To opowieść o rozczarowaniu dotychczasowym życiem i złudnym przekonaniu, że da się wszystko zacząć jeszcze raz, od nowa, od początku. 55 lat temu ukazała się powieść Zbigniewa Nienackiego „Mężczyzna czterdziestoletni”. Pisze Przemysław Poznański.

W życiu człowieka prędzej czy później nastaje czas podsumowań. Pora na ocenę tego, na ile plany i marzenia rozminęły się z tym, co udało się osiągnąć. I bilans takich rozliczeń często nie bywa zadowalający. Wówczas ma prawo zrodzić się pytanie o to, czy da się z tym jeszcze cokolwiek zrobić. A jeśli się da, to co. Jak daleko można na nowo wykreować nowego siebie, swoje nowe ja? Czy można swoje życie przemodelować, przekuć jedną bryłę w drugą, nadając jej inny, może bardziej pożądany kształt?
Zbigniew Nienacki – znany już wtedy głownie jako autor powieści przygodowych o Panu Samochodziku – sięgnął w „Mężczyźnie czterdziestoletnim” (1971) po temat kryzysu wieku średniego, dając nam powieść psychologiczną, skupiającą się – podobnie jak we wcześniejszym „Sumieniu”, czy „Z głębokości” – na tym momencie w życiu bohatera, który stanowi dla niego istotną cezurę, ale też zarazem przełom, definiuje go na nowo, przede wszystkim jednak przygotowuje na to, co nieuniknione. A choć to powieść sprzed półwiecza, to porusza temat wiecznie aktualny i w lite aurze stale obecny. Taki za który brali się choćby Hanif Kureishi w „Intymności” czy Grzegorz Kalinowski w „Generacji X”.
Porzucić to, co znane
Jan, czterdziestoletni uznany rzeźbiarz, autor przysadzistych wiejskich Madonn ciosanych z lipowych pni, znajduje w domu list od syna Rafała. Osiemnastolatek oznajmia, że porzuca dom gdyż nie czuł się kochany. Moment nie jest przypadkowy – wszystko to dzieje się pod nieobecność żony Jana i matki Rafała, która właśnie wyjechała do rodziców, do Wilna. Jan odbiera więc gest syna jednoznacznie: de facto to on jest adresatem oskarżeń. I to on musi zmierzyć się z tym problemem. Musi odnaleźć syna.
Tylko czy na pewno tego chce? Domyśla się przecież dokąd syn mógł pojechać. Ma też świadomość tego, że nie okazywał Rafałowi tyle uczuć, ile powinien. Ucieczka syna, bardziej niż niepokój o los dziecka, budzi w nim raczej złość spowodowaną tym, że ten zdecydował się na krok, na jaki Jan też miałby ochotę – porzucił to, co wygodne, znane, bezpieczne, na rzecz czegoś, co może nieznane, ale nowe, intrygujące. Rafał dokonał wyboru, na jaki Jana nie było stać.
Podróż do przeszłości
Podróż do rodzinnego domu na wsi, do zaniedbywanego ojca, choć teoretycznie jest wyprawą w poszukiwaniu syna, tak naprawdę staje się dla bohatera próbą cofnięcia czasu, wędrówką w stronę dawnych emocji, chęcią powrotu do tych momentów w życiu, które go kształtowały. Jan bowiem, z każdą chwilą coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że minione czterdzieści lat zawiodło go w ślepy zaułek, że wypalił się emocjonalnie i zawodowo.
Z jednej strony powrót do korzeni ma więc być dla Jana próbą odszukania początku drogi, zrozumienia podjętych wyborów. Z drugiej, podczas tej podróży wielokrotnie zada on sobie i innym pytanie (być może zbyt często, zbyt nachalnie) o to, czy da się żyć od nowa, czy można radykalnie zmienić swoje życie, zacząć je z czystą kartą, odrzucając poprzedniego siebie. Spróbuje nawet sprawdzić, czy da się (trochę wskutek zbiegu okoliczności) zatrzymać w anonimowym miasteczku, związać z przypadkową kobietą, zatrudnić u kamieniarza i wykuć zupełnie inną życiową drogę.
Madonny i nagrobki
Nienacki daje nam zatem bohatera rozdartego – między przeszłością, której nie da się przecież nijak wymazać a marzeniem o przyszłości, na której owa przeszłości prawdopodobnie będzie jednak zawsze ciążyć. Bohatera, który wprawdzie zdecyduje się odrzucić swoją sztukę, owe rzeźbione wiejskie kobiety, przysadziste Madonny zapamiętane z dzieciństwa, ale przecież robi to na rzecz rzeźbienia czegoś, czego symbolika jest jednoznaczna – cmentarnych nagrobków.
To nie jedyny sygnał, że próba rozpoczynania życia na nowo wiąże się z ryzykiem. „Była połowa września, popołudniowa godzina” – czytamy na pierwszej stronie. Ten moment ma konkretne konsekwencje dla fabuły (poszukiwanie syna odbywa się też w kontekście rozpoczętego roku szkolnego), ale narzucać może też w pewnym sensie głębszą interpretację powieści. Spotykamy wszak bohatera w chwili, gdy lato przechodzi w jesień, a dzień ustępuje nocy. Gdy powoli jeszcze, ale już nieubłaganie, pojawia się na horyzoncie wizja zimy, zmierzchu.
Siła, by podjąć wyzwanie
„Mężczyzna czterdziestoletni” jest więc próbą wiwisekcji bohatera na rozstaju, wypalonego, rozczarowanego swoim życiem, a może wręcz samym sobą. Człowieka karmiącego się jednocześnie ułudą, że nie tylko można odciąć jedną decyzją całą swoją przeszłość, ale – nawet bardziej – że nie jest jeszcze na to za późno, by na nowo wytyczyć drogę życia.
Gwarantem tego ma być „czterdziestka”, umowna połowa życia, a zatem ostatni moment na szaleństwo, jakim jest nowe otwarcie. Problem w tym, że – jak pokazuje Nienacki w kluczowej scenie pływackiego pojedynku między ojcem a synem – trzeba umieć odpowiedzieć sobie wcześniej na pytanie czy ma się wciąż dość sił, by to wyzwanie podjąć.
Zbigniew Nienacki, Mężczyzna czterdziestoletni
Czytelnik, Warszawa 1971

