Joanna Drozda daje nam w autorskiej „Bujdagrandzie” spektakl będący tyle opowieścią o przedwojennym kabarecie, ile kabaretem per se – z przypisanym mu prawem do przekraczania granic. Nie tylko – choć także – tych między widownią a sceną. Recenzuje Przemysław Poznański.

Kto był na dowolnym spektaklu w Teatrze Żydowskim wystawianym w sali przy ul. Senatorskiej, ten wie jak niewielka to przestrzeń i jak wiele potrzeba wyobraźni, by wystawić tam sztukę, choćby kameralną. Joanna Drozda pokazała, że tej wyobraźni jej nie brakuje – reżyserka i scenarzystka sprawia, że przedstawienie wręcz rozpycha wnętrze. I to niemal dosłownie, choćby wtedy, gdy niespodziewanie otwiera się na przestrzeń korytarza, by zaaranżować kabaretowy bufet.
Reżyserka nie waha się wykorzystać każdego wolnego miejsca, by udostępnić je aktorom – nie tylko poprzez stworzenie scen po obu stronach sali i w jej środku, ale tak naprawdę likwidując widownię. Zamiast teatralnych foteli na widzów czekają bowiem barowe stoliki i krzesła i oto każdy z nich staje się w jednej chwili uczestnikiem spektaklu, do którego zwracają się aktorzy, obok którego mogą oni przysiąść, lub przebiec z piosenką na ustach.

Qui Pro Quo
Ta historia, w jej podstawowej warstwie rozgrywa się dokładnie sto lat temu – w 1926 roku. Oto Antoni Słonimski (Piotr Sierecki), Julian Tuwim (Mateusz Trzmiel) i Kazimierz Krukowski (Henryk Rajfer) planują założenie kabaretu. Przesiadując w Małej Ziemiańskiej, wymieniając się kąśliwymi uwagi na aktualne tematy polityczne, ale także te dotyczące siebie nawzajem, zastanawiają się nad nazwą owego teatrzyku, szukają też „gwoździ programu”. „Będzie teatrzyk, jak się patrzy” – słyszymy w jednej z piosenek.
Ten teatrzyk, to późniejsze Qui Pro Quo – jedna z najważniejszych kabaretowych scen przedwojennej Warszawy. Drozda nie zamierza jednak odtwarzać wprost tamtego miejsca, nie gra na sentymentach, nie żongluje tekstami z lektur szkolnych, które moglibyśmy bezrefleksyjnie powtarzać wraz z aktorami. Owszem raz po raz uraczy nas znanymi cytatami, jak ten o wgryzaniu się Tuwima w język polski, czy słynnym czterowierszem tegoż „Na pewnego endeka co na mnie szczeka”, ale jej „Bujdagranda” to opowieść świeża, oryginalna – taka na jaką zasługują jej bohaterowie.
Historia, która ignoruje granice
To zbliża nas do właściwej warstwy tej opowieści – spektakl, w którym pojawią się m.in. Hanka Ordonówna (Izabela Rzeszowska), Mira Zimińska (Monika Chrząstowska) czy „król konferansjerów” Fryderyk Járosy (Piotr Chomik), a także sam Adolf Dymsza (Bartosz Dopytalski, grający tu zresztą też wiele innych ról, także choreograf tego spektaklu), jest tyle hołdem dla przedwojennego kabaretu, ile kabaretem samym w sobie, opowieścią o przeszłości, niestroniącą jednak od subtelnych nawiązań do naszych czasów (szczególnie w scenach wybiegających w przyszłość, jak choćby wtedy, gdy wojenne losy Ordonówny związane z Bliskim Wschodem staną się komentarzem wobec traktowania dziś w Polsce imigrantów na granicy z Białorusią).
Samo przedstawienie nie ma jednak charakteru politycznego komentarza do współczesności, jaki od czasu do czasu wybrzmiewał choćby w znakomitej reinterpretacji „Skowytu” Allena Ginsberga w reż. Kamila Białaszka. „Bujdagranda” to przede wszystkim pełna humoru historia, która ignoruje granice, w tym tę między przeszłością (w jej różnych odsłonach) a teraźniejszością (dlatego pozwala sobie odnajdywać czasem analogie w powtarzającej się historii świata), a zarazem tę dotyczącą opowieści monograficznej. Mamy więc historię z wpisanymi w nią zdarzeniami, ale zarazem nie mamy choćby przedwojennych szlagierów, lecz śpiewane do wtóru fortepianowej gry Pijanisty (Krzysztof Brzeziński) piosenki do tekstów Joanny Drozdy i Michała Głaszczki, które wraz z muzyką Tomasza Filipczaka odtwarzają nastrój epoki, ale są przecież oryginalne, współczesne, stworzone dla widzów Teatru Żydowskiego.

Kabaret o kabarecie
Tym samym twórcy spektaklu przenoszą nas do podziemi luksusowej Galerii Luxenburga przy ulicy Senatorskiej 29 (dziś przebiega tam ulica Canaletta), gdzie występował Qui Pro Quo, pozostawiając jednocześnie z pełnym rozmysłem na sceno-widowni przy Senatorskiej 35 (inna sprawa, że bliskość tych adresów w dodatkowy sposób rozbudza wyobraźnię).
„Bujdagranda” wykorzystuje – także do rozbawienia nas, tak po prostu – całą umowność wpisaną w teatr, jako narzędzie do opowiedzenia zajmującej historii zakorzenionej w przeszłości, w kabarecie Qui Pro Quo, ale opowiadanej tu i teraz. To kabaret o kabarecie, spektakl rozpięty między groteską (choćby kobieta ze skrzyni czy Dopytalski grający „nagistkę”) a liryzmem (śpiewane dialogi między Ordonówną a Járosym), lecz nie pozbawiony też zadumy (szczególnie w piosence finałowej), tylko i aż na wskroś prawdziwy „teatrzyk jak się patrzy”.
Bujdagranda, reż. Joanna Drozda
Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich
Scena Kameralna, Senatorska 35
Premiera: 19-20 czerwca 2026
Joanna Drozda – reżyseria, scenariusz, teksty piosenek
Michał Głaszczka – teksty piosenek, scenografia, światło
Tomasz Filipczak – muzyka, aranżacje, kierownictwo muzyczne

