To dziennik choroby, a bardziej nawet dziennik wędrówki na granicę śmierci. Wędrówki, która zmusza bohatera do nieodwracalnego przewartościowania jego dotychczasowego życia. 60 lat temu ukazała się powieść Zbigniewa Nienackiego „Z głębokości” – pisze Przemysław Poznański.

„Zachorował w środę, trzynastego maja” – tak rozpoczyna się powieść Nienackiego z 1964 roku, wydana zresztą w tym samym roku, w którym ukazała się „Wyspa Złoczyńców”, pierwsza książka z cyklu o Panu Samochodziku (w, której premierę ma wehikuł, choć na pseudonim poczekamy do ekranizacji). Nie jest to bez znaczenia – znajdziemy w „Z głębokości” tropy prowadzące do tej książki (oraz do kilku innych), cała powieść jest bowiem mocno zanurzona w biografii autora, stając się tyleż autotematyczną opowieścią o pisarzu i dziennikarzu na krawędzi życia i śmierci, co „dziennikiem przejścia”, relacją człowieka w kryzysie wartości, rozdartego w ocenie tego, co ważne, a co nieistotne.
Choroba, a w zasadzie jej przebieg, zmuszający bohatera do pobytu w szpitalu, staje się więc bodźcem do jego przemyśleń na temat śmiertelności człowieka, a także sensu wiary (czy raczej braku tego sensu w obliczy braku Boga) i pozostawianego po sobie w tym kontekście świadectwa istnienia jako jedynej formy „nieśmiertelności”. Ale staje się też szansą na ujrzenie dotychczasowych ograniczeń, zmuszających bohatera do funkcjonowania w relacjach miałkich, przytłaczających, nieperspektywicznych.
„Trawa” czy „murawa”?
Symbolem owej miałkości niech będzie spór Piotra z redaktorką w wydawnictwie, o to czy zastąpić w najnowszej powieści pisarza słowo „murawa” słowem „trawa” – w jakimś sensie to ta dyskusja, z gruntu niepotrzebna i jałowa, stanie się w przypadku bohatera „Z głębokości”, pisarza Piotra, zapalnikiem wywołującym zarazem eksplozję i implozję, które przemodelują jego stosunek do otoczenia i do samego siebie. To przy tej okazji po raz pierwszy choroba zaatakuje bowiem bohatera w sposób na tyle zjadliwy, że będzie musiał na bok odstawić wszystko inne – życie zawodowe, a poniekąd i osobiste.
Dochodzenie do diagnozy jest jednak w powieści Nienackiego procesem – długim i pełnym błędów, zapowiadającym w pewnym sensie równie wyboisty, a przy tym ważniejszy proces, jakim stanie się dochodzenie do pozbawionej pobłażliwości oceny własnej twórczości, zawartych zawodowych sojuszy, małżeństwa, rodzicielstwa. I tak jak „grypa” okaże się ostatecznie ciężkim przypadkiem zapalenia opłucnej, tak pozornie drobne niedogodności wynikające w redakcyjnego układu sił czy częstych wyjazdów żony na plan filmowy, z czasem odsłonią swoje prawdziwe oblicze, okazując się zdarzeniami dla Piotra nieakceptowalnymi w obliczu kruchości (i potencjalnej krótkości) życia.
To co błahe, to co ważne
Ten proces zrozumienia nie zajdzie tu jednak samoistnie. Sama choroba, jak bardzo nie byłaby ciężka, nie wystarczy, by trzydziestoletni bohater „Z głębokości” wyszedł poza strefę własnego egocentryzmu, skupionego na przeżywaniu po wielokroć własnego bólu i strachu przed śmiercią, a wszedł w tryb rozważania kwestii uniwersalnych, dotyczących wartości życia oraz nieodwracalnego końca egzystencji. Nienacki przywoła więc na potrzeby narracji – i zmusi bohatera do ich przemyślenia – wszystkie te sytuacje z przeszłości Piotra, w których pobrzmiewał będzie temat śmierci, ale też powoła do istnienia panoptikum postaci jeśli nie archetypicznych, to na pewno symbolizujących konkretne wartości, konkretny stosunek do życia i śmierci.
To dzięki tym postaciom zarysuje się z czasem w powieści wyraźna opozycja między błahością udającą istotność a tym co prawdziwie ważne. Literacko-dziennikarski światek, nieznośny, pełen wzajemnych animozji, konszachtów, infantylnych prób zwracania na siebie uwagi (co będzie dopełnieniem tego, co znamy z publikowanego tylko w odcinkach „Zabójstwa Herakliusza Pronobisa”), musi się w końcu okazać bladym odbiciem prawdziwego życia i prawdziwych problemów. Podobnie jak próba podłączenia przez jednego z bohaterów, Kiryłła, choroby Piotra pod aktualne przepychanki, głównie między pokoleniem „młodych” a „starych”: „Jesteśmy chorzy (…). Okres naszego dojrzewania przypadł na czas wojny. Nasze młode organizmy domagały się masła, witamin, hleba, śmietany, mięsa, a żyliśmy w latach głodu. (…) Starsze pokolenia (…) są stokroć zdrowsze, odporniejsze, silniejsze” – usłyszymy. Ta próba zuniwersalizowania na siłę indywidulanego cierpienia blaknie w obliczu prawdziwego cierpienia: chorego na złośliwy, nieuleczalny nowotwór i powoli godzącego się z perspektywą śmierci, żałującego poniewczasie swej decyzji niedoszłego samobójcy, pełnego wigoru chłopca w przeddzień trudnej operacji, czy nawet Potkańskiego – leczonego w tym samym szpitalu mordercy, którego zresztą wcześniej Piotr skazał – jako ławnik – na więzienie.
Przeczytaj także:
Eros i Tanatos
Ta ostatnia sytuacja stanowi paralelę z wcześniejszym dziełem Nienackiego, powieścią „Sumienie”, której fabuła rozgrywa się wokół pracy bohatera, z zawodu dramaturga, w sądzie. O ile tam jednak autor skupia się na adekwatności zbrodni i kary, szczególnie kary śmierci, a więc kwestii szeroko pojętej sprawiedliwości, tu ważna okaże się zaduma nad banalnością zbrodni, przy jednoczesnej jej jednoznaczności jako aktu nieodwracalnego odebrania życia.
Będzie też ten wątek jednym z fragmentów przewijającej się tu opowieści o bliskości miłości i śmierci. Motywy działania Potkańskiego – przyziemne, wynikające głównie z urażonej dumy – staną się jednak pretekstem do rozważań (także na sali sądowej) o istocie miłości jako uczucia wysokiego, wykluczającego akt zbrodni, ale i miłości fizycznej, czy seksualności jako takiej, stanowiącej tu rodzaj odskoczni od myśli o chorobie, w istocie więc napędzanej właśnie chorobą i strachem przed śmiercią. Tak będzie w przypadku kobiet, których rozmowę o erotycznych doświadczeniach, płynnie przechodzącą w litanię do Matki Boskiej, podsłucha Piotr, tak będzie w przypadku samego Piotra, który ucieczki przed myślą o śmierci szukać będzie w erotycznym podboju – trwającym zresztą tak długo, jak długo będzie mógł uprawiać seks w pokoju przylegającym do szpitalnej sali.
Przewartościowanie priorytetów
Wspomniane odwołanie do „Sumienia” nie jest tu jedynym przykładem transpozycji twórczości autora do jego nowej książki. Wszystkie one służą jednak poddaniu – i samych książek, i opisanych w nich sytuacji – krytycznej ocenie, wynikającej z przewartościowania przez bohatera priorytetów. Do „Wyspy Złoczyńców” nawiążą dywagacje o pochodzeniu człowieka, tu także jako – być może – nieudanej mutacji małp naczelnych. Odwołania do przygody z „Pozwolenia na przywóz lwa” – tam będącej efektem pełnego pasji podążania za dziennikarską idée fixe, każącą narratorowi jechać aż nad Amur w poszukiwaniu śladów polskiego osadnika – tu opowieścią o zlekceważonych początkach choroby, która w końcu przykuwa Piotra do szpitalnego łóżka.
Podobnie będzie w przypadku „Skarbu Atanaryka”, włączonej z czasem do „Samochodzików” powieści przygodowej osnutej wokół rozkopywania gockich kurhanów. Tam będącej w głównej mierze opowieścią o pracy w obozie archeologicznym, tu stanowiącej fabularny pretekst zarówno do pretensji wobec ekipy archeologicznej, która pożałowała mu dodatkowego materaca (co wzmogło chorobę), jak i do dywagacji o dziedzictwie, jakie po sobie zostawiamy, skoro odkopany po kilku stuleciach ludzki szkielet po prostu rozsypuje się w proch.
Między przyszłością a przyszłością
Cała powieść, jako utwór mówiący o balansowaniu na granicy, zbudowana jest zresztą na opozycji tego, co było i co jest. Bohaterowi wszak obca stanie się z czasem myśl o szukaniu kompromisów, o stawianiu kładki nad przepaścią dzielącą przeszłość i przyszłość, co zresztą wybrzmi mocno ironicznie w kierowanym tu wielokroć do żony pytaniu o wysadzanie mostu na planie filmu wojennego. „Wysadziliście już ten most?” – będzie indagować, w istocie pytając o to, na ile ich rozchodzące się drogi mają jeszcze szansę i sens się zetknąć. Podobnie będzie zresztą z synem, spotkanie z którym sprawi Piotrowi „przykrą niespodziankę”, ale i z kolegami i koleżankami z pracy, dla których – co wreszcie zrozumie – będzie tylko głosem mogącym przeważyć szalę decyzji na kolegium redakcyjnym.
Do powieści – mocno wszak autobiograficznej – epilog dopisze życie. W tym samym roku, w którym ukaże się ta powieść, Zbigniew Nienacki zostawi żonę i syna, by realizować karierę pisarza. Trzy lata później opuści też Łódź i literacki światek, by zamieszkać w Jerzwałdzie niedaleko Iławy. Można więc na „Z głębokości” patrzeć jak na autodiagnozę, ale ciekawsze wydaje się odczytywanie tej książki na poziomie znacznie bardziej uniwersalnym – jako dziennika wędrówki na granicę śmierci i zmiany w wędrowcu, jaką taka podróż wymusza. Zmiany – podobnie jak sama śmierć – nieodwracalnej.
Zbigniew Nienacki, Z głębokości
Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1964
Diary of a journey to the brink of death | It is a diary of an illness, and more so a diary of a journey to the brink of death. A journey that forces the protagonist to irreversibly re-evaluate his life so far. Zbigniew Nienacki’s novel „Z głębokości” (From the Depth) was published 60 years ago, writes Przemysław Poznański.

