recenzja

Trudność mozaiki | Jarosław Maślanek, Klekot tysięcy patyków

Do uczciwego i niebanalnego opowiedzenia przeszłości, złożonej z porozrzucanych wokół, niczym po wybuchu, okruchów pamięci, konieczna jest literacka odwaga zmierzenia się z toposem „powrotu do lat dziecinnych”. Jarosław Maślanek ją ma. O „Klekocie tysięcy patyków” pisze Przemysław Poznański.

„Tymczasem gasną słońca” – brzmi pierwsze i jedyne zdanie pierwszego rozdziału. Koniec (dnia/życia) jest zatem początkiem powieści i każdej z opowieści składających się na tę książkę. Ale jest też momentem nastania ciemności, w której wszelkie szukanie jest poruszaniem się po omacku. Szczególnie gdy tym, co się przeszukuje jest przeszłość. Igrając z przekonaniem o nieomylności pamięci, ale i z definicją faktu, zmagając się też z zapomnieniem jako efektem upływu czasu, ale i celowego wygumkowywania tego, co niewygodne, a także rozproszenia, niczym w wybuchu, rozsypania wokół kawałeczków większej całości, autor zabiera nas więc w podróż – z czego doskonale zdaje sobie sprawę – niemożliwą, bo wiodącą do świata nieistniejącego i nieodtwarzalnego.

Maślanek bierze co prawda na warsztat popularny i czasem banalizowany topos opowieści o powrocie do „lat dziecinnych”, ale po to, by obnażyć chwiejne fundamenty takiej narracji, może nawet zakpić z niej, jak choćby w scenie, gdy przyjeżdżający do rodzinnego miasta bohater napotyka „nieznajomego znajomego”, by dać mu się przy kuflu piwa wciągnąć w wir nierozpoznawalnych wszak dla niego fałszywych wspomnień, być może aplikowanych mu omyłkowo lub z premedytacją.

Kłamią wspomnienia, kłamią kalendarze

Jest w Pionkach, rodzinnym mieście bohatera, mozaika na centrum handlowym, z bliska stanowiąca tylko „chaotyczny zbiór kolorów”, ale im dalej od niej stajemy, tym bardziej układa się ona w spójny obraz, choć „poszczerbiony tam, gdzie odpadły puzzle i nikt ich nie uzupełnił […]”. Ta mozaika, uratowana zresztą przed definitywnym unicestwieniem przez jej autora, staje się w powieści punktem odniesienia dla podejmowanych przez bohatera prób zrozumienia pofragmentowanej przeszłości – jego samego, jego matki i jego miasta. Prób odszukania elementów własnej mozaiki. Mozaiki jednak trudnej do odtworzenia, gdy tak często układanej z „puzzli” zagubionych, zapomnianych, albo pasujących do zupełnie innej opowieści.

Pamięć – a to ona ma być jednym z budulców opowieści – jest wszak materią tlejącą, erodującą, nienaprawialną, podsuwającą fałszywe obrazy i skojarzenia. Zbudowanie na owej materii zwartej fabuły jest zatem niemożliwe. Możliwa jest tylko próba weryfikowania tego, co weryfikowalne, bez nadziei na uzyskanie holistycznego obrazu przeszłości. Nie ma szans na rzetelną opowieść o „latach dziecinnych”, nie ma szans na pełną opowieść o matce, choć taki był – jak się dowiemy od bohatera – punkt wyjścia dla jego fabuły. Jest za to autotematyzm opisujący zmaganie się pisarza z procesem pisania, jest powieść w powieści, jest tkanie narracyjnie wyróżniających się enklaw z niedosłuchanych zawczasu słów i historii.

Z nieuważności

Niedosłuchanych, ale i nieodtwarzalnych, bo matka już nie żyje. „Tymczasem gasną słońca”, a ciemność, która nastaje, niczego nie może naświetlić. Gdy wcześniej kobieta opowiada synowi historię ze swego dzieciństwa, ten „nie przywiązuje do niej wagi, mimo że matka powtarza ją w ostatnich latach kilkukrotnie”. Teraz owa wcześniejsza nieuważność bohatera wymaga od niego żmudnego weryfikowania wszystkiego tego, co – jak sądzi – zapamiętał z tej opowieści. Weryfikowania i dopasowywania fragmentu do fragmentu w rytmie nieustających rozczarowań i wątpliwości.

Informacje niepodważalne tu bowiem nie istnieją. Kłamią nie tylko ludzkie wspomnienia (tego się można po nich spodziewać), ale kłamią też kalendarze, kłamią nawet dokumenty. A mająca rozwiać wątpliwości wędrówka ulicami miasta może skutkować głównie kolejnymi znakami zapytania. Jak brakujące litery w napisie DOM HANDLOWY MERKURY zdają się podważać, a przynajmniej umniejszać, status tego miejsca, tak nieumiejętność znalezienia w jego przyziemiu piwnicznego okna może podważyć rodzinny mit, opowieść scalającą przeszłość i teraźniejszość bohatera, jeden z filarów jego tożsamości, ale i jeden z filarów biografii matki.

Przeczytaj także:

Bez przekonania o nieomylności

W wydanych niedawno „Tajnych dyrygentach chmur” Wioletta Grzegorzewska przywraca świat dzieciństwa bohaterki – Loli, poprzez jej pierwszoosobową narrację, z całą przypisaną do tego późnodziecięcą lub też może nawet wczesnomłodzieńczą niewinnością, prostodusznością i naiwnością, jej najszczerszym zdziwieniem i smutkiem. Opowieść ta nie mami nas jednak sugestią nieomylności, widzimy bowiem, że pozostaje relacją utkaną tyleż z wydarzeń epoki, co z wyobraźni i wrażliwości Loli, a przy tym – co jasne – snuta jest przez Lolę dorosłą, która jedynie odnajduje w sobie pamięć o konstrukcji tamtej rzeczywistości.

Nie da się inaczej, skoro pamięć ulatuje. Dlatego u Maślanka osobną prawdę niesie narracja owych enklaw o matce (ona/jej), a osobną narracja główna o bohaterze (on/jego). Ta pierwsza zawsze pozostanie subiektywna, jak subiektywne będzie wrażenie, że „gówniara” ze sklepu źle wydała bohaterce resztę. Gdy owa narracja sięga do przeszłości, zbudowana jest tylko z pamięci dziecka i poddana zostaje logice takiej opowieści. Subiektywny i podszyty próbą zrozumienia niezrozumiałego, będzie opis gaśnięcia jednego ze „słońc”, moment śmierci. Drugiej z narracji nie stać jednak na przekonanie o nieomylności, na cerowanie dziur nićmi wyobraźni. Stać ją na zwątpienie i zadawanie kolejnych pytań: o tragiczny w skutkach wybuch w fabryce prochu, który zdarzył się przed wojną, o brakujący na cmentarzu grób jednej z jego ofiar, o zamordowanie przez Niemców pewnej rodziny, o aresztowanie dziadka. Każda uzyskana odpowiedź będzie elementem mozaiki, ale to nie gwarantuje, że nawet po ich połączeniu da się, choćby z pewnego oddalenia, dojrzeć spójny obraz.

Nowa proza, nowa forma

Skoro przeszłość jaka dociera do nas, jest tylko porozrzucanymi wokół, niczym po owym wybuchu w fabryce prochu, okruchami pamięci, Maślanek zdaje się nie mieć innego wyjścia, jak zdecydować się na wywołanie kolejnego wybuchu, wstrząsu, którego skutkiem będzie częściowa przynajmniej dekonstrukcja tradycyjnej opowieści i – w rezultacie – konieczność znalezienia w prozie nowych sposobów narracji o przeszłości (autobiografii/biografii), bez nadawania im pozorów obiektywności. Szukał już nowego sposobu opowieści parabiograficznej (bo z postacią fikcyjną w centrum) Wit Szostak, z brawurą uznając w „Szczelinami”, że jedynym możliwym sposobem na opowiedzenie takiej historii jest użycie poezji, a więc tej odmiany języka jego bohaterki, którym mówi ona wyłącznie do siebie, którym opowiada sobie jedynie to, co najbardziej intymne. Maślanek także wie, że rewolucja, jaką jest wszak bezlitosne obnażenie chwiejnych filarów toposu, wymaga innej formy, nowej prozy, uwidocznionej nawet na poziomie graficznego układu tekstu.

Gdzie trzeba zatem – a niewątpliwie trzeba – jego proza ewoluuje więc w elegię, by opłakiwać moment tragicznej śmierci, gdy zaś pamięć zawodzi lub gdy oczekuje stymulacji, literatura ustępuje miejsca dokumentowi, a nawet staje się zdjęciem. Tam, gdzie brakuje pamięci, lub słowa, dostajemy lukę, czasem cały pusty plac, jak miejsce po zagubionych, oderwanych lub zniszczonych elementach mozaiki, a gdzie zagrożona jest ciągłość fabularna, tam i wersy skaczą niczym po stopniach, jakby omijały przeszkody, prowadzą bohatera w dół lub oddalają od tego co dawniejsze, kręcą się w wirze powtórzeń, stając się własnym zaprzeczeniem i jednocześnie układają w klepsydrę, aż rozsypią się w drobny mak, by z czasem poddać się znowu żmudnemu procesowi ubierania w słowa i zdania.

Niezgoda na banał

Jak suche gałęzie obumarłego drzewa wydają na wietrze zagłuszające się nawzajem dźwięki, tak i echa wydarzeń zapisane w ludzkiej pamięci, ale i treść pisanych źródeł, mogą zaprzeczać sobie nawzajem, wprawiać słuchacza w zakłopotanie. Odpowiedzią na ten chaos nie może być dziś próba snucia opowieści, wyłapującej wyimek z tego nadmiaru ech i układającej te strzępy w pozory spójnej prawdy. „Klekot tysięcy patyków” mówi to wyraźnie, choć zarazem z subtelnością dojrzałej, a przy tym przepięknej  prozy.

Jarosław Maślanek – formalnie i fabularnie – „Klekotem tysięcy patyków” pisze więc rozdział otwarty na literaturę przede wszystkim odważną, poszukującą nowych sposobów opowiadania, nowej formy narracji w obliczu nieprzystawalności formy tradycyjnej do wewnętrznej prawdy opowieści, ale i w obliczu niezgody na tworzenie opowieści autobiograficznej/biograficznej umocowanej w banale, udawaniu, pozorach.

Jarosław Maślanek, Klekot tysięcy patyków
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 15 maja 2024
ISBN: 9788381968041

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej