recenzja

Niewywołani | Monika Muskała, Rondo Rodeo [recenzja]

„Rondo Rodeo” to powieść drogi, która okazuje się być tak naprawdę opisem stagnacji, trwania w miejscu. Opisem strachu przed tym, co może przynieść przyszłość. O powieści Moniki Muskały pisze Przemysław Poznański.

To opis Ameryki B – jak napisze autorka: „ubożejącej, niszczejącej, zapomnianej przez rząd federalny”. Reporterski, wnikliwy, bogaty w szczegóły i psychologiczne portrety, skrzący się od przyuważonych tu i ówdzie elementów obyczajowości, zakorzenionych mocno w tradycji i religii. Ale to także – a w zasadzie przede wszystkim – intymny portret kobiety tkwiącej gdzieś między wspomnieniem traumatycznych chwil z dzieciństwa, do których nie potrafi dopisać puenty, a wygasającym związkiem, któremu nie umie, a może nie chce położyć kresu.

Ona jest fotografką, on pisarzem. Chcą poczuć smak, zapach, temperaturę miejsc, które odwiedzą, owych wymarłych miasteczek Wielkiej Równiny, gdzie nieraz o istnieniu miejsca na mapie decyduje upór ostatniej mieszkanki, pełniącej rolę burmistrzyni będącej zarazem jedynym podatnikiem. Co poczują, mają utrwalić – ona na zdjęciach, on na piśmie – by stworzyć reportaż dla jednego z francuskich magazynów. Ale to nalot, rdza, która po zeskrobaniu odsłania inną opowieść: o nich samych – ich traumach, ich niespełnieniach: tych indywidualnych i tych dotyczących ich związku.

Relikty przeszłości

Jest w powieści scena, gdy narratorka – profesjonalnie hołdująca fotografii analogowej – z trudem znajduje na trasie punkt fotograficzny, w którym będzie mogła wywołać filmy i zdjęcia, by przesłać je do redakcji. Ten akt przejścia od zapisu obrazu na błonie fotograficznej do ufizycznienia utrwalonego obrazu na papierze światłoczułym jest tu ewenementem, zdarzeniem wybrzmiewającym jednorazowo. Chwilą odwagi, znikającą w zalewie zdarzeń wpisanych w niemożność, w chęć unikania zmiany, w naświetlenie, które nie dąży do wywołania „obrazu utajonego”. Dotyczy to zresztą w takim samym stopniu obserwowanych przez przemierzających Amerykę reporterów, jak i obserwujących.

Ci pierwsi żyją w świecie, w którym „kobieta nie powinna zbyt szeroko otwierać ust”, istnieje alternatywna literacka opowieść o przebiegu wojny secesyjnej, funkcjonują relikty przeszłości, jakimi są kina samochodowe, czy rodea. Drudzy żyją tyleż zadziwieniami, jakie niesie im to, co zobaczą z dala od turystycznych szlaków i wielkich miast, co osobistymi traumami, które odnajdziemy w pozornie dygresyjnej opowieści o emigracji ojca i o ojcu, którego nigdy nie było, w niemożności wpisania się w trendy modowe wynoszące pod niebiosa zdjęcia plwocin i końcówek papieru toaletowego, w nieumiejętności zmierzenia się z ambicjami stworzenia wielkiej powieści.

Przeczytaj także:

Śladem „rednecków”

Chciałoby się powiedzieć, że obserwujemy zarówno świat w rozkładzie, jak i związek w zaniku, ale to byłoby zbyt wielkie uproszczenie. Atrofia już się bowiem tak naprawdę dokonała, ale gdzieś między przedostatni a ostatni klocek domina dostał się kamyk, a może przystanął tam karaluch z hotelu Sahara w De Witt. Wszystko zapewne kiedyś runie, może pod naporem nadciągającego tu huraganu Dennis, ale przecież „Rondo Rodeo” nie jest opisem katastrofy, lecz coraz bardziej bezwolnego odpychania od siebie myśli o katastrofie, zapierania się przed niosącą ją przyszłością nogami na tyle mocno, by nie zderzyć się z nią boleśnie, jak jeździec z ziemią po upadku z byka.

Można zresztą pokusić się o stwierdzenie, że zapowiedziana klęska jest wyborem bohaterów, jak wyborem jest wcześniejszy romans narratorki. Świadomie wszak jadą przez te hrabstwa, które tradycyjnie nie głosują na Demokratów, bo chcą spotkać tych, którzy bezrefleksyjnie zagłosują na Trumpa i którzy odnaleźliby się w „Elegii dla bidoków” J.D. Vance’a. Ben zafiksowany jest wręcz na poszukiwaniu „rednecków”, którzy podczas rodeo „fundują sobie wstrząs mózgu (…)”. Na sugestię, że jest jak Kolumb, który nie przyjrzał się odkrytemu lądowi i dlatego umarł w przekonaniu, że to Indie, bohater powie: „Nie mamy czasu (…). I nie jesteśmy Kolumbem, honey”.

Podróż i bezruch

Fascynuje ten opis południa USA – nieznanej twarzy wielkiego państwa-kontynentu, oglądanego najczęściej przez pryzmat folderów z Wielkim Kanionem, Nowym Jorkiem, Niagarą czy plażami Florydy. Muskała wydobywa na światło dzienne tych, którzy zniknęli dla świata, niewidocznych, a przez to zakonserwowanych, żywe skamieliny, które jednak podczas każdych wyborów stają się nagle języczkiem u wagi, „prawdziwą Ameryką”, stawianą w centrum walki o rząd dusz. Utrwala ich, a nawet wywołuje swoją prozą zapisane obrazy. Zapewne – czego dowiedzie scena spod znaku rękoczynów – nierzadko wbrew ich woli.

Bo ich nie interesuje oglądanie samych siebie na fotografii, gdzie dostrzec by mogli własne wady i tym samym musieliby się do nich odnieść. I, jak się zdaje, nie interesuje to też głównych bohaterów. To, co tkwi na obrazie utajonym, jest bezpieczniejsze, bo wciąż nieobejrzane. Zapisane na kliszy, ujrzane wcześniej okiem obiektywu, ale wciąż podlegające interpretacji, niejednoznaczne, bez niepokojących półcieni i kontrastów. Te ostatnie tkwią za to w konstrukcji powieści, bo przecież droga, którą przebywają owi „niewywołani”, jest de facto bezruchem, lub – bo i tego śladu można się w powieści doszukać – ruchem odbywającym się w żółwim tempie. Ku zmianie, która pewnie musi nadejść, ale która wciąż budzi strach.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej