już dorobek, rodzinę. W przypadku Carla do werbunku w Polsce ostatecznie nie dochodzi, ale gdy mój bohater później przebywa w Paryżu, w jego rodzinnych okolicach dochodzi do tragedii, której przyczyną jest konflikt między nastawionym krytycznie do faszystów Henrykiem von Wedelem, a miejscowym liderem NSDAP. W rezultacie ojciec Carla umiera. Ta sytuacja utwierdza młodego von Wedela w przekonaniu, że powinien zaangażować się po stronie sił sprzeciwiających się Hitlerowi. Pamiętajmy, że w tamtym czasie mój bohater nie był jeszcze oficerem niemieckiego wywiadu, więc jego pozyskanie przez polski wywiad było prostsze. Karierę w Abwehrze zaczął robić potem, realizując polecenie swojej warszawskiej centrali, i uznając, że w ten sposób bardziej się przyda. Pomyślał: czemu nie? Ci ludzie walczą ze zbliżającym się zagrożeniem dla europejskiego pokoju, walczą z faszystami, których nienawidzę. Myślę, że gdyby w tamtym czasie przyszli do niego Amerykanie albo Francuzi, też mógłby rozważyć współpracę z nimi. Ale to do Polski miał większy sentyment, więc decyzja o współpracy z Polakami była bardziej naturalna.
Zależało mi na tym, by odejść od standardowej opowieści wojennej, w której dla polskiego wywiadu może pracować tylko Polak. Czy ktoś taki, a więc Niemiec w służbie polskiego wywiadu, mógł istnieć? Na pewno istnieć mógł ktoś, kto kierował się podobnymi motywacjami.
Dajesz nam zatem figurę „dobrego Niemca”, dość rzadką w literaturze popularnej. Co więcej, takich Niemców jest u ciebie więcej, choćby generał Walter Jung z Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu, ojciec Lotte, narzeczonej Carla.
– Z jednej strony chciałem uniknąć sztampy, w której Polak jest dobry, a Niemiec zawsze zły. Uznałem też, że warto dać Oddziałowi II Sztabu Generalnego – choćby na kartach książki – taki sukces jak werbunek Niemca, jakich polski wywiad zrealizował wiele przed wybuchem II wojny światowej. A co do dobrych Niemców, to przecież prawda historyczna. Z informacji historycznych wynika, że Niemców, którzy się nie poddali, nie okazali strachu wobec reżimu nazistowskiego, sprzeciwiali się mu w taki czy inny sposób, było wielu. Warto pamiętać, że z początku do obozów koncentracyjnych trafiali właśnie Niemcy: komuniści, antyfaszyści. Hitler doszedł do władzy, ale to nie znaczy, że miał stuprocentowe poparcie. Samych zamachów na Hitlera, przeprowadzanych przecież głównie niemieckimi rękami było dwadzieścia, a różnych spisków ponad czterdzieści! Najbardziej znane to oczywiście: zamach z 20 lipca 1944 roku płk Clausa von Stauffenberga czy inny z listopada 1939 roku w Piwnicy Mieszczańskiej w Monachium. Były również grupy spiskowców wewnątrz armii niemieckiej i właśnie do takich faktów historycznych nawiązuję w wątku aktywności generała Waltera Junga, ojca Lotte.
Na przykładzie Carla, ale i na przykładzie stojącego po drugiej strony Lothara, Anglika na usługach niemieckiego wywiadu, poruszasz bardzo złożone zagadnienia moralne: obaj zdradzają przecież swoje kraje. Różni ich motywacja.

9788382527308
– Takie dylematy są częścią działalności szpiegowskiej, której się podjęli i tym silniej wybrzmiewają w czasach wojny, gdy wokół giną ludzie, ich rodacy. Myślę, że dla czytelnika najlepszą odpowiedzią na pytanie o moralne zagadnienia związane ze służbą agenta dla obcego kraju będzie to, co pod koniec książki rozważa sam Carl, próbujący odnaleźć się w całej sytuacji. Szpieg, agent, jest zdrajcą, to nie ulega wątpliwości, ale czy zdrada może być uzasadniona większym dobrem? Trzeba na jednej szali położyć tę zdradę, a na drugiej szansę pokonania bezwzględnego zła, zaprowadzenie pokoju, pokonanie reżimu, który mógł zniszczyć Europę, a pewnie i większy kawałek świata. Co innego w przypadku Lothara, który też wyrasta tu na ważną postać, ale działającą po złej stronie.
No właśnie – „Dolina szpiegów” to dla mnie powieść o ludzkich postawach, o trudnych wyborach w niełatwych czasach: o wyborze między ideałami a koniunkturalizmem, którym kieruje się Lothar, ale też członkowie przywołanych przez ciebie Goralenvolk.
– Bardzo trafna ocena. Właśnie na pokazaniu ludzkich dylematów zależało mi, kiedy pisałem tę powieść. Realia II wojny światowej to sytuacja, w której otoczeni jesteśmy ze wszystkich stron przez zło, reprezentowane przez rozbudowany niemiecki aparata bezpieczeństwa. Okupacja Polski czy innych państw, to nie było tylko teoretyczne określenie, ale termin oznaczający ograniczenie prawa obywateli w wielu sferach, a właściwie przyznanie okupantowi decyzji o życiu lub śmierci. W takiej sytuacji podjęcie jakiejkolwiek działalności przeciwko władzom hitlerowskim jest w zasadzie skazane na porażkę. Każda próba oporu jest więc aktem bohaterstwa, tym bardziej jeśli mówimy o działaniach zbrojnych. Koniunkturalistów było wielu, ale na szczęście byli też ci odważni, bez których pokój nigdy by nie zapanował. „Dolina szpiegów” to książka o wyborach, których muszą dokonać jej bohaterowie. Wyboru dokonuje Carl, wyboru dokonuje Lothar, ale i inni, w tym Lotte, która też prędzej czy później podąży śladem swojego ojca, przeciwnika Hitlera.
Myślę, że dla czytelnika najlepszą odpowiedzią na pytanie o moralne zagadnienia związane ze służbą agenta dla obcego kraju będzie to, co pod koniec książki rozważa sam Carl, próbujący odnaleźć się w całej sytuacji. Szpieg, agent, jest zdrajcą, to nie ulega wątpliwości, ale czy zdrada może być uzasadniona większym dobrem? Trzeba na jednej szali położyć tę zdradę, a na drugiej szansę pokonania bezwzględnego zła, zaprowadzenie pokoju, pokonanie reżimu, który mógł zniszczyć Europę, a pewnie i większy kawałek świata.
Pozostając na chwilę przy Lotharze: to postać tragiczna. Dokonuje złych wyborów, ale nie jest jednoznaczny w swych działaniach, choćby dlatego, że u podstawy jego werbunku leży szantaż.
– Dla mnie ważne jest, żeby postaci w powieści były wyraziste. Lothar jest osobą pochodzącą z biednej rodziny, co w Wielkiej Brytanii oznaczało, że jako ktoś bez umocowania w rodowodzie, albo w majątku, nie ma nawet co marzyć o karierze. A przecież był ambitny, więc gdy wpadł w sidła niemieckich służb, oferujących mu duże pieniądze za zdradę ojczyzny, nic dziwnego, że szybko się skusił. Owszem, na początku był szantaż, ale myślę, że Lothar przede wszystkim uznał, że oto los wyciągnął do niego rękę, która wyciągnie go z nizin społecznych. Owszem, musiał sobie zdawać też sprawę, że to rodzaj pułapki, sytuacji bez dobrego wyjścia. Jest więc marchewka, ale jest też i kij. Lothar podjął świadomą decyzję.
Ten przykład, ale i przykład Carla czy Władysława Dąbrowskiego, pokazuje, że dajesz nam powieść odsłaniającą kulisy werbowania szpiega. Jako byłego oficera wywiadu chciałbym cię spytać, czy inaczej wygląda to w czasie wojny, a inaczej w czasie pokoju?
– Werbunek jako taki nie różni się w sytuacji pokoju i w czasie wojny, albo innego napięcia politycznego. Na jego przebieg mogą za to wpłynąć powstałe doraźnie warunki, presja czasu czy trudny dostęp werbownika do kandydata na agenta. W powieści pokazuję w stu procentach realistyczny werbunek dokonany przez Lothara na polskim oficerze w Londynie, kapitanie Władysławie Dąbrowskim. Detalicznie przedstawiłem rozmowę werbunkową, w której werbowana jest osoba, z którą werbujący nawiązał już wcześniej życzliwą, osobistą więź. Rozmowa zaczyna się od pokazania polskiemu oficerowi, od lat przebywającemu poza krajem, aktualnych zdjęć jego bliskich. To dla niego nieoczekiwana radość, bo nie widział ich od prawie pięciu lat. A potem, niespodziewanie pada propozycja współpracy agenturalnej z wywiadem niemieckim, wsparta szantażem: przejdź na naszą stronę, albo te osoby przestaną być bezpieczne: trafią do obozu, a wcześniej w ręce Gestapo. W tym momencie albo zyskujemy śmiertelnego wroga w osobie werbowanego, albo łamiemy człowieka. Nic dziwnego: kij jest tu bardzo mocny. Dzięki temu Lothar pomija ważny element tzw. ugruntowania werbunku, ale przecież ma prawo sądzić, że odniósł sukces i Dąbrowski zrobi wszystko, żeby uratować najbliższych. Generalnie wyróżniamy trzy kategorie osób werbowanych: pierwsza obejmuje tych, którym chcemy zapłacić za ich wiedzę, to tak zwana podstawa finansowa , druga dotyczy szantażu związanego z sytuacją kompromitującą, często obyczajową, czyli werbunek w oparciu o materiały kompromitujące, i trzecia – z którą spotykamy się najczęściej w czasach współczesnych – to jest oferent, a więc ktoś, kto sam deklaruje gotowość współpracy. To najlepsza kategoria agenta, choć obarczona dużym ryzykiem i często kończy się odrzuceniem oferty z obawy, że to prowokacja.
Zadaniem zwerbowanego agenta jest zdobycie ważnych informacji. Pokazujesz, że to trudna operacyjna praca, w której jednak czasem pomaga przypadek.
– Ale temu przypadkowi trzeba pomóc. Carl, w oparciu o instrukcje centrali, postanawia robić karierę w niemieckim wywiadzie wojskowym, bo tam szansa na zdobycie najważniejszych informacji jest największa. Agenci powinni znaleźć się w miejscu, gdzie mają naturalną możliwość poznania kogoś, komu mogą zadać odpowiednie pytania i uzyskać na nie odpowiedzi. Ktoś działający dziś w Rosji będzie próbował wkręcić się w środowisko wojskowe, dziennikarskie, rządowe czy administracji prezydenta, bo tam, działając pod odpowiednią legendą, ma szansę nawiązania kontaktów – przy okazji imprez towarzyskich czy oficjalnych spotkań, ale we właściwym gronie. I tu nie ma wiele miejsca dla przypadku.
W twojej powieści jest i werbowanie, i zdobywanie informacji, i nawet wątek szkolenia szpiegów. Dajesz nam książkę, która pokazuje ten szpiegowski świat ze wszystkimi jego aspektami. Takie miałeś założenie, siadając do jej pisania?
– W czasach młodości obejrzałem film „Działa Navarony”, oparty na prozie Alistaira MacLeana – to był mój pierwszy kontakt z jego twórczością. Od tej pory przez wiele lat chciałem czytać tylko takie książki: MacLeana, Folleta, „Tajną sprawę Norsk Hydro” Hasso Grabnera… Fascynowały mnie opowieści z czasów II wojny światowej, gdy akcje komandosów obarczone były olbrzymim ryzykiem, bo właściwie wszędzie obecne były służby niemieckie. Ale gdy zacząłem pisać, uznałem, że nie chcę powtarzać tego, co już było. Akcja komandosów – Cichociemnych – w czasie II wojny światowej, którzy muszą zdobyć „skarb”, pozostaje ważnym wątkiem, ale osią fabuły jest coś, co mogę wynieść z własnego doświadczenia, a więc losy agenta wywiadu, którego wplątuję w tę akcję komandosów. Uznałem, że mam przywilej posiadania wiedzy o kulisach działania wywiadu, pozwalający mi stworzyć fikcję historyczno-sensacyjno-szpiegowską. Ten przywilej to też obowiązek bycia jak najbardziej wiernym prawdzie – bez tworzenia działań niemożliwych, bez uproszczeń, bez sytuacji, w których wiedza o działaniach przeciwnika pojawia się znikąd. Zależało mi, żeby uchylić trochę kurtynę (choć bez zdradzania jakichkolwiek tajemnic), za którą kryje się mechanizm skutecznego funkcjonowania wywiadu. I stąd te detale, te różne aspekty działania agenta, szpiega, oficera. Dzięki temu czytelnik może mieć poczucie, że bierze udział w prawdziwej działalności wywiadowczej – od werbowania agenta, przez zdobywanie informacji, po pisanie raportów i wreszcie ich przesyłanie do centrali wywiadu. Carl przecież wraca w nocy do domu, po trudnej akcji, i siada do pisania. Potem kontaktuje się ze swoim radiotelegrafistą, który musi przesłać informacje do Londynu. Można by to pominąć, Bond przecież nie pisze raportów, ale mnie zależy, żeby opis był możliwie najbardziej realistyczny, oparty na prawdziwych podstawach.
Agenci powinni znaleźć się w miejscu, gdzie mają naturalną możliwość poznania kogoś, komu mogą zadać odpowiednie pytania i uzyskać na nie odpowiedzi. Ktoś działający dziś w Rosji będzie próbował wkręcić się w środowisko wojskowe, dziennikarskie, rządowe czy administracji prezydenta, bo tam, działając pod odpowiednią legendą, ma szansę nawiązania kontaktów – przy okazji imprez towarzyskich czy oficjalnych spotkań, ale we właściwym gronie. I tu nie ma wiele miejsca dla przypadku.
Mówisz o swojej wiedzy, ale czy ona wystarczyła, skoro akcja rozgrywa się osiemdziesiąt lat temu?
– Pracę w wywiadzie zacząłem w 1983 roku. Niemal cztery dekady po wojnie, ale wtedy technologia nie pędziła tak do przodu jak dziś. Działalność wywiadowcza w dużym stopniu przypominała działania z lat 50. czy 60. Owszem, w czasie wojny nie było cyfrowych kieszonkowych magnetofonów, musiałem też sprawdzić szczegóły dotyczące choćby metod łączności przy użyciu radiostacji, ale już bez problemu mogłem wprowadzić miniaturowe aparaty fotograficzne, bo takowe istniały, czy tajne schowki.
Na ile intryga, którą opisujesz, obejmująca i działania wywiadów, i akcję Cichociemnych, choć fikcyjna, opiera się na wydarzeniach umocowanych w historii?
– Tak naprawdę w strukturach działających wokół Naczelnego Wodza w Londynie było kilka służb specjalnych, w większości o charakterze wywiadowczym. Co jednak ciekawe, o ile przed wojną wywiad był prowadzony przez Oddział II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, to w Londynie Oddział II Sztabu Naczelnego Wodza nie dysponował agenturą na terenie Polski i nie prowadził w kraju bezpośredniej działalności wywiadowczej, zajmowały się tym komórki Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej. Uznałem jednak, że trzeba dla potrzeb powieści uprościć tę strukturę i dlatego Oddział II prowadzi Carla, a Oddział VI tzw. specjalny – i to już jest w pełni zgodne z historyczną prawdą – prowadzi Cichociemnych. Prawdą jest też, że zgodnie z umową między rządem polskim a brytyjskim, nasze służby były całkowicie niezależne od Brytyjczyków. Było tylko biuro łącznikowe, którym kierował pokazany przeze mnie komandor Wilfred Dunderdale, postać autentyczna. Ze strony polskiej za kontakty z brytyjskimi służbami specjalnymi odpowiadał Oddział II. Prawdą jest też, że Cichociemni – jako fragment sił zbrojnych – byli przerzucani do kraju, tak jak dzieje się to w powieści, bo z założenia, jako doskonale wyszkoleni żołnierze, o różnorakich umiejętnościach, mieli być siłą wiodącą planowanego powstania powszechnego. Z tego co wiem, wielu Cichociemnych brało też udział w operacjach specjalnych na zlecenie aliantów. W takich operacjach uczestniczyli również żołnierze innej polskiej formacji tzw. „pionu wojskowego” Akcji Kontynentalnej, którzy podlegali rozkazom brytyjskiego Zarządu Operacji Specjalnych (SOE). Opisuję w „Dolinie szpiegów” jedną z takich operacji, mającą miejsce w Grecji, gdzie czwórka żołnierzy, pod przykryciem Niemców, brała udział w działaniach specjalnych organizowanych przez brytyjskie SOE. Na pewno więcej dowiemy się, kiedy zostaną otwarte brytyjskie archiwa.
Jedno jest pewne – Cichociemni byli doskonale wyszkoleni, w zakresie dywersji, łączności i wywiadu, mogli pełnić stanowiska dowódców i oficerów sztabowych, musieli znać obce języki, w tym obowiązkowo niemiecki, dlatego pokazuję w powieści choćby to, jak podczas brawurowej akcji w tytułowej dolinie szpiegów doskonale udają oficerów SD. Co ważne: byli zawsze ochotnikami. I byli grupą elitarną: zrekrutowano ich około 2500, w ramach kilku etapowego procesu naboru, szkolenie ukończyło 600, do kraju poleciało niewiele ponad 300. Proces szkolenia obejmował cztery rodzaje kursów: zasadnicze, specjalnościowe, uzupełniające oraz praktyczne. Żołnierzy trenowano w zakresie wielu specjalności wojskowych. Przykładowo, uczono ich również fałszowania dokumentów, a zajęcia prowadził znany polski fałszerz Jerzy Maciejewski. Z realizowanymi zajęciami wiązały się różne ciekawostki np. podczas kursu zaprawowego uczestników obowiązywał zakaz wchodzenia do budynków i pomieszczeń drzwiami czy bramami, musieli wchodzić przez okna, płoty czy przez dach. Do legendy przeszło ćwiczenie w ramach kursu walki konspiracyjnej, polegające na prawdziwym napadzie na bank, przy czym władze lokalne były uprzedzone, że dywersanci wroga szykują tego typu akcję. Lub inne zadanie zakładające podłożenie ładunku wybuchowego pod obiekt strzeżony przez służby brytyjskie. Orientację w terenie ćwiczono poprzez m.in. wywożenie kursantów w nocy w nieznany teren, skąd mieli wrócić do bazy nie korzystając z dróg i nie pytając nikogo o drogę.
Cichociemni byli doskonale wyszkoleni, w zakresie dywersji, łączności i wywiadu, mogli pełnić stanowiska dowódców i oficerów sztabowych, musieli znać obce języki, w tym obowiązkowo niemiecki, dlatego pokazuję w powieści choćby to, jak podczas brawurowej akcji w tytułowej dolinie szpiegów doskonale udają oficerów SD. Co ważne: byli zawsze ochotnikami. I byli grupą elitarną.
W powieści pada zdanie: „Do zobaczenia w wolnej Polsce”. Mówię o tym, bo przez cały czas lektury odczuwałem jako czytelnik niepokój, wynikający z wiedzy o tym, co stało się po wojnie. Polska, o jakiej marzyli bohaterowie, nie nastała. Co w takiej sytuacji z nimi? Co z ich motywacjami? Co z ich przekonaniem, że walczyli w słusznej sprawie? Pytam, bo wspominasz w posłowiu o możliwej kontynuacji, która miałaby się rozgrywać po wojnie, w czasie podziału świata Żelazną Kurtyną.
– Uśmiechnąłem się, jak usłyszałem twoje pytanie, bo druga część, nad którą zacząłem pracę , a na pewno dobrych kilkanaście pierwszych stron tej nowej powieści, niesie odpowiedź na twoje pytanie. Dylematy przed którymi stanęli ci dzielni żołnierze, są dla nas trudne do wyobrażenia. Brytyjczycy zaraz po zakończeniu wojny zaczęli likwidować polskie siły zbrojne, czyli w krótkim czasie ci ludzie nie mieli już ani koszar, ani „miejsca pracy” czyli nie otrzymywali żołdu. Na pewno warto by napisać o tragicznych powojennych losach Cichociemnych, których w Polsce uznano za przedstawicieli wrogiej agentury i skazywano na śmierć. Ale wracali do kraju, bo mieli tu rodziny. Podejmowali wielkie ryzyko. Chciałbym kontynuować „Dolinę szpiegów”, bo zaprzyjaźniłem się z moimi bohaterami. Druga część miałaby się dziać tuż po zwycięstwie nad faszyzmem, na polskich ziemiach odzyskanych. Mam też inny pomysł, aby napisać książkę o losach oddziału Cichociemnych dowodzonego przez kapitana Mularczyka, jeszcze w realiach wojennych czyli np. po powrocie z Podhala. Można by się też pokusić o stworzenie sensacyjnej historii ich losów po zakończeniu wojny. Pomysłów mam dużo, ale podjęcie tych tematów warunkuję poziomem zainteresowania Czytelników historią opowiedzianą w „Dolinie szpiegów”.
Rozmawiał Przemysław Poznański
*Robert Michniewicz – były oficer wywiadu, autor powieści szpiegowskiej „Partnerzy. Początek” oraz „Dolina szpiegów”. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz studiów podyplomowych w Polskiej Akademii Nauk. W 1984 roku jako jeden z prymusów ukończył Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadowczych. W wywiadzie przepracował 23 lata, z czego 11 lat działał za granicą. Realizował zadania wywiadowcze na Bliskim Wschodzie, w Ameryce i Europie. W 2006 roku w stopniu podpułkownika przeszedł na emeryturę.

