Han Kang nakłuwa swoją prozą bolące miejsca, by nie pozwolić na obumarcie pamięci o jednym z największych ludobójstw w powojennej Korei. O „Nie mówię żegnaj” pisze Przemysław Poznański.

Jeśli pisać powieść, o trudnych kartach historii, a nie reportaż, to tak jak Han Kang. Nie tylko przywołując fakty, nie tylko powołując się na świadectwa, ale nade wszystko odwołując się do najgłębszych pokładów osobistych lęków, bólu, do własnej podświadomości i dziedziczonych, choć nie zawsze zrozumiałych traum. Tę historię można by opowiedzieć na kilka sposobów, ale skala niewyobrażalnego okrucieństwa nie miałaby szansy wybrzmieć mocniej, niż poprzez narrację zbudowaną niemal bez reszty z empatii, współodczuwania strachu ofiar i beznadziei tych, którzy pozostali.
Dlatego Han Kang nie daje nam opowieści, która dawałaby tylko opis zdarzeń i drogę do odkrycia zakurzonych, celowo zapominanych kart historii, lecz ucieka się do opowieści na poły realistycznej, na poły onirycznej, rozgrywającej się więc tyleż w konkretnym miejscu i czasie, co w świecie wykreowanym przez umysł osoby pogrążonej w chorobie, mieszającej do tego stopnia wyobrażenia i fakty, że te muszą zlać się w jedno, odsłaniając tym samym nowe pokłady opowiadanej historii.
Na granicy życia i śmierci
Kto czytał wcześniejszą powieść Han Kang „Nadchodzi chłopiec”, opowiadającą o masakrze w Kwangju w 1980 roku, czyli krwawo stłumionych demonstracjach potępiających zamach stanu, ten znajdzie w „Nie mówię żegnaj” liczne ślady tamtej historii – niejako jej ciąg dalszy. Narratorka „Nie mówię żegnaj”, Kyŏng-ha, jest bowiem pisarką, mierzącą się od lat z pokłosiem pisania powieści o masakrze „w mieście K”. Pokłosiem w postaci niedających się zapomnieć obrazów, niedających się okiełznać traum, niemożliwych do zapomnienia emocji, przenikających do sennych koszmarów. Oddziaływujących tym mocniej, że bohaterka przeżywa też właśnie osobistą tragedię, co stawia ją wręcz na granicy życia i śmierci, łatwej do przekroczenia przy pisaniu testamentu, trudnej, gdy zdać sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma go dla kogo pisać.
Zastajemy więc Kyŏng-ha w stanie zawieszenia, rozpiętą między życiem a śmiercią, między snem a jawą, o których powie zresztą w pewnej chwili, że przypominają siebie nawzajem – jeszcze nie będzie wiedzieć, że proroczo. Do tej pory odróżnia bowiem to, co wyśnione, od tego, co przeżywane, nawet jeśli miewa sny, które zostają z nią nawet po przebudzeniu. Jak ów rozpoczynający powieść sen o podmywanym przez morskie fale cmentarzu, usianym czarnymi drewnianymi balami, przypominającymi ludzkie postaci, na które pada rzadki śnieg.
Przeczytaj także:
Zanikająca pamięć
Ten sen stanie się zarzewiem przyjaźni narratorki z In-sŏn – mieszkającą na wyspie Czedżu zdolną dokumentalistką, która w pewnej chwili porzuca kino, by zająć się stolarką. Jej dwie pasje sprawiają, że Kyŏng-ha wpada na pomysł, by wyciosać widziane we śnie pnie i przekuć koszmar w film. Nigdy jednak tego pomysłu nie zrealizuje – czas płynie zbyt szybko, projekt znika w natłoku innych zdarzeń, w końcu wycofuje się z niego sama pomysłodawczyni. To, co miało być znakiem pamięci zaciera się jak sama pamięć.
Nie znika za to zadzierzgnięta przyjaźń, nawet jeśli z roku na rok słabnie. Gdy jednak In-sŏn trafia pewnego zimowego dnia do szpitala w Seulu, gdzie przyszyto jej właśnie palce odcięte piłą podczas prac stolarskich, Kyŏng-ha zjawia się przy łóżku przyjaciółki i podejmuje się – choć początkowo niechętnie – niełatwej misji dotarcia do jej domu na Czedżu. Pretekst dla takiej podróży jest dość banalny – trzeba zaopiekować się papugą, która od trzech dni jest w domu sama, bez dostatecznej porcji wody i jedzenia. Od początku czujemy jednak, że prawdziwy powód, dla którego narratorka przebyć ma w środku zimy ponad czterysta pięćdziesiąt kilometrów, będzie zupełnie inny.
Podróż na Czedżu
Ta z pozoru banalna podróż okaże się dla powieści kluczowa – będzie w istocie podróżą w przeszłość, ale i emocjonalnym zderzeniem z niepamięcią o innej tragedii. Masakrze niemal trzydziestu tysięcy mieszkańców wyspy – mężczyzn, kobiet i dzieci – zamordowanych w 1948 roku podczas powstania przeciwko wyborom narzuconym przez Amerykanów, zarządzonym – pod naciskiem ZSRR – tylko w południowej części Korei.
Dotarcie do celu w czasie śnieżycy, gdy znalezienie połączenia autobusowego graniczy z cudem, gdy czeka się nieskończenie długo na opuszczonych przystankach, wreszcie gdy brnie się w zaspach, tracąc z każdą chwilą nadzieję na szczęśliwy finał podróży, będzie dla Kyŏng-ha symboliczną wędrówką do sedna wiedzy o wyrządzonym na wyspie złu. Wędrówką trudną, z pozoru skazaną na niepowodzenie, bo przecież chaotyczną, odbywaną na krótkich odcinkach, okrężnymi trasami, bez skomunikowania – dokładnie taką, jaką jest wędrówka w historię masakry, złożona z fragmentów dokumentalnych nagrań, zdjęć, spisanych relacji, przekazywania przez In-sŏn (choć być może wcale nie przez nią) zasłyszanych relacji.
Między prawdą a koszmarem
Narracja – choć pierwszoosobowa – jest bowiem tak naprawdę narracją co najmniej trzech kobiet: pisarki, jej przyjaciółki oraz matki tej ostatniej – świadka zdarzeń z 1948 roku, kobiety doświadczonej tragedią utraty bliskiej osoby. Cokolwiek jednak w tych narracjach usłyszymy, przefiltrowane musi być przez rozgorączkowany po trudach podróży mózg Kyŏng-ha, przez jej wyobrażenia, omamy i powracające koszmary, przez jej wizje, które stają się dla niej rzeczywistością do tego stopnia, że mamy prawo uwierzyć w ich realizm. Narratorka znowu bowiem staje między życiem a śmiercią, jest jak owa papuga z opowieści In-sŏn, która wydaje się zdrowa, a przecież taka nie jest, jednak „do samego końca siedzi na żerdce wysoko unosząc głowę”, aż nie spadnie, a wtedy jest już po niej.
To być może mechanizm obronny – także samej narratorki – od opowiadanych zdarzeń. Nie brakuje bowiem w „Nie mówię żegnaj” opisów wstrząsających, wywołujących w nas sprzeciw wobec bestialskiej przemocy: strzelania bezbronnym cywilom w plecy, pozostawiania trupów na placu szkolnym, czy wrzucania ich w fale morza. To, co pokazane wprost – jeśli narratorka ma to znieść – wymaga przeciwwagi, żąda od jej umysłu opowieści onirycznej, nawet jeśli w poetyce koszmaru, w którym to co martwe, potrafi ożyć, a to co odległe, przybywa, by sprawiać pozory bliskości.
Przeczytaj także:
Stymulowanie pamięci
Jest w początkowej scenie rozgrywającej się w szpitalu sekwencja w jakiś sposób symboliczna dla całej powieści. Chirurdzy z Seulu przyszywają odcięte palce In-sŏn, ale terapia wymaga ciągłego, całodobowego nakłuwania ran igłami – co trzy minuty – by pobudzić do pracy nerwy palców, by nie pozwolić im się cofnąć, bo wtedy operacja się nie powiedzie: palce obumrą, a jedyne co pozostanie to niezrozumiały ból fantomowy.
Jest to tak naprawdę opowieść o pamięci. Han Kang mówi nam bowiem w „Nie mówię żegnaj” – zawierając to zresztą w tytule – że nie można pozwolić na amputację wspomnień o najstraszniejszych kartach historii, o masakrach, szczególnie tych bratobójczych, bo jeśli nie będziemy odpowiednio często nakłuwać bolących miejsc, stymulować ich, zapomnimy o przeszłości, zapomnimy o tych, którym należy się pamięć ich niezawinionego męczeństwa. Pozostanie tylko niejasne wspomnienie owych wydarzeń, powracające w postaci coraz mniej zrozumiałych pokoleniowych traum.
Han Kang, Nie mówię żegnaj (작별하지 않는다)
Przełożyła Justyna Najbar-Miller
Wydawnictwo W.A.B, 24 stycznia 2024
ISBN: 9788383194493
Needling painful places | Han Kang punctures painful places with his prose to prevent the memory of one of the greatest genocides in post-war Korea from dying out. Przemysław Poznański writes about „Impossible Goodbyes”.

