felieton

Konkurując z małpą po 25 latach | O zarobkach i statusie pisarza subiektywnie pisze Jarosław Banaś [felieton]

Pisarz wychodzi do ludzi i musi zdobyć ich uwagę wobec wszelkich atrakcji, które niczego nie wymagają, a obiecują natychmiastową przyjemność. Przy taniej, głośnej, łatwo dostępnej rozrywce literatura zawsze wypada zbyt długo, zbyt cicho i zbyt trudno – pisze Jarosław Banaś w felietonie o sytuacji na polskim rynku książki.

W 2001 roku Kazimierz Orłoś ogłosił w dodatku „Plus Minus” „Rzeczpospolitej” tekst „Konkurując z małpą”. Pisał o Kołobrzeskich Spotkaniach z Pisarzami w szczycie sezonu letniego. Wydarzenie było pionierskie, odbywało się przed Pomnikiem Zaślubin z Morzem, motorem napędzającym aktywność środowiska był Jacek Olesiejuk, który kształtował swoją firmę, zdobywając pozycję na rynku, studenci Uniwersytetu Warszawskiego prowadzili spektakularną akcję „Szał Czytania”, pisarze podpisywali książki w tłumie odpoczywających. Spotkania trwały przez całe lato. Tak się złożyło, że jednego słonecznego dnia nieopodal Kazimierza Orłosia z „Cudowną meliną”, Antoniego Libery z „Madame” i Janusza Kukuły z „Miłość to znaczy” usadowił się fotograf z kapucynką. Tłum obdarzał małpkę cokolwiek większym zainteresowaniem.

Obraz był prosty i złośliwie trafny: pisarz wychodzi do ludzi w wakacyjnym kurorcie i musi zdobyć ich uwagę wobec lodów, waty cukrowej, karuzeli, muzyki z promenady i wszelkich atrakcji, które niczego nie wymagają, a obiecują natychmiastową przyjemność. „Małpa” nie oznaczała pogardy dla publiczności. Oznaczała tanią, głośną, łatwo dostępną rozrywkę, przy której literatura zawsze wypada zbyt długo, zbyt cicho i zbyt trudno.

Orłoś nie kreślił tabel honorariów ani nie wróżył ustawy o książce. Zostawił jednak diagnozę, którą po ćwierćwieczu czyta się jak zapowiedź. Jeśli pisarz już wtedy przegrywał walkę o uwagę w jednym nadmorskim mieście, to tym bardziej przegra ją tam, gdzie rządzi algorytm i tekst złożony w pół minuty. Reszta tego felietonu jest właściwie rozwinięciem tamtej sceny: najpierw rachunki, potem salony, na końcu pytanie, z kim pisarz konkuruje dzisiaj i czym to się skończy.

Polski spór o honoraria — między prestiżem a rachunkami

Niech podniesie rękę ten, kto jeszcze nie brał udziału w dyskusji o zarobkach pisarzy w Polsce. Co roku nad Wisłą ukazuje się ponad 30 tysięcy książek, jednak aż 90 procent osób, które piszą, tłumaczą lub ilustrują, zarabia na tej pracy mniej, niż wynosi płacowe minimum. Zaledwie co czwarty twórca jest w stanie utrzymać się wyłącznie z pisania. Cała reszta łączy pracę literacką z etatem, zleceniami albo deską do prasowania zamiast biurka — takie wnioski płyną z raportu przygotowanego dla Instytutu Książki.

Dyskusja o finansowych realiach pracy autorskiej nie słabnie. Wywołał ją spektakularny sukces Joanny Kuciel-Frydryszak i „Chłopek”, które osiągnęły nakład pół miliona egzemplarzy. Za sukcesem rynkowym pojawił się spór o to, czy zyski wydawcy i autorki są proporcjonalne. Wydawnictwo ogłosiło porozumienie, lecz temat nie wygasł — wraca falami jak każda debata, w której prestiż zderza się z twardą rzeczywistością rachunków.

Głosy w tym sporze zdążyły już obrosnąć rangą kanonicznych. Grażyna Plebanek wyliczyła, że z egzemplarza wycenionego na 57,50 zł autorowi przypada zaledwie 2,90 zł. Jacek Dehnel zwrócił uwagę, że przy standardowym nakładzie wydawniczym i wkładzie pracy autora w powstanie książki, dochód pisarza spada w okolice minimum przetrwania. Jakub Żulczyk zauważył, że przy nakładzie sięgającym pół miliona egzemplarzy uczciwą kwotą honorarium byłoby pięć milionów złotych. Szczepan Twardoch stawia sprawę bez zbędnego moralizowania: wynagrodzenie procentowe powinno być naliczane od oficjalnej ceny okładkowej, a nie od kwoty po rabatach udzielanych dystrybutorom. Unia Literacka ujęła postulaty środowiska w haśle „dziesięć procent”. Z drugiego brzegu włączył się Remigiusz Mróz — król sprzedaży — przekonując, że z pisania da się utrzymać, pod warunkiem że ma się czytelników, choć zarazem przypomniał, iż mediana przychodów z pracy literackiej oscyluje wokół skromnych 2500 zł brutto miesięcznie.

Kolejne głosy obnażają głębsze pęknięcia. Inga Iwasiów wskazuje, że w łańcuchu wydawca–księgarnia–dystrybucja to autor otrzymuje najmniej pieniędzy, ponosząc jednocześnie największe koszty emocjonalne. Pisanie nie jest fanaberią ani hobby, lecz pracą, której polski system prawny wciąż nie potrafi precyzyjnie zdefiniować jako zawodu. Zaliczka na poczet powieści dla rozpoznawalnego autora, który nie zdobył jeszcze najważniejszych nagród, wynosi zazwyczaj od dwóch do dziesięciu tysięcy złotych; debiutant często nie dostaje ani zaliczki ani odpowiedzi na zgłoszony manuskrypt. Iwasiów przypomina sprawy, o których salon wolałby milczeć: stawki autorek są wciąż niższe od stawek mężczyzn, a i nie każda opublikowana książka przedstawia wartość literacką. W felietonie o sondzie pod hipermarketem pokazała drugą stronę złudzenia: poza wąskim kręgiem stowarzyszeń literackich większe emocje budzą seriale oraz ceny farb do jajek.

To właśnie kołobrzeskie spotkanie Kazimierza Orłosia z małpą, tylko przeniesione pod market. Pisarz nadal wychodzi do ludzi. Ludzie nadal mają pod ręką coś szybszego.

Pod prąd powszechnego narzekania idzie Krzysztof Varga. Początkowo dowodził, że autor, który nie potrafi utrzymać się z pisania, powinien podjąć pracę w banku lub sklepie z kafelkami. W sierpniu 2026 roku na łamach „Newsweeka” sformułował tezę ostrzej: polskich pisarzy jest za dużo, czytelników za mało, a postulowane dziesięć procent od okładki i tak pozostawi autora z nędznymi pięcioma złotymi zamiast trzech. Tytuł brzmiał jak prowokacja: nie piszcie, jest was za dużo.

Odpowiedziała mu Joanna Gierak-Onoszko, prezeska Unii Literackiej, zarzucając pułapki retoryczne, błędne wyliczenia oraz samozwańcze wykluczenie się z grona twórców. Spór ujawnił pęknięcie: wszyscy widzą patologię systemu, lecz jej przyczyny umieszczają gdzie indziej. Iwasiów akcentuje brak ochrony prawnej i upokorzenie twórców, Varga — nadprodukcję i niskie czytelnictwo. Żadne z tych rozpoznań nie wyczerpuje rynku. Orłoś dopowiadał trzecie, zwykle pomijane: nawet uczciwszy podział pieniędzy nic nie da, jeśli publiczność w tej samej chwili wybiera inną atrakcję.

Dwa salony, ślepe plamy i zanik krytyki literackiej

Debata o zarobkach budzi emocje porównywalne z dyskusją o sztucznej inteligencji, która coraz śmielej składa teksty i polemiki niemal bez autora. Rośnie prompt engineering. Wystarczy poprosić model o pomysł, potem sprawdzić zdania innym modelem, czy nie ma rażących halucynacji. Podejrzewam, że w ten sposób coraz częściej powstają także opinie o literaturze.

Współczesny obraz polskiego życia literackiego jest przez to mocno skrzywiony. Rozmowa toczy się niemal wyłącznie w mediach liberalnych i zcentralizowanym środowisku, które własny horyzont utożsamia z całą kulturą. Poza tym centrum istnieje równoległy obieg. Literatura religijna i konserwatywna ma własne targi, hurtownie, księgarnie oraz prasę. W statystykach Biblioteki Narodowej publikacje religijne regularnie stanowią kilka procent rocznej produkcji — udział porównywalny z książkami historycznymi. Nie brakuje im czytelników ani zaplecza finansowego. Brakuje ich w ogólnokrajowej debacie, którą ogłasza się diagnozą „sytuacji pisarza w Polsce”.

Pisma prawicowe — „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska”, wPolityce.pl, „Tygodnik Solidarność” — piszą o książkach regularnie, lecz zwykle instrumentalnie: jako o biografiach polityków, opracowaniach historycznych, sporze o pamięć i Kościół. Erudycyjne eseje Wojciecha Stanisławskiego są wyjątkiem, nie standardem. W obiegu ideowym — w „Teologii Politycznej”, „Arcanach”, „Nowym Napisie”, „Frondzie” — recenzuje się prace z historii idei i przyznaje Nagrodę im. Józefa Mackiewicza. Brakuje wspólnej przestrzeni, w której nowa proza, poezja, albo spór o stawki byłyby przedmiotem autonomicznej dyskusji.

Renata Lis w raporcie PEN International zauważa, że strona konserwatywna wytworzyła zamknięte obiegi i drogi obu środowisk niemal się nie krzyżują. Anna Nasiłowska dodaje, że wybór wydawnictwa bywa deklaracją polityczną. Po prawej stronie zachwala się autobiografię polityka, po lewej pojawia się satyra na tę samą sytuację. Oba środowiska mówią „książka”, ale mają na myśli inne zjawiska.

Krytyka literacka jest nie tylko lustrem rynku. Jest też jego niewidzialną walutą. Recenzja, esej, lista nagród i festiwalowy panel zamieniają się w prestiż, a prestiż w Polsce często zastępuje honorarium. Gdy ta waluta się dewaluuje, autor zostaje z rachunkami. Problem nie polega wyłącznie na stronniczości recenzji. Polega na tym, że coraz częściej nie ma ich wcale jako praktyki autonomicznej. Zamiast oceny zdania, kompozycji i języka pojawia się test lojalności ideowej. Książka albo „pracuje” na rzecz wspólnoty, albo znika. Krytyk przestaje być pośrednikiem między tekstem a czytelnikiem. Staje się funkcjonariuszem obozu.

W Stanach Zjednoczonych podziały są równie głębokie, lecz „New York Times” i „Wall Street Journal” utrzymują autonomiczne działy literackie, a głośna książka bywa omawiana po obu stronach spektrum. W Polsce liberalny salon traktuje literaturę jako instytucję nagród i festiwali, prawicowy — jako paliwo tożsamościowe.

Amerykańska krytyka też jednak kruszeje. Zostało kilku etatowych recenzentów książkowych. W 2025 roku Associated Press zlikwidowała cotygodniowe recenzje. Na początku 2026 roku „Washington Post” obciął Book World i zwolnił Rona Charlesa oraz Beccę Rothfeld. Zostały wyspy: „New York Times Book Review”, „New York Review of Books”, „The New Yorker”, „Harper’s”, dział książkowy „Wall Street Journal”. Reszta kraju oddała hierarchię gustu BookTokowi, listom „best of” i recenzjom pisanym przez innych pisarzy, często z wzajemnością udającym niezależność.

Jednak, co było oczywiste BookTok, Bookstagram i BookTube nie zastępują recenzji. Przesuwają punkt, w którym powstaje popyt. Krótka, emocjonalna rekomendacja wyczerpuje nakład w romansie, YA, fantastyce i kryminale. Wydawcy biorą influencerów jako kanał sprzedaży. Efekt jest samozwrotny: wzmacnia się to, co już się klika. Obieg zjada własny ogon. Poszerza zasięg bestsellerów, nie gust. Ambitna książka jest tam wyjątkiem.

Dla polskiego sporu wniosek jest prosty i znowu Orłosiowy. Pisarz konkuruje nie z innym pisarzem, lecz z formatem, który trwa krócej niż jedno opowiadanie. W Kołobrzegu tą „małpą” była kapucynka na promenadzie. Dziś jest nią feed.

Z pola widzenia znika także autor lokalny — ten, który wydaje 300 egzemplarzy w powiatowej oficynie, dokumentuje historię małego muzeum albo opisuje tajemnice „magicznej kotliny”, w której żyje, a książkę kupują turyści. Nie ogląda się na stołeczne traumy i raport sprzedaży. Funkcjonuje poza grantami, festiwalami i mediami. Co prawda stypendia ministerialne istnieją, lecz krążą często po wąskim kręgu nazwisk, czasopism i adresów. Uraziłem kogoś? A to przepraszam.

Perspektywa europejska — mecenat państwa, prawa zbiorowe i czytelnicy

Na Zachodzie pisarze też mają kłopoty finansowe. Różnica polega na tym, że państwa zbudowały mechanizmy wsparcia obok umów z wydawcami. Różnica druga jest jeszcze ważniejsza: tam, gdzie autora państwa chronią, jego książkę czyta większa część społeczeństwa.

Eurostat pyta, kto w ciągu roku sięgnął po przynajmniej jeden tytuł. Unia: około 53 procent. Polska w tym pomiarze: 55. Hiszpania: 54. Francja: 62. Szwecja i Finlandia: po 70. Norwegia: 71. Dania: 72. Ale są też kraje z niższym czytelnictwem, co wpływa na unijną średnią. Krajowe badanie Biblioteki Narodowej jest ostrzejsze. W 2025 roku co najmniej jedną książkę zadeklarowało 41 procent Polek i Polaków powyżej 15. roku życia. Systematycznie, czyli siedem lub więcej książek, czyta 7 procent. Kobiety: 47 procent. Mężczyźni: 34. Mieszkańcy miast półmilionowych: 71.

To ten wskaźnik a nie unijna średnia, tłumaczy, dlaczego przy 30 tysiącach tytułów tak niewielu autorów żyje z pisania.

W Niemczech średni nominalny roczny dochód twórcy w Kasie Artystów wynosi około 24 tysięcy euro, realnie poniżej 20 tysięcy. Mechanizm socjalny działa jednak obok rynku, nie zamiast czytelników.

W Skandynawii książka jest częścią infrastruktury społecznej. Norwegia wykupuje nowości do bibliotek. Dania płaci twórcom za wypożyczenia. Szwecja dzieli opłatę biblioteczną na honoraria i stypendia. Szwedzki debiutant przy sprzedaży około 7500 egzemplarzy może uzyskać równowartość 100 tysięcy złotych. Tam stworzono najpierw czytelników, potem dopiero czek.

Francuskie CNL w 2024 roku przyznało 830 stypendiów i rezydencji wartych 4,6 miliona euro. Od 2026 roku premiuje wydawców, którzy dają zaliczki i stawki powyżej rynkowej mediany, czyli około 8–10 procent. Do tego stała cena książki i osobny system ubezpieczeń. Czytelnictwo: 62 procent według Eurostatu.

Hiszpańskie „El País” i „ABC” utrzymują szerokie działy kulturalne. Krajowy barometr za 2025 rok podaje 69,8 procent czytających powyżej 14. roku życia. Eurostat: 54. Kierunek i tak jest jasny: Hiszpania czyta więcej niż Polska w badaniu BN.

Amerykański paradoks — skala rynku bez państwa i bez złudzeń

Amerykański przemysł wydawniczy w 2025 roku wygenerował około 33,4 miliarda dolarów. Polski rynek przy tej skali jest kiermaszem. Authors Guild, badając dane dotyczące 5699 publikowanych w tym właśnie roku autorów, podało medianę z książek: 2000 dolarów rocznie dla wszystkich, 10 000 dla piszących na pełny etat. Po doliczeniu wykładów, zajęć, ghostwritingu, recenzji i coachingu pełnoetatowiec dochodzi do 20 000, jednak od czasu wejścia czytników Kindle realne dochody pisarzy spadły o około 42 procent. Ciekawe?

Rynek płaci za popyt, nie za prestiż i jeszcze wyrywkowe spojrzenie na self-publishing, który bywa w USA twardszym zawodem niż tradycyjna ścieżka. Mediana z książek u pełnoetatowego autora romansu: około 31 725 dolarów. Literatura piękna: około 4000. Poezja: około 1200.

Wielka piątka (pięć największych koncernów wydawniczych na amerykańskim rynku, dla czytelników z pominięciem rynku podręczników): już daje to, o co walczy Unia Literacka: 10, potem 12,5 i 15 procent od twardej okładki; 7,5 od książek w miękkiej oprawie i 25 procent od wpływów z e-booka. Mimo tego autor nadal nie utrzymuje się z pisania, jeśli mało sprzedaje. Sam procent nie tworzy klasy średniej. Tworzy ją liczba czytelników.

Zaliczki bywają spektakularne, lecz po agencie, podatku i rozłożeniu na lata często maleją do pensji z drugiej ligi. Reszta żyje z praw zależnych, opcji filmowych, wykładów i newsletterów. Ameryka nie płaci za bycie strażnikiem tradycji. Płaci za rynek, na którym można wygrać fortunę albo nie odzyskać kosztów druku.

Wnioski — jak wyjść z błędnego koła

Varga ma rację, że tłok przy niskim czytelnictwie obniża wartość słowa. Iwasiów ma rację, że nadprodukcja nie usprawiedliwia czynienia z autora najsłabszego ogniwa. Porównanie międzynarodowe dodaje trzecie rozpoznanie, zbieżne z Orłosiem: kraje, które lepiej płacą twórcom, najpierw mają więcej ludzi zdolnych usiedzieć przy książce. Dopiero potem dokładają bibliotekę, opłatę reprograficzną i grant.

Żeby nie pozostawić tekstu Kazimierza Orłosia jedynie jako ozdobnego cytatu, trzeba powiedzieć wprost, co z tych obserwacji wynika na najbliższe lata.

Po pierwsze, walka o uwagę będzie ostrzejsza niż walka o stawkę. W 2001 roku konkurentem była wakacyjna rozrywka. W 2026 roku są nim infinite scroll, platformy streamingowe, recenzja powstała w pół minuty i książka złożona przez model językowy z cudzych zdań. Honorarium 10 procent od okładki może podnieść dochód z 3 złotych do 5. Nie sprawi jednak, że ktoś odłoży telefon. Orłoś opisał problem popytu. Polska debata wciąż kręci się wokół podziału wpływów z popytu, którego ubywa.

Po drugie, czytelnictwo raczej się utrzyma, niż skoczy. 7 procent systematycznych czytelników to nie zapaść, ale za mało, by wyżywić rzeszę autorów. Przy takiej publiczności nawet lepsza ustawa zostawi większość twórców przy etacie, zleceniu i grancie.

Po trzecie, sztuczna inteligencja podzieli rynek ostrzej niż podział na salony. Romans, kryminał, YA i poradnik będą powstawać taniej, szybciej, często hybrydowo. Proza ambitna i poezja zostaną w niszy, gdzie prestiż nadal będzie udawał pensję. Część wydawców wstawi klauzule „anty-AI”. Część cicho obniży koszty redakcji i tłumaczeń. Bezumowne trenowanie modeli na cudzych tekstach będzie trwało, dopóki prawo nie wymusi opłaty. Tu metafora Orłosia dostaje nowy, gorszy zwrot: dawna małpa tylko hałasowała obok pisarza. Nowa uczy się jego zdań bez zgody i bez przelewu.

Po czwarte, państwo poprawi dolną półkę, ale nie zmieni konstrukcji. Podwojenie limitu Public Lending Right z 5 do 10 procent wartości zakupów bibliotecznych może podnieść pulę dla twórców z około 3,8 do około 7,6 miliona złotych rocznie. To realny krok. Przy 30 tysiącach tytułów nadal będzie to dla większości kwota symboliczna. Biblioteki zyskują, księgarnie stacjonarne tracą. Autor zostaje na końcu łańcucha.

Po piąte, dwa obiegi się nie połączą, a krytyka autonomiczna będzie dalej słabnąć. Liberalny salon i obieg konserwatywno-religijny zostaną przy własnych książkach i własnych nagrodach. Hierarchię gustu przejmą algorytm i wzajemność influencerów. Autor lokalny — ten od małego muzeum i „magicznej kotliny” — pozostanie poza debatą o honorariach, choć to właśnie on najczęściej wychodzi do publiczności w warunkach, które Orłoś opisał najcelniej: mała sala, obok głośniejsza atrakcja, żadnej gwarancji, że ktoś dotrwa do ostatniej strony.

Najbardziej prawdopodobny obraz końca dekady jest więc taki: kilkudziesięciu autorów utrzyma się z pisania, bo mają czytelników, prawa zależne albo stałą obecność w mediach. Kilkuset połączy literaturę z etatem i grantem. Kilka tysięcy wyda książkę, która zniknie po sezonie. AI zetnie część kosztów i część stawek. Ustawa, jeśli powstanie, dołoży kilka złotych od egzemplarza. Czytelnictwo zostanie w pobliżu obecnego poziomu.

Orłoś nie przewidywał ChatGPT. Przewidział jednak mechanizm: literatura przegrywa nie wtedy, gdy ktoś źle policzy procent od okładki, tylko wtedy, gdy w tym samym miejscu i o tej samej porze czeka coś łatwiejszego. Wtedy „małpą” była kapucynka na promenadzie. Dziś jest nią ekran. Pisarz, jako strażnik tradycji może dostać odrobinę wyższy procent. Nadal jednak jest na końcu listy płac zarabiających na książkach.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej