wywiad

Grzegorz Kalinowski: Od literatury oczekuję uczciwości i odpowiedzialności | 10 pytań na nasze 10-lecie

Zupełnie Inna Opowieść ma już 10 lat. Dużo? Mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy ich też, jak im upłynęła ostatnia dekada, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Grzegorz Kalinowski.

Grzegorz Kalinowski, fot. Rafał Meszka

– W pewnym momencie najbliżej mi było do trupa! Niewiele brakowało. W podwójnym tego słowa znaczeniu, fizycznym i zawodowym. Krytyczne kłopoty ze zdrowiem to jedno, a zmęczenie pracą to druga strona medalu, który z każdej strony prezentował się fatalnie. Teraz nie potrafię sobie tego wyobrazić, być może jak wielu ludzi z branży trwałbym z uporem? Nie, z pewnością nie! Moja Żona mówi, że na pewno bym coś wymyślił. Gdyby były sklepy płytowe, to zostałbym subiektem seniorem – mówi Grzegorz Kalinowski, były korespondent wojenny w Jugosławii, dziennikarz sportowy nominowany do Telekamery, pisarz, finalista Nagrody Wielkiego Kalibru, zdobywca Złotego Pocisku, współautor biografii „Kici. Lucjan Brychczy – legenda Legii Warszawa”, oraz „Zawodowiec. Czesław Lang”, autor powieści „Śmierć frajerom”, „Śmierć frajerom. Złota maska”, „Śmierć frajerom. Tajemnica skarbu Ala Capone”, „Śmierć frajerom. Wyrok”, „Śmierć frajerom. Na beczce prochu”, „Pogromca grzeszników”, „Śledztwo ostatniej szansy”, „Śmierć z ogłoszenia”, „Gra w oczko”, „Załoga”, „Kwarantanna” i „Szeleszcząca śmierć”. „Granatowy 44”, „Wyzwolony 45”, „Odzyskany 46”, „Generacja X, czyli kryzys wieku średniego” i „Niewidzialna ręka”. Pierwszą recenzję jego książki opublikowaliśmy 23 listopada 2016 roku, pierwszy wywiad zamieściliśmy 30 czerwca 2017 roku, a pierwszy wywiad wideo – 7 lutego 2019 roku.

Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?

Grzegorz Kalinowski: Wydawałoby się, że w historii ludzkości to nic, ale jeśli przypomni się, że Tysiącletnia Rzesza w ciągu swoich jedenastu lat istnienia doprowadziła do niewyobrażalnych zbrodni i wraz ze stalinowską Rosją wznieciła II wojnę światową, to dekada nawet w historii cywilizacji może mieć kolosalne znaczenie. Zatem cóż powiedzieć o życiu człowieka, albo dwójki ludzi? Dla Was Panowie i dla mnie te dziesięć lat to cała epoka, zwłaszcza że podjęliśmy ważne decyzje, które wpłynęły na sposób życia.

Historia twojego pisarstwa to właśnie dziesięć lat. Debiutowałeś jako autor w 2014 roku, a jako powieściopisarz w 2015 roku. Z czym kojarzy ci się ta dekada? Dostrzegasz jakieś istotne kamienie milowe w swojej twórczości?

– Nie chcę wpaść do szufladki, nie po to wychodziłem z tej z napisem „komentator sportowy”, by wpaść do nowej. Poza tym nie chcę i nie potrafię zamknąć się w jednym stylu i jednocześnie nie chcę rezygnować z tego co już wypracowałem i co lubię. Mogłem „jechać” na Heńku Wciśle i „Śmierci frajerom”, czyli cyklu historyczno-łotrzykowskim, ale chciałem też spróbować sił w powieści kryminalnej i to nie tylko retro, ale i współczesnej, później przyszła pora na powieści o zabarwieniu satyrycznym: obyczajowa „Generacja X” i sensacyjna „Niewidzialna ręka”. Na razie jest mapa nieba, na której są różne konstelacje, niektóre większe, inne mniejsze, są też pewnie te nieodkryte, bo lubię szukać i to jest także coś co charakteryzuje tę dekadę. Kamieniem milowym był debiut, kolejnym będzie teatralna lub filmowa adaptacja. Dwa razy już było blisko, mówię tylko o tych przypadkach, w których decyzja została podjęta, tylko producenci weszli w zakręt i mieli ważniejsze problemy na głowie niż nowy projekt.

Nie chcę wpaść do szufladki, nie po to wychodziłem z tej z napisem „komentator sportowy”, by wpaść do nowej. Poza tym nie chcę i nie potrafię zamknąć się w jednym stylu i jednocześnie nie chcę rezygnować z tego co już wypracowałem i co lubię. Mogłem „jechać” na Heńku Wciśle i „Śmierci frajerom”, czyli cyklu historyczno-łotrzykowskim, ale chciałem też spróbować sił w powieści kryminalnej i to nie tylko retro, ale i współczesnej, później przyszła pora na powieści o zabarwieniu satyrycznym: obyczajowa „Generacja X” i sensacyjna „Niewidzialna ręka”.

Czy gdybyś mógł cofnąć czas, zmieniłbyś coś w swoim pisarskich decyzjach?

– Zacząłbym pisać dwa, trzy lata wcześniej, powinienem zaskoczyć wszystkich i po skomentowaniu finału Ligi Mistrzów, w 2011 roku na Wembley, powiedzieć – ok, wszystko już było, a teraz nowy rozdział! Na pewno nie wcześniej, bo tego co przeżyłem jako dziennikarz sportowy, muzyczny a nawet polityczny, nie zamieniłbym na nic innego. Pewnie spytacie czy nie powinienem tego ciągnąć razem. Otóż nie, pierwszą powieść pisałem na półrocznym zwolnieniu lekarskim, kompletnie poza redakcyjną pracą, będąc panem własnego czasu.

Jak zacząłeś pisać? I dlaczego?

– I tu wracamy do poprzedniego pytania. W moim przypadku, podobnie jak kształt ostatniej dekady to zbieg wielu okoliczności. Nie tylko nowe zajęcie, zmiana zawodu, trybu życia, ale i podróż od zmarłych do żywych. Latem 2013 zapadłem na zapalenie mięśnia sercowego i byłem, dosłownie, na krawędzi życia i śmierci. Skoro już o tym, to mój stały, powtarzany jak mantra apel: nie wolno lekceważyć gryp i infekcji, a każda angina to poważne zaproszenie do kłopotów z sercem.

Tuż przed chorobą pracowałem przy biografii Lucjana Brychczego, ale to było przedłużenie ćwiczeń z dziennikarstwa. Jesienią 2013 kiedy doszedłem do siebie, na tyle by już odbywać dziesięciominutowe spacery, to zacząłem pisać bloga warszawskiego, mikropowiastki, serial w którym współcześni bohaterowie wrzucali gwarowe zdania. Takie opowieści z życia korzennych warszawiaków, blisko tego co zrobił w filmie „Rezerwat” Łukasz Palkowski, a wcześniej Stefan Wiechecki Wiech. Wypatrzył to kolega, który jest scenarzystą i producentem filmowym, spodobało mu się i zapytał czy nie mam pomysłu na serial o przedwojennej Warszawie. Aż tyle i tylko tyle, bo właśnie zacząłem oglądać „Zakazane imperium”, serial o gangsterach i Ameryce lat dwudziestych. Pomyślałem wtedy, a dlaczego nie zrobić takiej opowieści o Polsce, do tego w Warszawie, skoro inne miasta miały swoich kryminalnych bohaterów, Lwów, Wrocław, Lublin, Poznań… Tyle że producentowi chodziło o coś w rodzaju „Strachów”, albo „Życia Kamila Kuranta”, a poza tym „Zakazane imperium” Martina Scorsese było wtedy, czyli przed pojawieniem się „Gry o tron”, najdroższą serialową produkcją w historii. No i zostałem z tym pomysłem jak Jan Nowicki z angielskim. Tak, tak, bo bohaterem słynnej anegdoty był w rzeczywistości Janek, ale nie Himilsbach, a Nowicki. Zacząłem więc pisać powieść, i dla podkreślenia, że pisarza nie obowiązują filmowe oszczędności, rozpocząłem od sceny z niemieckim zeppelinem, który w 1914 roku rzuca bomby na Warszawę.

Dokończ: Gdybym jednak nie został pisarzem, to byłbym…

– Najbliżej mi było do trupa! Niewiele brakowało. W podwójnym tego słowa znaczeniu, fizycznym i zawodowym. Kłopoty, krytyczne kłopoty ze zdrowiem to jedno, a zmęczenie pracą to druga strona medalu, który z każdej strony prezentował się fatalnie. Teraz nie potrafię sobie tego wyobrazić, być może jak wielu ludzi z branży trwałbym z uporem? Nie, z pewnością nie! Moja Żona mówi, że na pewno bym coś wymyślił. Gdyby były sklepy płytowe, to zostałbym subiektem seniorem, w ekipie takiej jak w powieści ”Wierność w stereo” ( film „Przeboje i podboje”).

Przeczytaj także:

Uważasz swoje pisarskie marzenie za spełnione, przynajmniej w jakimś stopniu? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?

– Oczywiście miło byłoby mieć nakłady jak Remigiusz Mróz i nagrody jak Olga Tokarczuk, ale jestem sobą i nie zastanawiam się jak pisać pod nakład czy Nike. Tworzę powieści, których brakuje mi jako czytelnikowi, może zanim bym zaczął pisać, odkrył Ryśka Ćwirleja i gdyby ten pisał o Warszawie, a nie Poznaniu i w tempie trzech, czterech Mrozów rocznie, to może nigdy bym się za to nie zabrał? Ale się zabrałem, ale dalej, jako czytelnik, czuję deficyt, nienasycenie. Bo za mało Vincenta Severskiego i nawet wejście do gry Marcina Falińskiego nie wypełnia przestrzeni, w końcu odszedł le Carré, więc mam swój współczesny projekt szpiegowski, którego bohaterem jest laik, bo wobec zawodowych doświadczeń powyższych autorów tworzenie postaci agenta wywiadu mogłoby doprowadzić do katastrofy. Droga została wybrana dobrze, Vincent przejrzał i pobłogosławił.

O ile na rynku sensacji panuje tłok, podobnie jak w romansach i mrocznej psychologii, oraz w konkurencji karkołomnych odwyków, to brakuje mi powieści takich jak „Pokraj” Andrzeja Saramonowicza czy „Ale z naszymi umarłymi” Jacka Dehnela. I chciałoby się żeby Antoni Pawlak i Piotr Pawłowski mogli mieć za sobą nie po jednym, a po dwa, albo trzy życia, żeby napisali kolejne „Zapiski na paczce papierosów” czy „Dzienniki basowe”. Krótko mówiąc brakuje mi czeskiego powiewu w polskim pisaniu, Hrabala, Haška, Pavela i Skvorecky’ego, podszytych Hellerem, Vonnegutem, Allenem, Hornbym oraz Welshem. Do moich ulubionych filmów należą „Big Lebowski”, „Pulp Fiction”, „Wierność w stereo”, „Cztery wesela i pogrzeb”, „Testosteron” i „Gang Olsena” oraz ma się rozumieć to co nakręcili Stanisław Bareja i Olaf Lubaszenko. Nie było zatem innej możliwości, napisałem, choć wiadomo było, że „polski rynek nie czeka na coś takiego”, „Generację X” i „Niewidzialną rękę”. Taki sport ekstremalny, niszowy, trochę jak wyścigi rowerów na jednym kole albo slalom na nartach wodnych. Ktoś to uprawia, ma z tego radość, tak jak ja z napisania tych dwóch powieści spoza półki z największymi potrzebami czytelniczymi. Może coś się zmieni? Bardzo mnie cieszy sukces serialu „1670”, martwi jednak że proste komedie mają zdecydowanie większą widownię, ale jak już dawno temu powiedział Kopernik: zły pieniądz wypiera dobry pieniądz. 

Czego oczekujesz od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.

– Uczciwości i odpowiedzialności. Pisarz nie musi być erudytą, o ile nie pisze powieści szpiegowskich, political fiction czy historycznych. Może, wręcz musi, wyrażać uczucia, tyle że w wielu przypadkach jest to przeżywanie na zamówienie. Wszystkie te domki z sierotkami, które pod kocykiem i przy kubku owocowej herbaty, patrząc w kominek, starają się wypatrzyć w jego blasku księcia na białym koniu, albo w innej wersji gangusa w czarnej beemie z męstwem jak wiertło udarowe, który może i bije, ale kocha, a poza tym ma jacht… Straszne. I w sumie prawdziwe, ileż osób czeka na to by je oszukać słowami „kocham cię”, marzy o przekupstwie jeśli nie bryką, to przynajmniej przejażdżką w niej. Poza tym pornografia i płatna miłość mają się dobrze, tylko czy pisarze muszą w to brnąć? Widocznie muszą, w końcu nie ma już prostytucji, jest sektor pracownic i pracowników seksualnych, zatem opiniotwórcze gazety w ramach wydawnictw swojego koncernu, płatnej promocji i znajomości, chętnie schlebiają czemuś, co nazwane przez kogoś „lekturą dla kucharek”, spowodowałoby krytyczny artykuł na temat seksizmu, klasizmu i dziaderstwa stosowanego, oraz w zależności od wieku autorki lub autora oskarżeniem o ejdżyzm lub adultyzm. Sex i violence, romantyka ze słoika, to się sprzedaje, więc jest grupa autorów, która zasiedla domki we mgle, które mają być jak najpiękniej pastelowe, jest też mało szlachetna rywalizacja w kreowaniu zbrodni i okrucieństw. Dominikanie, tak, ci sami, którzy są dziś intelektualnym ramieniem Kościoła, w czasach w których zarządzali świętą inkwizycją, której pionierem (i założycielem zakonu) był święty Dominik Guzmán, znaleźliby we współczesnych powieściach natchnienie do skutecznej, zbożnej pracy nad grzesznikami. Najgorsze, że wyścig z dreszczykiem, ta ekscytacja i masochistyczne zadowolenie (o zgrozo najczęściej czytelniczek) prowadzi do łączenia zbrodni z historią. Najlepiej obozową. Nie inaczej, bo jednak naziści, ci to umieli mordować i, trzeba to obiektywnie przyznać, Boss uszył im szykowane mundury. Pisane są zatem historie na faktach, bo są obozy i nazwiska, ale reszta to bajka, urągająca pamięci ludzi, którzy zostali tam zamordowani lub przeżyli piekło. Ale w końcu to fikcja literacka, prawda? I ktoś chce w to wierzyć. Jak ktoś tworzy narracje z historią w tle w stylu Tarantino i jego „Bękartów wojny”, to jest w porządku. Konwencja, przerysowanie, mrugnięcie okiem. Inaczej się ma sprawa, kiedy ktoś z pełną powagą wciska kit, że „tak było”. Często wynika to z elementarnego braku wiedzy, erudycji na poziomie paru kliknięć w klawisze smartfona, albo z „wiedzą” zdobytą u konkurentów lub konkurentek z tej samej półki. A tysiące to łykają. I wierzą w to, bo pani lub pan pisarz chce zaistnieć, nie mając ani narzędzi i kompetencji, ani co najgorsza, poczucia odpowiedzialności. Kolega, znany i szanowany dziennikarz, kiedy się zapalił w dyskusji, używał argumentu ostatecznego – zamknij się, bo ci urwę łeb i naszczam do szyi. Publiczność go słuchająca, gdyby powiedział to nie w redakcji, a na antenie, żądałaby jego dymisji. Ale gdyby od tego, ale nie groźby, tylko opisu takiej akcji, rozpoczął powieść, a później już tylko podnosiłby poprzeczkę skali okrucieństwa, z pewnością zostałby tej oburzonej publiczności ulubionym pisarzem. O ile okrasiłby te jatki jakimś potwornym gwałtem.

Oczywiście miło byłoby mieć nakłady jak Remigiusz Mróz i nagrody jak Olga Tokarczuk, ale jestem sobą i nie zastanawiam się jak pisać pod nakład czy Nike. Tworzę powieści, których brakuje mi jako czytelnikowi, może zanim bym zaczął pisać, odkrył Ryśka Ćwirleja i gdyby ten pisał o Warszawie, a nie Poznaniu i w tempie trzech, czterech Mrozów rocznie, to może nigdy bym się za to nie zabrał? Ale się zabrałem, ale dalej, jako czytelnik, czuję deficyt, nienasycenie. Bo za mało Vincenta Severskiego i nawet wejście do gry Marcina Falińskiego nie wypełnia przestrzeni, w końcu odszedł le Carré, więc mam swój współczesny projekt szpiegowski, którego bohaterem jest laik, bo wobec zawodowych doświadczeń powyższych autorów tworzenie postaci agenta wywiadu mogłoby doprowadzić do katastrofy. Droga została wybrana dobrze, Vincent przejrzał i pobłogosławił.

Jakie książki (albo inne dzieła kultury) cię ukształtowały – jako człowieka, jako pisarza? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Masz ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?

– Nie czuję się do końca ukształtowany (śmiech). Cały czas się kształtuję, odkrywam różne rzeczy, książki, filmy, dźwięki i obrazy. Żałuję, że życie jest za krótkie na to, by wyłowić z niego i poznać wszystkie wartościowe dzieła. Z ofertą, którą nam pozostawiono i z tym, co się obecnie tworzy, jest trochę jak z Netflixem. Ludzie narzekają – co za badziewie, a później pytają, gdzie znalazłeś ten film? Na Netflixie! Dobre rzeczy nikną w powodzi rzeczy słabych, nie zawsze trafia się katalog na poziomie VOD Gutek Film.

Oj, odjechałem od głównego sensu pytania, a dokładnie to nieco je przeredaguję, pozwolicie? Świetnie, zatem: „jakie książki albo inne dzieła kultury cię do tej pory kształtowały?” Na pewno wielki wpływ na mój sposób myślenia, mam nadzieję, że także na poczucie humoru, bo wielu z nas tylko wydaje się, że je mają, wpłynęły lektury z czasów dzieciństwa. Przede wszystkim „Tytusy” Papcia Chmiela i powieści Edmunda Niziurskiego, one formowały nasze pokolenie, podobnie jak książki Bahdaja i seriale takie jak „Podróż za jeden uśmiech”. Później, dość standardowo, w liceum i na studiach był czas Amerykanów – Vonneguta i Hellera, Niemców – Grassa oraz Bölla i oczywiście Hłasko, Mrożek i Konwicki przystający do sytuacji politycznej Orwell, oraz lektura obowiązkowa: „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. W kinie „Czas Apokalipsy” Coppoli, filmy Herzoga, a dzisiaj? Czekam na każdego nowego Houellebecqa, lubię Murakamiego, wróciłem do Lema (geniusz z poczuciem humoru!). Wypadałoby o Oldze Tokarczuk, prawda? To nie jest moja bajka, ale jej „Księgi Jakubowe” to majstersztyk, rzecz wielka, jak najbardziej zasłużony Nobel. Teraz zacząłem „Empuzjon”, z opóźnieniem, bo chciałem przypomnieć sobie „Czarodziejską górę” Thomasa Manna i wciąga mnie jak rojst. I jak bagno, i jak serial, który jest doskonały.

Czasem o czymś się wie, ale nie doświadcza się tego we właściwy sposób, w odpowiednim czasie. Są filmy i książki, które przyszły za wcześnie lub za późno, są dzieła sztuki, które działają już podczas kontaktu poprzez podręcznik lub album, a są takie, które trzeba zobaczyć na żywo, w muzeum lub galerii. „Mona Lisa” Leonarda da Vinci nie zyskuje na bliższym poznaniu, ale „Guernica” Picassa już tak! A obrazy Rothko i Freuda! Czeka mnie pewnie wiele niespodzianek.

I jeszcze mój ulubiony bohater… Młodzi narwańcy Hamlet i Ramzes XIII? Czy może podsumowujący swoje życie król Dawid z „Bóg wie”, Hellera albo Jack Reacher, który w imię sprawiedliwości potrafi zadać niegodziwcowi cios, który mu oderwie łeb razem z płucami. Mam rozrzut. Co do moich, to jest nim ten, o którym aktualnie piszę. Chciałbym dalej opisywać losy Heńka Wcisły alias Henry’ego Haasa, komisarzy Strasburgera i Rybskiego, pisarza Luka, duetu Becker-Konieczny, gangu Niewidzialnej ręki i jej nieudolnego, choć skutecznego przywódcy Zoltara. Kocham ich wszystkich, ale na razie bardziej kocham Zuzannę Wrońską, bo o niej piszę.

Pisarz nie musi być erudytą, o ile nie pisze powieści szpiegowskich, political fiction czy historycznych. Może, wręcz musi wyrażać uczucia, tyle że w wielu przypadkach jest to przeżywanie na zamówienie. Wszystkie te domki z sierotkami, które pod kocykiem i przy kubku owocowej herbaty patrząc w kominek, starają się wypatrzyć w jego blasku księcia na białym koniu, albo w innej wersji na gangusa w czarnej beemie z męstwem jak wiertło udarowe, który może i bije, ale kocha, a poza tym ma jacht… Straszne.

Kiedy nie piszę, to….

– To temat na osobną rozmowę! Podróżuję, chodzę po górach, zaliczam mecze, koncerty i teatr, łażę po galeriach i muzeach, przynajmniej raz do roku przejeżdżam Europę samochodem i zawsze odkrywamy z Żoną coś ciekawego, miejsca które są poza głównymi szlakami. Połykam książki i filmy, nałogowo słucham muzyki. Sprawy rodzinne sprawiły, że ostatnio miałem cztery adresy, między innymi pomieszkiwałem w Londynie. Jeśli coś ostatnio zaniedbałem, to operę, ale to już wina Beaty, ona odpowiada u nas za ten departament. Na pewno w kwietniu będziemy w londyńskiej Royal Opera House, gdzie zaśpiewa nasz przyjaciel, wybitny baryton, Maestro Artur Ruciński. Jeśli chodzi o najbliższe plany, to koncerty Pixies, oraz Me and That Man, kapeli, której trzon stanowią Nergal i John Porter. Jednym słowem nie nudzę się, a znajomi pytają, kiedy znajduję czas na pisanie, bo wciąż wychodzą nowe książki. Odpowiadam im, że w życiu nie miałem tyle czasu co teraz, praca w mediach to był naprawdę kierat i złodziej czasu.

Nad czym teraz pracujesz?

– Po raz trzeci gra zespołowa! Po doświadczeniach w tworzeniu biografii, pierwsza przygoda powieściowa. Wspólnie z młodą pisarką, panią Ewą Salwin piszemy powieść „Wczasowiczka. 1937 śmierć w Zakopanem”. Ciekawe doświadczenie zmuszające do dyscypliny, bo pani Ewa jest bardzo poukładana i pełna profesjonalizmu, więc nie mogę się obijać. Ewa Salwin napisała dwie historyczne powieści obyczajowe (nie mylić z romansami kostiumowymi!) niezwykle solidnie osadzone w realiach, z ciekawie zarysowanymi postaciami kobiecymi, więc wnosi bardzo wiele do opowieści o detektywce z przypadku, która jesienią roku 1937 prowadzi swoje śledztwo w Zakopanem. Chyba dobrze się wstrzeliliśmy: w momencie pisania sceny z misiem z Krupówek wybuchła afera z pazernym niedźwiedziem, który żądał pieniędzy za filmowanie w jego rewirze. To będzie coś więcej niż kryminał, także opowieść o Zakopanem i Tatrach w latach trzydziestych, oraz o ludziach szukających swojego miejsca w życiu. Oczywiście cały czas pracuję nad kolejną częścią „Śmierci frajerom”, która nosić będzie tytuł „Cela śmierci”, oraz nad powieścią zupełnie nowego gatunku, bardzo współczesną i… niepokojącą. To ta, której pobłogosławił Vincent V. Severski.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej