artykuł

Finałowa siódemka 2024 (+bonus) | Felieton Przemysława Poznańskiego

Wybrałem – jak co roku – swoją własną „finałową siódemkę” (+ spory bonus). To książki, które bardzo chciałbym zobaczyć w finałach najważniejszych tegorocznych konkursów literackich – pisze Przemysław Poznański.

Wskazanie książek najlepszych to zadanie prawie niemożliwe. Szczególnie gdy rok obfituje w literackie perełki, dzieła ważne, które mają szansę przejść do historii literatury. Dlatego, jak co roku, w swoim wyborze kieruję się konkretnymi, zawężającymi kryteriami, mierząc się jednocześnie z tym samym dylematem, jaki muszą mieć jurorzy konkursów literackich, z których decyzjami czasem się zgadzamy, a czasem nie do końca. Na szczęście zawsze można wskazać własną „finałową siódemkę”, z czego od czterech lat skwapliwie korzystam. Styczeń to zresztą najlepszy ku temu moment – trwa właśnie nabór książek do najważniejszych konkursów literackich i już wkrótce rozpocznie się trwający wiele miesięcy czas festiwali i gali, podczas których zacne grona wskażą swoich faworytów.

Co doceniono, a czego nie?

Co roku lubię sprawdzić, jak poradziły sobie moje ubiegłoroczne propozycje: czy zostały docenione, a może przeszły niezauważone, choć na mnie wywarły wielkie wrażenie. „Dwie i pół duszy” Justyny Hankus, powieść, w której sięgając po mit mesjasza i wysycając go do jego najgłębszych pokładów, opowiada nam autorka o zderzeniu indywidualności ze zbiorową nienawiścią wobec wszystkiego, co wystaje ponad przeciętność, znalazła się na finałowych listach Nagrody im. Jerzego Żuławskiego i „Nowej Fantastyki”, a „Reneta” Barbary Klickiej nominowana była do Nagrody im. Witolda Gombrowicza. Powieść Macieja Hena „Segretario”, moim zdaniem jedna z najlepszych w 2023 roku, nie zdobyła uznania jurorów. A szkoda, bo autor oddaje w niej głos postaciom często lekceważonym, by ich ustami przekazać zanurzoną w XV-wiecznej historii Polski, a jakże przy tym współczesną, pikarejską opowieść o sprzeciwie wobec narzuconych norm, wobec niesprawiedliwości i nietolerancji. Książka trafiła do katalogu dla zagranicznych wydawców „New Books from Poland 2023”, więc jest szansa, że zachwyci czytelników za granicą. Niedostatecznie zauważone zostały też wybitne „Rumowiska” Wita Szostaka – książka, w której autor odsłania to, co zwykle ukryte, a przecież ważne dla tożsamości: dna rzek, strukturę powieści, drobne tajemnice, z których zbudowane jest nasze życie. Podobny los spotkał „Miłość i zbrodnie w czasie wolnym” Dawid Kornagi, współczesne „Wesele”, które odbywa się w… spa. „Narodowym spa”, można powiedzieć, bo spotkają się tam przedstawiciele wszystkich niemal grup społecznych, by zmierzyć się z targającymi nimi demonami popędów, kompleksów, frustracji i fobii.

Komu nagrody, komu?

Nie jest łatwo – jak zwykle – wybrać spośród tak wielu książek, które ukazały się zeszłym roku, tylko siedem (+ bonusy – bo będzie ich w tym roku kilka). Tak jak przed rokiem, i tym razem ułatwię sobie zadanie: nie wspomnę o literaturze gatunkowej, o literaturze faktu (jeśli reportaż, to ubrany w prozę) i o eseju, nie pochylę się na poezją. Wskażę za to tę prozę z kategorii literatury pięknej, którą czytałem i dlatego wiem, że powinna pozostać zauważona (kolejność alfabetyczna).

Przestrzeń z wrażeń, marzeń, wyobraźni

„Tajni dyrygenci chmur” Wioletty Grzegorzewskiej zapraszają nas do świata „lat dziecinnych”, zanurzonego tyleż w realiach epoki, co w wyobraźni bohaterki i jej niezwykłej wrażliwości. Ale i poddanego temu, co od bohaterki niezależne, a co nieuniknione na drodze do dorosłości. Grzegorzewska daje nam bildungsroman bez reszty zbudowany na pierwszoosobowej narracji dwunasto-, trzynastoletniej Loli, dziewczynki postrzegającej otaczający ją świat – wieś Koziegłowy leżącą „na skraju Jury”, a w zasadzie jej część zwaną Hektary, przez pryzmat życia wyznaczanego rytmem pór roku, codziennych obowiązków, szkolnej nauki i wakacji, wreszcie też jednorazowych zdarzeń, które odcisną na niej i na jej życiu niezatarte piętno. Ale i przez pryzmat specyficznych miejscowych języków i słów, wplecionych w zasłyszane opowieści, rodzinne historie, legendy, miejscowe wierzenia. Wszystko to pozwoli młodej bohaterce zbudować wokół siebie przestrzeń uwitą tyleż z wrażeń, co z marzeń, z wyobraźni.

Co ważne, autorka – trochę wzorem ojca bohaterki, z zamiłowania preparatora ptaków – zatrzymuje ten czas, który wszak odszedł, w jego niepowtarzalnej postaci, otorbia nieprzenikalnymi granicami dat. Podziw budzi przy tym pieczołowite odtworzenie przez Grzegorzewską każdego szczegółu tamtego świata, każdego koloru, zapachu, zwyczaju, każdego charakterystycznego dla regionu słowa, pieśni, opowieści. W postrzeganiu świata przez osobę tak wrażliwą jak Lola zacierają się granice między tym co realne, a wyobrażone, jak w scenie, gdy wieczorem pokój Loli się „upłynni”, a jej samej wyrosną za uszami niewidzialne płetwy, matka zaś, jeśli się „zapierzyni” (a więc w jakimś sensie odizoluje od świata) „obrośnie w pióra i odleci”. Podobnie jest z postrzeganiem przez bohaterkę i umiejscawianiem w rzeczywistości tego, co zakorzenione w ludowej demonologii, a co wciąż żywo rezonuje nie tylko w babcinych opowieściach, ale i dziecięcych przekonaniach o istnieniu „duchów złych braci”: beboka i ćmoka. Podobnie jest z jej snami, które mają prawo okazać się prawdą. 

Zakazana historia

Jarosław Kamiński opowiada nam w „Złodzieju bólu” zakazaną historię – skupioną bowiem na „zakazanej miłości”, rozgrywającą się w opartym na zakazach polityczno-społecznym systemie i, co nie mniej ważne, snutą przez kogoś, kto w zasadzie nie ma do niej prawa. To opowieść o duszności i ciasnocie. W każdym tych słów znaczeniu. Schyłkowy PRL, i to nawet w Warszawie, jest w prozie Kamińskiego popadającym w szarości monochromatycznym światem ciasnych mieszkań, czy antykwariatu, w którym czasem spotykają się bohaterowie. To też rzeczywistość wąskich horyzontów, wynikających także – choć nie tylko – z zamknięcia Polski na świat, ale i rzeczywistość zniwelowanej wolności w skutek działań aparatu represji wobec tych, którzy chcieliby wyściubić nos poza narzucone przez Partię ramy. Każda iskra samodzielności, odmienności, marzeń, nadziei na zmianę gaszona jest szybko – czy to przez system, przybierający choćby figurę pozornie prostodusznego, a przecież opresyjnego dzielnicowego, czy też przez powszechne w zasadzie przekonanie o niemocy, zakorzenione wszak w wieloletnim społecznym doświadczeniu.

Niełatwo żyć w takim miejscu i czasie – a przecież autor „Złodzieja bólu” decyduje się owej ciasnocie nadać dodatkowego ciężaru niemocy, bezruchu, braku perspektyw. Główna bohaterka powieści, Agnieszka, jest studentką, która po trudnych doświadczeniach w związku z mężczyzną zaczyna dopiero odkrywać naturę swojej orientacji, przeżywa pierwszą miłość do kobiety i rozczarowanie tą miłością, w końcu przeżywa miłość drugą, głębszą może nawet, prawdziwszą. Kamiński decyduje się na zaaranżowanie spotkania dwóch kobiet z dwóch stron Żelaznej Kurtyny, niosących różny, ale przecież w jakimś stopniu podobny bagaż zakazów, braków, niemocy, odrzucenia. Ich spotkanie –  wpisujące się w scenariusz zdarzeń nieprawdopodobnych, ale przecież statystycznie możliwych – musi więc poskutkować iskrzeniem wszędzie tam, gdzie przyciągać się będzie to, co podobne, ale i tam, gdzie różnice okażą się trudne do pogodzenia.

Świat poszukujący ucieczki i do ucieczki niezdolny

Elżbieta Łapczyńska ucieka się w „Mowie chleba” do języka turpistycznej antybaśni, by pisząc o piekle sierot, opowiedzieć nam jednocześnie o piekle kobiet, żyjących we wszechogarniającym powieściowy świat piekle autorytarnego reżimu. Ta powieść nie ma się podobać. A już na pewno nie ma nas uwieść. Owszem, zachwyci – i to bez reszty – frazą, literackim kunsztem, psychologiczną głębią, namacalną wręcz plastycznością każdego elementu przedstawionego świata, ale nie zastawi na nas pułapki łatwych wzruszeń, prostych ocen, sympatii i antypatii. Zaoferuje za to ból, wynikający z wciągnięcia nas w otchłań opowieści o bezradności, zaklinanej w tej antybaśni w płacz lisów i przemawiającej językiem ptaków. To zaklinanie, choć posiłkuje się metaforami, nijak nie lukruje prawdy, lecz staje się raczej jak werniks, wydobywający z używanych tu barw całą ich wyrazistość.

Łapczyńska tworzy świat tyleż poszukujący ucieczki w oniryzm czy niejednoznaczność, co do tej ucieczki niezdolny, odarty z otoczki niuansów i pokazany w całej oferowanej brutalności. Brutalności Rumunii czasów komunistycznego reżimu Nicolae Ceaușescu z bezlitosnym zakazem antykoncepcji i aborcji, ale w istocie brutalności każdego reżimu, którego ofiarami stają się najsłabsi: kobiety i dzieci. Trafiamy do Zakładu dla Sierot w Crăiești, w którym pracuje Lenuţa Frenasci – matka i opiekunka. Jedna z kobiet, podlegająca panu Buniemu, wszechwładnemu kierownikowi placówki, panu jeśli nawet nie życia i śmierci, to doli i niedoli. O ile jednak Lenuţa jest naszą przewodniczką po tym mrocznym świecie, o tyle bohaterami są tu sieroty, młode – jednostki, takie jak choćby Cosmina, zlepione jednocześnie w jeden organizm, jakby obleczone jedną skórą, pod którą nawet jeśli ma się imiona, to nie ma się szans na indywidualność.

Świat nieistniejący i nieodtwarzalny

Do uczciwego i niebanalnego opowiedzenia przeszłości, złożonej z porozrzucanych wokół, niczym po wybuchu, okruchów pamięci, konieczna jest literacka odwaga zmierzenia się z toposem „powrotu do lat dziecinnych”. Jarosław Maślanek ją ma, o czym świadczy „Klekot tysięcy patyków”. „Tymczasem gasną słońca” – brzmi pierwsze i jedyne zdanie pierwszego rozdziału. Koniec (dnia/życia) jest zatem początkiem powieści i każdej z opowieści składających się na tę książkę. Ale jest też momentem nastania ciemności, w której wszelkie szukanie jest poruszaniem się po omacku. Szczególnie gdy tym, co się przeszukuje jest przeszłość. Igrając z przekonaniem o nieomylności pamięci, ale i z definicją faktu, zmagając się też z zapomnieniem jako efektem upływu czasu, ale i celowego wygumkowywania tego, co niewygodne, a także rozproszenia, niczym w wybuchu, rozsypania wokół kawałeczków większej całości, autor zabiera nas więc w podróż – z czego doskonale zdaje sobie sprawę – niemożliwą, bo wiodącą do świata nieistniejącego i nieodtwarzalnego.

Jest w Pionkach, rodzinnym mieście bohatera, mozaika na centrum handlowym, z bliska stanowiąca tylko „chaotyczny zbiór kolorów”, ale im dalej od niej stajemy, tym bardziej układa się ona w spójny obraz, choć „poszczerbiony tam, gdzie odpadły puzzle i nikt ich nie uzupełnił […]”. Ta mozaika, uratowana zresztą przed definitywnym unicestwieniem przez jej autora, staje się w powieści punktem odniesienia dla podejmowanych przez bohatera prób zrozumienia pofragmentowanej przeszłości – jego samego, jego matki i jego miasta. Prób odszukania elementów własnej mozaiki. Mozaiki jednak trudnej do odtworzenia, gdy tak często układanej z „puzzli” zagubionych, zapomnianych, albo pasujących do zupełnie innej opowieści. Pamięć – a to ona ma być jednym z budulców opowieści – jest wszak materią tlejącą, erodującą, nienaprawialną, podsuwającą fałszywe obrazy i skojarzenia. Zbudowanie na owej materii zwartej fabuły jest zatem niemożliwe. Możliwa jest tylko próba weryfikowania tego, co weryfikowalne, bez nadziei na uzyskanie holistycznego obrazu przeszłości. Nie ma szans na rzetelną opowieść o „latach dziecinnych”, nie ma szans na pełną opowieść o matce, choć taki był – jak się dowiemy od bohatera – punkt wyjścia dla jego fabuły. Jest za to autotematyzm opisujący zmaganie się pisarza z procesem pisania, jest powieść w powieści, jest tkanie narracyjnie wyróżniających się enklaw z niedosłuchanych zawczasu słów i historii.

Na fundamentach niewybaczalnych krzywd

W przejmujących „Zwierzętach łownych” Anny Mazurek nie ma miejsca na niuanse i kompromisy. Jak w mrocznej baśni można tu być albo oprawcą, albo ofiarą. Być albo żywym, albo martwym. „Zatem bajka” – czytamy na pierwszej stronie. To zapowiedź, że wkraczamy oto w opowieść zbudowaną na wyraźnych opozycjach, na konflikcie opartym o skrajnie spolaryzowane postawy, na opozycji dobra i zła, które nie podlegają interpretacji, bo stają się synonimami życia i śmierci. To, co dobre, chce trwać, to co złe, pragnie niszczyć. W takim świecie nie ma miejsca na dyfuzję postaw, na porozumienie budowane na ustępstwach, na zmianę frontu, czy półśrodki. To niemożliwe w obliczu – jak prawi w swym proroctwie miejscowa Szeptucha – nadciągającego końca świata.

Anna Mazurek daje nam taką właśnie opowieść: nabrzmiała kontrastami, radykalną, osnutą wokół licznych, a przy tym  równie nierozwiązywalnych konfliktów: pokoleń, wrażliwości, interesów, ideologii. I nic dziwnego – nie może być inaczej w świecie zbudowanym na fundamentach niewybaczalnej krzywdy, bólu i strachu, jakich doświadczą tu zarówno ludzie jak i zwierzęta, a nawet szerzej – przyroda jako taka. To świat okrutny, w którym nie da się stać pośrodku. Ale nic w tym dziwnego, skoro – jak czytamy – „do zwierząt łownych objętych całoroczną ochroną należą tylko łosie. Cała reszta musi sobie jakoś radzić”. Anna Mazurek, trochę jak Olga Tokarczuk w „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, daje nam eko-baśn o naturze i człowieku, czyli jednym z owych stworzeń pozbawionych ochrony przed odstrzałem.

Intymny portret kobiety i Ameryka B

„Rondo Rodeo” Moniki Muskały to powieść drogi, która okazuje się być tak naprawdę opisem stagnacji, trwania w miejscu. Opisem strachu przed tym, co może przynieść przyszłość. To opis Ameryki B – jak napisze autorka: „ubożejącej, niszczejącej, zapomnianej przez rząd federalny”. Reporterski, wnikliwy, bogaty w szczegóły i psychologiczne portrety, skrzący się od przyuważonych tu i ówdzie elementów obyczajowości, zakorzenionych mocno w tradycji i religii. Ale to także – a w zasadzie przede wszystkim – intymny portret kobiety tkwiącej gdzieś między wspomnieniem traumatycznych chwil z dzieciństwa, do których nie potrafi dopisać puenty, a wygasającym związkiem, któremu nie umie, a może nie chce położyć kresu.

Ona jest fotografką, on pisarzem. Chcą poczuć smak, zapach, temperaturę miejsc, które odwiedzą, owych wymarłych miasteczek Wielkiej Równiny, gdzie nieraz o istnieniu miejsca na mapie decyduje upór ostatniej mieszkanki, pełniącej rolę burmistrzyni będącej zarazem jedynym podatnikiem. Co poczują, mają utrwalić – ona na zdjęciach, on na piśmie – by stworzyć reportaż dla jednego z francuskich magazynów. Ale to nalot, rdza, która po zeskrobaniu odsłania inną opowieść: o nich samych – ich traumach, ich niespełnieniach: tych indywidualnych i tych dotyczących ich związku. Jest w powieści scena, gdy narratorka – profesjonalnie hołdująca fotografii analogowej – z trudem znajduje na trasie punkt fotograficzny, w którym będzie mogła wywołać filmy i zdjęcia, by przesłać je do redakcji. Ten akt przejścia od zapisu obrazu na błonie fotograficznej do ufizycznienia utrwalonego obrazu na papierze światłoczułym jest tu ewenementem, zdarzeniem wybrzmiewającym jednorazowo. Chwilą odwagi, znikającą w zalewie zdarzeń wpisanych w niemożność, w chęć unikania zmiany, w naświetlenie, które nie dąży do wywołania „obrazu utajonego”. Dotyczy to zresztą w takim samym stopniu obserwowanych przez przemierzających Amerykę reporterów, jak i obserwujących.

Prymat idei nad człowiekiem

Edward Pasewicz daje nam w „Czarnym weselu” opowieść o prymacie idei nad człowiekiem. Nad jednostką istotną tylko wtedy, gdy przydatna jest w toczonej akurat walce – o wspólnotę, o państwo, o „przestrzeń życiową”. Pisarz umieszcza akcję swej książki w dwóch warstwach czasowych: w roku 1927 i w 1942, w dwóch miejscach, na krakowskim Kazimierzu i gdzieś w okupowanej Polsce, między Krakowem a Bełżcem, to tak naprawdę mówi nam o ponadczasowym „czarnym weselu” organizowanym w imię tej czy innej wspólnoty i mającej ją jednoczyć idei. Weselu, w którym los jednostki ma tylko takie znaczenie, jakie przypisano jej w ceremonii.

Zaczyna Pasewicz od sceny, rozgrywającej się w roku 1942, w jadącym do Bełżca, pełnym trupów, bydlęcym wagonie. Pośród ciżby ciał leży też Izaak Glassman, jeden z głównych bohaterów powieści, a zarazem jeden z trybików Historii, które ją napędzają, nawet jeśli próżno szukać informacji o nich w podręcznikach. Glassmanowi udaje się przeżyć – może jako jedynemu z całego transportu – a to oznacza, że może stać się naszym przewodnikiem po świecie, który właśnie przestał istnieć. Jaki to świat, po którym wodził czytelników będzie ocalały Żyd? Gdyby mierzyć go miarą literacką, trzeba by się zachwycić gęstością i intensywnością prozy, jej zanurzeniem w język, obyczaj, nastrój miejsca i czasu. Gdyby mierzyć ten świat miarą jedynie historyczną, docenimy fotograficzne wręcz odtworzenie klimatu zaułków Kazimierza, chasydzkich domostw, ale i knajp oraz burdeli. Docenimy też gwar ideologicznego wrzenia, rozpalającego głowy mieszkańców krakowskiej dzielnicy. Wrzenia spod znaku socjalizmu i wrzenia syjonistycznego – obu buzujących na tle chasydzkiego konserwatyzmu, ale i przynależnego religii mistycyzmu.

Czas na bonusy

To powiedziawszy, sięgam po kolejne książki, które nie powinny zostać niezauważone. Jest wśród nich z pewnością „Koniec zabawy” Jacka Melchiora – powieść, w której autor zadaje słynne pytanie rodem z „Hamleta”, ale jego ciężarem obarcza nie młodzieńca, lecz dojrzałego mężczyznę tuż przed sześćdziesiątką, dając nam tym samym opowieść o nieuchronności przemijania. Tyleż refleksyjną, co zabawną. Jacek Melchior zabiera nas do świata Darka Mirka Marka, pierwszoosobowego narratora, geja tuż przed sześćdziesiątką, zanurzonego po uszy w dylematach ściśle związanych z tym, co budzi jego największy strach: nieubłaganie nadciągającej starości. Ze wszystkim jej atrybutami, owymi – powracającymi tu jak refren – „nochalami, czółskami, podkrążeniami i brodawami” kolejnych coraz starszych kochanków, ale i niewidocznymi, jak choćby powracającą raz po raz świadomością zbliżającego się końca, konkretyzującą się w tabelach nieubłaganej statystyki („mężczyźni żyją u nas średnio siedemdziesiąt cztery lata”).

Aleksandra Igras w zbiorze opowiadań „Mokra biel Bambino” mierząc się z tematem przemijania, poszukuje dla  bohaterów płaszczyzny, na której mogą się oni wziąć za bary ze świadomością nieuchronności śmierci. Autorkę tomu interesuje to, co przeoczone, skryte pod pozorami lub zagubione w czasie, co nieuświadomione w porę, także dlatego, że zanurzone w latach dzieciństwa lub hurraoptymistycznej młodości. Igras chwyta te często przecięte na wpół opowieści, pozbawione należnej im puenty i próbuje podarować im tę drugą połowę, nie tyle nawet zwieńczenie, zamknięcie, co nowy punkt widzenia, perspektywę, jaką niesie upływ czasu, a przede wszystkim dojrzałość i wszystko to, co jest jej konsekwencją. Nie gwarantuje to zebranym tu historiom happy endu, nie byłoby to wobec bohaterów i wobec czytelników uczciwe. Autorka zestawia jednak wspomnienie z prawdą, dziecięcą naiwność z doświadczeniem życiowym, niedojrzałość z dojrzałością, co przydaje  opowiadanym przez nią historiom głębi, zakorzenionej w doświadczeniu złożoności ludzkiego losu, jego nieprzewidywalności, lecz przede wszystkim w uświadomieniu sobie – niejednokrotnie bolesnym, nagłym – nieuchronności końca ludzkiego życia.

Przywoływane przez Andrzeja Dybczaka w „Lesie duchów” muzealne eksponaty stają się przepustką do opowieści o zaginionym, choć wciąż istniejącym świecie. Niemal niedostępnym geograficznie, zrozumiałym tylko wtedy, gdy zmierzymy go nie szkiełkiem i okiem, ale tym co kryje się na pograniczu rozumu i magii. Narrator Dybczaka, etnograf, tożsamy z autorem, jedzie na daleką Syberię z głową pełną pytań, ale i otwartą na wszystko, co usłyszy, czego dotknie, albo czego doświadczy w każdy inny sposób. Głową otwartą na opowieści, na legendy, wreszcie na kontakt z tym, czego wytłumaczenie w sposób racjonalny jest trudne, jeśli wręcz nie niemożliwe. Tom zawiera dwie opowieści, pozornie niezależne, a jednak się uzupełniające. Pierwsza z nich to tytułowy „Las duchów”, a więc zapis wyprawy do ludu Selkupów, i „Dziewczynę z północnego kraju”, gdzie pretekstem do wyprawy, tym razem do ludu Nieńców, będzie pienna pany, inaczej panica, czyli tradycyjny kobiecy strój, który narrator znajdzie w zbiorach przywiezionych do Krakowa w XIX wieku przez polskiego zesłańca Izydora Sobańskiego. Choć Dybczak uprawia prozę realistyczną, wręcz na bardzo podstawowym poziomie reportażową, to przecież jednocześnie wkracza ze swym narratorem tam, gdzie obcy zwykle nie są zapraszani, nie są wpuszczani. Poza granicę tego, co zrozumiałe dla ludzi Zachodu. Do domów tych, którzy opierają swą logikę na tradycji przodków i na wierze: w boginię Ilyntyl kota, boga Num, szamanów tetypy, w tonkij mir, czyli miejsce, w którym żywi mogą spotkać duchy. Nie ma jednak innego wyjścia – zrozumie to szybko, gdy jedno z przywiezionych przez niego zdjęć lalek wrzucone zostanie przez tubylca do ognia.

Czekając na nominacje

Wszystkie te wymienione prozy daleko nie wyczerpują tego, co w minionym roku warte było zauważenia i co ma szansę znaleźć się wśród nominacji do najważniejszych literackich laurów. Tylko więc czekać, jakie inne tytuły wskażą jurorzy. Za wszystkie książki trzymam kciuki.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej