artykuł

8 książek na 8 marca | Dziś Dzień Kobiet

Dziś Dzień Kobiet. Z tej okazji wybraliśmy osiem książek z kobietami jako siłami sprawczymi zdarzeń, bohaterkami przez wielkie B. To książki, o których pisaliśmy w ciągu ostatnich kilku miesięcy, ale Was zachęcamy do własnych poszukiwań, także w klasyce literatury.

Pierwszy dzień kobiet obchodzono 28 lutego 1909 roku, jako święto ustanowione przez Socjalistyczną Partię Ameryki po zamieszkach i strajkach w Nowym Jorku. W sierpniu 1910 roku zorganizowano Międzynarodową Socjalistyczną Konferencję Kobiet przed posiedzeniem generalnym Drugiej Międzynarodówki Socjalistycznej w Kopenhadze, w Danii. Niemieckie delegatki Clara Zetkin, Käte Duncker, Paula Thiede i inne, zainspirowane częściowo przez amerykańskie socjalistki, zaproponowały ustanowienie corocznego „Dnia Kobiet”. Miał on służyć krzewieniu idei praw kobiet oraz budowaniu społecznego wsparcia dla powszechnych praw wyborczych dla kobiet.

Kobieta w centrum żałoby i miłości

W docenionej Nagrodą Goncourtów powieści „Żyć szybko” Brigitte Giraud mierzy się ze zdarzeniem ostatecznym, przekształcając autobiograficzne doświadczenie w uniwersalną opowieść o żałobie, jako próbie zrozumienia nieodwracalności. Śmierć nagła, niespodziewana, jest śmiercią taką samą jak ta, wynikająca choćby z przewlekłej choroby. Ale dla bliskich żałoba po zmarłej/zmarłym – przy zachowaniu wszystkich dawno ustalonych etapów – taka sama nie będzie. Bo przecież snuło się dalekosiężne plany. Bo przecież właśnie kupiło się nowy dom. Żałoba po śmierci nagłej karmi się więc szokiem i chaotycznymi próbami szukania odpowiedzi, których zresztą nigdy tak naprawdę się nie znajdzie. Brigitte Giraud doskonale to rozumie, bo proza, która nam daje, jest opowieścią o niej samej i o jej uczuciach po stracie męża.

Ale nie jest to proza pisana ad hoc, która być może utrwalałaby jak w bursztynie bieżący ból (co też bywa cenne), lecz powstająca z dystansu wynikłego z upływu czasu. Jest więc w tym sensie bliska temu, co tworzy choćby rodaczka Giraud, Annie Ernaux, autorka „Miejsca” czy „Bliskich”, że za materię służącą powstaniu utworu bierze doświadczenia osobiste, własne traumy i emocje, a potem poddaje je wnikliwej wiwisekcji, wcześniej jednak, co istotne, przefiltrowując te przeżycia przez warstwy osiadłych na nich pokładów dni, miesięcy, całych lat – w przypadku „Żyć szybko” całych dwóch dekad.

Kobieta w podróży przez południową Afrykę

Pełna niebezpieczeństw podróż przez Republikę Południowej Afryki, w jaką Hanna Cygler zabiera swoją bohaterkę, staje się dla niej okazją do udowodnienia, że każdy może przeciwstawić się dziejącej się obok niego niesprawiedliwości. Musi tylko znaleźć w sobie wrażliwość na ludzką krzywdę.

„Zawsze wydaje nam się, że coś jest niemożliwe, dopóki nie zostanie to zrobione” – te słowa Nelsona Mandeli są mottem głównej bohaterki powieści Hanny Cygler. Doskonale ją znamy. Joy Makeba to młoda kobieta, właściwie dopiero wkraczająca w dorosłość dziewczyna, a przecież już osoba ciężko przez los doświadczona – najpierw śmiercią matki, białej Brytyjki, Helen, potem koniecznością wychowania młodszych sióstr, brakiem pomocy ze strony ojca, byłego działacza antyapartheidowej opozycji i lekkomyślnością starszego brata, co rusz popadającego w kolejne kłopoty. Nic dziwnego, że w swoim, prowadzonym na bieżąco dzienniku, który zaczęliśmy śledzić w „Córkach tęczy”, napisze, że czuje się, jakby miała lat nie dziewiętnaście, ale sto. 

Teraz wydaje się, że Joy może wreszcie odetchnąć. Ale nie od razu. Hanna Cygler pośle wpierw swoją bohaterkę w niebezpieczną, ale i pouczającą podróż. Podróż, podczas której odnajdzie miłość, ale oferującą też poznanie ludzi, którzy doświadczają najgłębszych emocji, lub noszą bogaty życiowy bagaż. Dającą jej szersze spojrzenie na krzywdy, jakich doświadczają jej rodacy. Stanie się to dla dziewczyny próbą charakteru i wytrwałości. Wiemy z poprzedniego tomu, że Joy jest osobą wrażliwą, empatyczną, skorą do pomocy innym. Ale wiem też, że jej głowę zaprzątały dotąd głównie własne problemy. Teraz będzie inaczej – niesprawiedliwość, jaką ujrzy, będzie dotyczyła innych, a jej przejawy przekroczą najśmielsze oczekiwania.

Kobieta powracająca

O ile „Pojechałam do brata na południe” – pierwsza cześć trylogii Karin Smirnoff – było próbą rozliczenia z przeszłością, a „Jedziemy z matką na północ” – reorganizacji zdefragmentowanego życia rodziny Kippów, o tyle powieść zamykająca trylogię jest opowieścią o szukaniu w sobie odwagi, by znaleźć własne miejsce na ziemi.

„Coś się stało że przyjechałaś? – pyta Janę Bror w „Pojechałam do brata na południe”, gdy rankiem tuż przed Wielkanocą dotrze do jego domu. „Siedzieliśmy w jego kuchni i piliśmy whisky. Albo inaczej bror pił whisky ja herbatę. (…) Urodziliśmy się w odstępie zaledwie kilku minut i pod wieloma względami byliśmy do siebie podobni. Zwłaszcza z wyglądu. Rumieniący się chudzi ze strąkami włosów pozbawionych pigmentu i tak blado nijacy, że zazwyczaj wszyscy pamiętali nas tylko jako bliźniaki” – opowie nam Jana.

Tak przedstawi się nam ona sama, narratorka tej trzytomowej opowieści, i tak przedstawi brata – nie mniej ważnego bohatera tej rodzinnej sagi Kippów. Owej opowieści o wędrówce – zawsze w ważnej osobistej sprawie, zawsze w konkretne miejsce, budzące najróżniejsze emocje, najgłębsze lęki. Bo narracja tej sagi nigdy nie była sielska. Krok po kroku poznawaliśmy dźwigany przez Janę i Brora bagaż życiowych traum rodziny Kippów, niepowodzeń, upadków i prób stanięcia rodzeństwa na nogi. Prób zawsze – lub prawie zawsze – zaczynających się i kończących tak samo. Źle.

Kobieta na tropie bolesnych kart historii

Han Kang nakłuwa swoją prozą bolące miejsca, by nie pozwolić na obumarcie pamięci o jednym z największych ludobójstw w powojennej Korei.Kto czytał wcześniejszą powieść Han Kang „Nadchodzi chłopiec”, opowiadającą o masakrze w Kwangju w 1980 roku, czyli krwawo stłumionych demonstracjach potępiających zamach stanu, ten znajdzie w „Nie mówię żegnaj” liczne ślady tamtej historii – niejako jej ciąg dalszy. Narratorka „Nie mówię żegnaj”, Kyŏng-ha, jest bowiem pisarką, mierzącą się od lat z pokłosiem pisania powieści o masakrze „w mieście K”. Pokłosiem w postaci niedających się zapomnieć obrazów, niedających się okiełznać traum, niemożliwych do zapomnienia emocji, przenikających do sennych koszmarów. Oddziaływujących tym mocniej, że bohaterka przeżywa też właśnie osobistą tragedię, co stawia ją wręcz na granicy życia i śmierci, łatwej do przekroczenia przy pisaniu testamentu, trudnej, gdy zdać sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma go dla kogo pisać. Dręczące narratorkę sny staną się zarzewiem jej przyjaźni z In-sŏn – mieszkającą na wyspie Czedżu zdolną dokumentalistką, która w pewnej chwili porzuca kino, by zająć się stolarką. Jej dwie pasje sprawiają, że Kyŏng-ha wpada na pomysł, by wyciosać widziane we śnie pnie i przekuć koszmar w film. Nigdy jednak tego pomysłu nie zrealizuje – czas płynie zbyt szybko, projekt znika w natłoku innych zdarzeń, w końcu wycofuje się z niego sama pomysłodawczyni. To, co miało być znakiem pamięci zaciera się jak sama pamięć.

Kobieta w dystopii

Barbara Sadurska w swojej najnowszej, dotykającej najbardziej bolesnych tematów powieści, prezentuje całe spektrum naszych cierpień, kompleksów i skłonności, które wyrosły na glebie karmionej przemocą, terrorem i lękiem. Bohaterką powieści jest Balbina Sokołowska, rocznik osiemdziesiąt jeden, dziecko wojny. Niezbyt ładna, niezbyt chciana, niedokochana. Gdy Balbina dorasta, światem rządzi Mocarstwo Watykańskie, kobiety są sprawdzane pod kątem zachowania czystości przez księdza-ginekologa, środki higieniczne są ściśle reglamentowane, a cnoty niewieście niezwykle doceniane. Nie ma nauki innej niż katolicka, nie ma bez katolicyzmu kultury, ochrony zdrowia – każdy element rzeczywistości został zdominowany przez Kościół. 

Balbina walczy, młoda kobieta nie poddaje się. Jej wściekłość, wrzask, jej żar stają się mocą w krainie, w której nienawiść do kobiet jest programowa. Koszmar, w jakim przyszło jej żyć uruchamia w niej całe pokłady gniewu. Nauczona życia w przemocy, zachowuje iskrę dobra – uosabia ją Alicja, jej młodsza siostra, o którą dziewczyna troszczy się jak matka. Jej miłość do siostry wzrusza i ujmuje, przywodząc na myśl solidarnościowe akcje siostrzeństwa, które możemy obserwować w przestrzeni publicznej. Szkoda, że obie siostry zostały wyposażone w jedynie skrawki miłości, popłuczyny – trudno z nich zbudować siebie w okrutnym świecie.

Kobieta znaczy zemsta

Przemysław Piotrowski czyni swoją bohaterkę uosobieniem zemsty, uzbrajając ją w najpotężniejszy oręż: rozpacz.Autor „Nic do stracenia” ma talent do budowania postaci nietuzinkowych, a przy tym wyrazistych, napędzanych jasnymi motywacjami, zagubionych czasem w dawnych traumach, ale poruszających się według zasad opartych na klarownym rozróżnieniu dobra i zła, opowiadających się zawsze po właściwej stronie. Nawet jeśli muszą nieraz przekroczyć granice tego, co uznawane jest powszechnie za niewłaściwe. Taki jest Igor Brudny, bohater serii rozpoczętej powieścią „Piętno”, taka jest też bez wątpienia Luta Karabina, którą do panteonu najbardziej wyróżniających się postaci polskiej prozy gatunkowej wprowadził autor książką „Prawo matki”.

Luta: matka, ale także była żołnierka sił specjalnych, która – gdy nadchodzi taka potrzeba, bo zagrożone jest bezpieczeństwo jej dziecka – potrafi wziąć sprawy w swoje ręce, wypełnia wszystkie założenia archetypu zwycięskiego bohatera bez skazy. Jej obawa o losy porwanego dziecka była motywacją potężną, sprawiającą, że kobieta nie wahała się wyruszyć na krucjatę przeciw trzęsącemu półświatkiem Berlina potężnemu klanowi Ozalanów. Nieustraszona, skuteczna i niepokonana Luta musiała dopiąć swego: pokonać zło, którego ofiarą miało stać się jej dziecko.

Kobieta na tropie prawdy

Sięgając po elementy psychologicznego thrillera, Rebecca Makkai obnaża słabość prawdy zderzonej z uprzedzeniami, pomówieniami, skłonnością do uproszczeń wynikających ze społecznych norm czy osobistych preferencji.Prawda jest jedna. Ale wcale nie musi to oznaczać, że jest nią to, co zostaje nazwane prawdą. Podobnie jest z winą. Czy wymierzając karę na pewno wzięto pod uwagę wszystkie dowody, fakty, informacje? I czy możliwe jest po wielu latach dotarcie do prawdy, skoro może być ona nie tylko niewygodna, ale i zapewne częściowo zatarta w pamięci świadków? To właśnie tym razem interesuje Rebeccę Makkai, autorkę m.in. nagradzanej powieści „Wierzyliśmy jak nikt”. Tam pisarka pochylała się nad dramatycznymi próbami ocalenia tego co istotne, w tym pamięci, miłości, a także życia w obliczu szalejącego wokół zła, tutaj przedmiotem ocalania staje się prawda – najbardziej krucha, ale może i najcenniejsza z wartości.

Bohaterkę „Mam do pana kilka pytań”, Bodie Kane, prawda interesuje nade wszystko. Głównie prawda dotycząca przemocy wobec kobiet – fizycznej, psychicznej, seksualnej. Przemocy tak powszechnej, że gdy kobieta chce innym opowiedzieć konkretną historię, musi przedzierać się przez całą listę głośnych spraw: „To nie ta, co dostała nożem w… Nie. Ta, co wsiadła do taksówki z… Nie, inna. Ta, co poszła na imprezę do bractwa studenckiego, ta, co użył kija, ta, co użył młotka, ta, co odebrała go z nawyku, a on…”. Jej podcast „Migotanie gwiazd” skupia się przede wszystkim na traktowaniu kobiet przez przemysł filmowy, na wykorzystaniu ich, „przeżuwaniu” i „wypluwaniu”, na wszystkim tym, co długo przemilczane i zamiatane pod dywan w końcu ujrzało światło dzienne dzięki ruchowi #metoo.   

Kobieta w gorsecie epoki

Maciej Hen oddaje głos postaciom często lekceważonym, by ich ustami przekazać zanurzoną w XV-wiecznej historii Polski, a jakże przy tym współczesną, pikarejską opowieść o sprzeciwie wobec narzuconych norm, wobec niesprawiedliwości i nietolerancji.Jest w źródłosłowie pojęcia „sekretarz” (segretario) zaszyte inne słowo, które staje się dla powieści Macieja Hena kluczem. To „sekret” (segreto). Wszystko bowiem, co w powieści ważne, wszystko, co istotne dla bohaterów, skrywane będzie skrzętnie przed oczami obserwatorów, okaże się zaledwie pozorem prawdy, przywdziewającej maski zlepione z kłamstw i niedopowiedzeń, przebranej w szaty mające zmylić tych, którzy nie są w stanie lub nie chcą wyjrzeć poza ciasne ramy społecznych, politycznych czy religijnych norm swojej epoki.

Prawda będzie objawiona tylko nam, niedyskretnym czytelnikom cudzych listów, korespondencji Gredechin Specht, kierowanej do przyjaciółki Enneleyn Weidemann z Heidelbergu, wysyłanej dzięki uruchomionej w 1496 roku w Krakowie poczcie kupieckiej Fuggerów. Korespondencji, co ciekawe, jednostronnej ― wgląd mamy bowiem tylko do listów Gredechin ― co stanowi zresztą kolejny z zaszytych w książce sekretów: cokolwiek wiemy o tej historii, jest tylko subiektywnym opisem pochodzącym od jednej osoby, mogącej nas zwodzić tak, jak zwodzi przecież wszystkich wokół. Mamy bowiem do czynienia z bohaterką niezwykłą, która od początku do końca kreuje swój wizerunek, narzuca sobie wymyśloną tożsamość, nie poddając się dzięki temu normom mogącym ograniczać jej ambicje i życiowe plany. 

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej