Wybrałem – jak co roku – książki, które bardzo chciałbym zobaczyć w 2026 roku w finałach najważniejszych tegorocznych konkursów literackich. Tym razem będzie to moja „finałowa dziesiątka” – pisze Przemysław Poznański.
Jak porównać jedną świetną książkę z inna? Jak zważyć literacki ciężar tomu opowiadań, powieści czy książki dla dzieci? Nie da się. Pozostaje subiektywna ocena, która pozwala mi co roku wybierać najlepsze z najlepszych spośród tego, co miałem czas przeczytać (a czasu jest zawsze za mało, by sięgnąć po wszystko, co wartościowe).
Co roku w swoim wyborze kieruję się konkretnymi, zawężającymi kryteriami, mierząc się jednocześnie z tym samym dylematem, jaki muszą mieć jurorzy konkursów literackich, z których decyzjami czasem się zgadzamy, a czasem nie do końca. Na szczęście zawsze można wskazać własną „finałową siódemkę”, z czego od czterech lat skwapliwie korzystam. Początek roku to zresztą najlepszy ku temu moment – trwa właśnie nabór książek do najważniejszych konkursów literackich i już wkrótce rozpocznie się trwający wiele miesięcy czas festiwali i gali, podczas których zacne grona wskażą swoich faworytów.
Co doceniono, a czego nie?
Co roku lubię sprawdzić, jak poradziły sobie moje ubiegłoroczne propozycje: czy zostały docenione, a może przeszły niezauważone, choć na mnie wywarły wielkie wrażenie. Triumfowała wybitna „Mowa chleba” Elżbiety Łapczyńskiej – ksiażka zdobyła Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii proza. „Rondo Rodeo” Moniki Muskały znalazło się w finale Nagrody im. Witolda Gombrowicza, „Las duchów” Andrzeja Dybczaka zdobył Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Trochę szkoda mi jednak pozostałych tytułów, które przeszły niemal niezauważone. Zapewniam, że (o ile umknęły wam te książki) mimo wszystko warto po nie sięgnąć.
Komu nagrody, komu?
Nie jest łatwo – jak zwykle – wybrać spośród tak wielu książek, które ukazały się zeszłym roku, tylko siedem (+ bonusy – bo będzie ich w tym roku kilka). Tak jak przed rokiem, i tym razem ułatwię sobie zadanie: nie wspomnę o literaturze gatunkowej, o literaturze faktu i o eseju, nie pochylę się na poezją. Wskażę za to tę prozę z kategorii literatury pięknej, którą czytałem i dlatego wiem, że powinna pozostać zauważona (kolejność alfabetyczna – według tytułów).
Mechanizmy pamięci

Anna Ciarkowska eksploruje w „Splotach” mechanizmy pamięci – z jej ułomnością i subiektywizmem. A przywołując też jej naturalną nietrwałość daje nam intymną opowieść o nieuchronności przemijania. W tej prozie, opartej na dwóch przeplatających się narracjach pierwszoosobowych oraz pokoleniowej interakcji między babcią a wnuczką, autorka zawiera opowieść skupioną przede wszystkim na etapowym odchodzeniu starszej z bohaterek, na zamykaniu przez nią kolejnych, a w zasadzie ostatnich rozdziałów życia. Zamykaniu poddanemu jednak nieustępliwej potrzebie utrwalenia na koniec tego, co najbardziej nietrwałe, a więc obrazów przywołanych z własnej pamięci. Powodów, by to zrobić, jest wiele. Są i te, które o tyle nawiązują do kwestii pamięci, o ile wynikają ze świadomości powolnej utraty wpływu na to, co pozostanie po nas we wspomnieniach innych. Widzimy więc jak bohaterka zamartwia się, czy aby przed dłuższym wyjazdem dobrze posprzątała mieszkanie, w razie gdyby po jej niespodziewanej śmierci, ktoś musiał tam wejść, albo czy nie umrze w sposób nieodpowiedni, na przykład z zadartą spódnicą. Wydaje też zawczasu instrukcje, które z jej notatek zachować, a które spalić. Podobnie wydaje się być z procesem przywoływania i utrwalania przeszłości, który też staje się z początku elementem autokreacji. To „krok wyprzedzający, szach-mat, ostateczna wersja, którą zawłaszczam, sygnuję (…)”.
W pamięci kryje się przecież dowód na istnienie – owo poczucie sprawczości, przeświadczenie że jeszcze się nad czymś panuje, że „można jeszcze dopisywać, zmieniać, zachować, przypominać sobie bez końca”, pokonać zawodność przynależną ludzkiej fizjologii, której umysł, nośnik pamięci, jest wszak nieodzowną częścią. Ale kryje się w niej też pułapka: przecież nigdy nie będzie można sobie przypomnieć wszystkiego, bo choćby najstarsze wspomnienia, z dzieciństwa, będą tylko pochodną tego, co zapamiętaliśmy z fotografii i wciąż będziemy mieć problem choćby z przypomnieniem sobie koloru swetra babci. Główną bohaterką tej pozornej autofikcji, czy raczej autofikcji antycypacyjnej, bo wybiegającej niemal sześć dekad do przodu, jest imienniczka autorki. To Anna Ciarkowska, pisarka, która w wieku dziewięćdziesięciu ośmiu lat postanawia napisać swoją ostatnią książkę. Książkę, która byłaby zapisem życia, splecionym z tego, co udało jej się zapamiętać. Książką, której powstawanie doprowadzi do jednego z wielu splotów obecnych w tej prozie: połączy dwa pokolenia w próbie zrozumienia tajemnicy utrwalania przeszłości, tajemnicy życia i śmierci, w końcu też tajemnicy literatury jako nośnika pamięci.
Nie ma ucieczki

Bohaterów zbioru opowiadań Wojciecha Guni „Kiedy będziesz gotowy, idź” spotkamy w chwilach, gdy wiedzą już, że spomiędzy napierających na nich ścian labiryntów nie ma ucieczki i nawet tworzenie w tej niesprzyjającej przestrzeni własnych światów nie musi dawać szansy na przetrwanie. Czy to jeszcze jest weird fiction – konwencja, w której Gunia jest na polskim rynku mistrzem? I tak, i nie. Nie, bo autor uznanej powieści „Nie ma wędrowca” i nagradzanego „Domu Motta” rezygnuje tu w zasadzie z anturażu fantastyczności, szukając grozy nie tyle w tym, co dziwne, niezwykłe, niesamowite, ile w tym, co zwyczajne, codzienne, a przecież niosące ze sobą pewną niewytłumaczalność, najczęściej wynikającą z niezrozumienia otaczających bohaterów realiów. I tak, to wciąż weird fiction – i to dokładnie z tego samego powodu. Wojciech Gunia realizuje bowiem w najnowszym tomie swojej prozy to, co w tej konwencji jest dla mnie od zawsze najbardziej poruszające: szuka poczucia lęku w lęku bohaterów, przerażenia w ich przerażeniu, rezygnacji w ich rezygnacji. Bo „Kiedy będziesz gotowy, idź” to proza głęboko psychologiczna, eksplorująca ludzkie poczucie odrzucenia i wynikającą z niego niepewność. „Nic w życiu nie było dla mnie. Wszystko, czego pragnąłem, zdarzyło się dla kogoś innego” – czytamy w jednym z opowiadań. To zdanie najlepiej odda rys postaci, jakie zgromadzi Gunia w tych ośmiu prozach, zebranych w niezwykły tom opowieści o ludziach wrzuconych w realia przerastające ich dotychczasowe doświadczenie, pozostawionych na marginesie zdarzeń, zapomnianych, nieważnych. A przecież trzymających się wciąż – niczym nici Ariadny – chęci dalszego trwania.
To trwanie może mieć różne oblicza, lecz nigdy nie jest trwaniem bezkarnym. Nie można się zderzyć z prawdziwym mrokiem i pozostać tym samym człowiekiem, przetrwać bez skazy, bez blizny, bez wewnętrznego rozedrgania. Autor nie potrzebuje już fantastyki – o ile potrzebował jej kiedykolwiek – by opowiedzieć nam takie historie, jak ta o mężczyźnie próbującym ratować potrąconego psa („Okruchy dla nocy”). Wystarczy Guni ukazanie poczucia bezradności, maskowanej wściekłością, a wreszcie zrozumienia braku sprawczości tam, gdzie nagle przychodzi stąpać po cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Pokaże też czynioną przez bohatera próbę oswojenia sytuacji, będącą jednym z częstych w tych prozach aktów stwarzania światów – tu w myśl zasady, że na początku jest słowo, a konkretnie imię, jako element porządkowania chaosu. Znajdujemy bowiem bohaterów Guni w momentach, gdy stare światy, w których żyli – światy mieszczące się w ich strefach komfortu – zostają zburzone, odarte z pozorów bezpieczeństwa i ładu, unieważnione. Tak będzie choćby w czerpiącym z judeochrześcijańskiej mitologii tytułowym opowiadaniu tomu, nawiązującym do wypędzenia z raju i de facto opisującym to, co istotne dla wszystkich zawartych tu opowieści, mniej lub bardziej skupionych na konieczności ucieczki, opuszczenia domu, odejścia (niekoniecznie w chwili, gdy jesteśmy na to gotowi), jako elementu dającego nadzieję na przetrwanie.
Brzemiona własne i dziedziczone

„Poświst” Justyny Hankus jest opowieścią o brzemionach, które szczególnie trudno zrzucić, skoro ciążą nie tylko w skutek własnych win, ale także win odziedziczonych. Po świetnej powieści „Dwie i pół duszy” Justyna Hankus powraca z kolejną narracją utrzymaną w autorskiej konwencji folk noir. Wiąże subtelnymi literackimi nićmi świat rzeczywisty ze światem nadprzyrodzonym, wplatając ludowe wierzenia w codzienność, splatając grzechy ludzkie z winami latawic czy południc. Robi to, by opowiedzieć o ludziach usiłujących – najczęściej bezskutecznie – zrzucić z barków dręczące ich słabości. Mamy rok 1930 i odciętą od świata wieś w Beskidach, żyjącą naturalnym rytmem, choć tu wyznaczanym także przeraźliwym pianiem koguta, a może przysposobionego przez Michala Harvana kłobuka. Da się je znieść tylko wtedy, gdy ma się w uszach zatyczki. Trzeba o nich pamiętać, jak pamięta się o niedzielnej mszy, ale i o tym, by uważać na czające się wokół zło, mające korzenie w pogańskich wierzeniach. Pianie to też brzemię, ale znośne. Bohaterowie „Poświstu” nosić będą bowiem ciężary znacznie większe. Hankus wprowadza nas w ten świat wędrując z nami od domu do domu, od plebanii po studnię, w której mieszka Utopiec, wychodzący czasami, aby ukraść plater słoniny albo jajko.
To tak poznajemy postaci przypisane do Krzemiennej – zdaje się, że nierozłącznie. Emilia i Peter, wnuki organisty Josepha Otta, Zosia, do której przylgnie miano „nic dobrego”, ksiądz Wisiński czy, sprzedający kapliczki z Maryjami o rysach Hanki Ordonówny niedawno przybyły do wsi artysta Adam Nosik. Te kapliczki będą zresztą zwierciadłem, w którym przejrzeć się może cała wieś – tyle tu wszak warstw piękna nałożonych na surowe drewno, tyle brzemion farby, sukienek i ozdób, że aż nie sposób dojrzeć pod nimi prawdy. Nikt zresztą nie chce jej dojrzeć – jest zbyt bolesna, zbyt mocno zakorzeniona w ludzkiej naturze, a przez to zbyt wstydliwa. Tego co dzieje się w czterech ścianach, lepiej więc nie zauważać, by ktoś nie wytknął nam tego, co skrywamy sami. Świat wykreowany przez Justynę Hankus nie jest więc wolny od przemocy domowej, gwałtów, pijaństwa czy zdrad. Pod osłoną nocy i okiennic dzieje się tu krzywda. Na jaw wychodzą prawdziwe demony, o wiele gorsze niż zamieszkujące wierzby czy jeziora, stworzone z ludowej wyobraźni. Dzień i noc wirują w tańcu, wyznaczanym pianiem kłobuka, płaczem dzieci, poczuciem straty, niespełnieniem, pożądaniem i bólem.
Zgubna wiara w dorosłość

Jakub Nowak w „Nie w szczepionkę” daje nam intymną opowieść o skutkach niemożności zaszczepienia się na jedną z chorób dziecięcych: zgubną wiarę w to, że możemy w pełni kształtować nasze życie. Zaczyna się od skrzyni, którą trzeba przenieść do piwnicy. Co zawiera? Tego można się tylko domyślać, ale kradzież rakiety ziemia-powietrze z pobliskiej fabryki pozwala domniemywać, że jej zawartość może być niebezpieczna. Na wszelki wypadek warto więc owinąć ciało kartkami jak zbroją. Wierzy się w skuteczność takiej ochrony gdy ma się ledwie naście lat i wciąż jeszcze chodzi do podstawówki. Przecież wszyscy twoi kumple też w to wierzą. Co jednak znajduje się w skrzyni? Może są w niej poupychane wspomnienia, przed którymi nic nas tak naprawdę nie ochroni. Może w zawartym na głucho kufrze kryje się wypierana świadomość tego, że w sumie nie mamy wpływu na to, co zmienia się wokół nas – tak na to, co w mikroskali odzwierciedla ustrojowe zmiany makro, jak i na to, co postanowią za nas inni, nieważne nawet czy za naszymi plecami, czy patrząc nam prosto w oczy.
Jakub Nowak zabiera nas w podróż po czasie – teraźniejszym i przeszłym, który przeplata się tu niezmiennie w zazębiających się, wpływających na siebie nawzajem opowieściach. Klamrą, która spaja owe warstwy są postaci Mikołaja i Siwej. O ile prawdziwa rola tej drugiej – głównie widoczna w wątku współczesnym – długo pozostaje zagadką, o tyle Mikołaj zabiera nas przede wszystkim w czas swojego dorastania, w niespokojne lata 90., okres naznaczony zmianami, z którymi rezonuje jego dojrzewanie.
Nowak nie tworzy jednak bildungsromanu sensu stricto, choć jego bohater doświadczy wpisanego w tę konwencję rozczarowania, lęków i strat. W tej warstwie czasowej dostajemy opowieść zamkniętą bowiem w nawiasach zaledwie kilku dni, przy tym intensywną, tętniącą emocjami i naszpikowaną zdarzeniami dla większości bohaterów przełomowymi. Takimi, które raz na zawsze odzierają z naiwności. Tym samym autor obala w warstwie retrospektywnej pisarski mit cudownych lat 90. widzianych przez pryzmat dorastania.
Studium samotności

„Solo” Zośki Papużanki to wnikliwe studium kobiecej samotności. Złożone z kilkunastu portretów – tematycznie zbieżnych, ale zarazem różniących się od siebie tak bardzo, jak bardzo różnić może się jedna dogłębnie intymna narracja od drugiej. To są historie prawdziwe – zastrzega autorka – „każde słowo zostało wypowiedziane i zapamiętane”. Nie oznacza to jednak, że otrzymujemy zbiór reportaży czy wręcz kejsów z socjologicznej rozprawy o coraz bardziej dostrzegalnym zjawisku samotności. „Solo” to proza – literacko doskonała, wobec której nie da się przejść obojętnie, bo potrafi emocjonalnie wstrząsnąć czytelnikiem. Tak autentycznością opisywanych przypadków, jak i autentycznością literackiej wrażliwości autorki. Papużanka wzięła się bowiem za temat tyleż nośny, aktualny, co trudny, wymagający nie tylko wysłuchania opowieści bohaterek, ale przede wszystkim może zrozumienia ich, empatyzowania z nimi, wręcz wcielenia się w nie i dotarcia dzięki temu do najbardziej wrażliwych i intymnych warstw. Ta proza w istocie nie tyle opiera się na faktach, czy analizie przez niejednokrotnie pierwszoosobowe narratorki własnej samotności, ile na tym, co niepowiedziane i niedopowiedziane, ale dające się odczuć między wersami. Na rozczarowaniu, wściekłości, smutku, żalu, poczuciu niesprawiedliwości. Ale i na wyparciu.
Ważny jest zatem skutek, a nie przyczyna. Bycie samotną to u Papużanki temat nadrzędny, spoiwo tomu, ale nie clou poszczególnych fabuł. Tym będzie zawsze reakcja na bodziec, jakim pozostaje samotność czy też sposób radzenia sobie z nią (lub nieradzenia), w zależności od całej gamy zmiennych, w tym psychicznej kondycji bohaterek i ich przygotowana lub nieprzygotowania na zaistniałą sytuację. Samotność może przyjść bowiem niespodziewanie, być skutkiem nagłego rozstania, wypalenia się związku, zdrady, śmierci, lub trwać permanentnie, choćby w skutek pochłaniającej bez reszty pracy – tak długo, aż zapominamy, że od dawna jest naszą jedyną towarzyszką.
Czas wykluwania

„Abraxas” Radka Raka, finałowy tom tryptyku „Agla”, to opowieść o docieraniu do kresu. Kresu przemiany, kresu świata, czasem nawet kresu życia. Ale i o tym, że tak naprawdę ów kres może być czasami nowym początkiem.
Wszystko podlega przemianie, metamorfozie ulega i zastana rzeczywistość, i postaci w niej funkcjonujące. Obie przemiany są zresztą od siebie zależne. Zmieniający się świat implikuje zmianę zachowań ludzi, którzy przyparci do muru decydują się na działanie, czasem nawet na wywołanie rewolucji (nawet jeśli przypadkiem) i stają się na tyle nieustępliwi w próbach osiągnięcia wyznaczonego celu, że z czasem naginają świat do swoich potrzeb. Nie da się zatem uniknąć zmiany, tak jak nie da się uniknąć w przyrodzie holometabolii owadów – od stadium lawy, przez poczwarkę ku osobnikowi dojrzałemu. O tym jest „Abraxas” – o stadium ostatecznym, które pozwala w końcu poznać właściwy kształt rzeczy, rozpostrzeć skrzydła. To opowieść o finale holometabolii człowieka – jako jednostki i jako członka współtworzonej przez niego społeczności. Oto minął już czas bycia larwą („Alef”), rozerwany został też kokon („Aurora”), teraz nastał czas wyklucia się nowych idei, zbioru plonów z zasianego ziarna, a nierzadko i zbierania burzy przez tych, którzy siali wiatr. Podążamy za bohaterką Sofją Kluk, która z czasem zostanie małodobrą (członkinią klanu katów), pogrążoną tyleż w bólu po poniesionych stratach, co zdeterminowaną, by położyć kres władzy Cara, którego istoty się domyśla. Podążymy za Ousją i Tamarą, których miłości nic nie zdoła zniszczyć, za pobożnym jomą, Harunem, przyjacielem Sofji i za Tymianem Drakowem oraz prowadzonymi przez niego goblinami, poszukującymi wraz z nim miejsca na ziemi, w którymi mogliby osiąść, ich własnego Ultima Thule. Swojego Ultima Thule tak naprawdę szukają tu zresztą wszyscy, choć często trudno rzec czym to miejsce dla nich jest. Czy rozumieć je jako ów kraniec świata, tożsamy z miejscem, w którym będzie chciał pozostać, czy jako pełnię, dopełnienie, spełnienie, idąc śladem tytułowego słowa abraxas – zawsze będzie to miejsce, stan, poczucie spełnienia, o które stoczyć trzeba walkę na śmierć i życie. Miejsce, dla którego warto nawet zajrzeć za Śnieć, zasłonę rozdzielającą świat realny od ponadzmysłowego. Jednak osiągniecie celu, przemiana, dla bohaterów tej prozy nie może dokonać się bezboleśnie – jest procesem wymagającym poświęcenia, często nawet porzucenia twego, co wcześniej wydawało się ważne.
Co łączy, co dzieli

W „Obudziłam się zimną nocą” Joanny Rudniańskiej granice wyznaczane przez kordony żołnierzy, gęsty las czy szklane ściany okazują się niedorzecznością w obliczu wspólnoty doświadczeń, cierpienia i siły empatii. Są w powieści Rudniańskiej takie przedmioty, które łączą i takie, które dzielą. Dzieli wielki ekran, dający jedynie ułudę bliskości tego, co na nim widać. Łączą za to przedmioty codziennego użytku, w tym choćby suszarka do włosów – porzucana, znaleziona – poprzez prostotę swojego działania stanowiąca pomost między światami. Takie pomosty są konieczne, bo w powieści aż roi się od podziałów. Przebiegają one na wielu poziomach i zawsze są opresyjne. Są pochodną ideologii, polityki, religijnego fundamentalizmu, ale i z braku porozumienia w sprawach codziennych. Niszczą, zabijają, przynoszą cierpienie, odbierają nadzieję. Pozostają jednak faktem, który wystawia na próbę nasze człowieczeństwo. Możemy stać bezpiecznie po swojej stronie elektronicznej ściany, na której wyświetla się nam ludzkie cierpienie, albo przekroczyć tę sztucznie wyznaczoną linię – udowadniając, że tam, gdzie cierpi drugi człowiek, strona może być tylko jedna.
Proza Rudniańskiej nie ma rysu publicystycznego, nie jest komentarzem do konkretnej sytuacji czy zdarzenia jednoznacznie przyszpilonego do mapy lub osi czasu. Choć rozgrywa się w przygranicznej Strefie (kwadrat LG54), gdzieś, gdzie ludzi dzieli się na miejscowych i tych, którzy chcą się przedostać, a więc w rzeczywistości dającej się dopasować do tego, co znamy, o czym słyszymy, to przecież powtarzalność historii świata sprawia, że opowieść ta może być zarazem dystopią, jak i pożółkłą kartką wyrwaną z zakurzonego kalendarza. Na pewno jest opowieścią uszytą z empatii, zanurzoną w dwóch przeplatających się narracjach, które stają się swoim dopełnieniem, a w zasadzie potwierdzeniem. Podobieństwo emocji, a często ich tożsamość, sprawia, że zaciera się być może najistotniejsza granica: między bohaterkami, między tą, która budzi się zimną nocą i wyciąga rękę, aby dotknąć śpiącego obok dziecka, a drugą, podobnie chcącą czuwać nad bezpiecznym snem swojego dziecka. Nawet jeśli jedna z nich budzi się w zaśnieżonym lesie, a druga w sypialni własnego domu. W tej intymnej prozie psychologicznej, owym raporcie z przekraczania fizycznych i mentalnych granic, wspólna pozostaje chęć ocalenia najważniejszych wartości, w tym ludzkiej godności – w obliczu przemocy, braku nadziei, śmierci.
Baśń o nieubłaganym przemijaniu czasu

Poza granicami tego co widoczne na mapach naszych doświadczeń jest już tylko koniec świata, za którym czai się świadomość nieuchronności przemijania. W „Wylince” (książka już wybrana Ksiażką Roku Polskiej Sekcji IBBY) Wit Szostak snuje baśń – opowieść skierowaną do niedorosłych, choć przecież jednocześnie mogącą dostarczyć czytelniczej przyjemności każdemu, niezależnie od wieku. Może dlatego, że jest to opowieść, w której historia młodych bohaterów wrzuconych w rytm niezwykłej przygody pełnej niepokojów i sekretów, odkrywania tajemnic historii i tajemnic życia, przeplata się z niezmiennie niepokojącą świadomością nieuchronności końca, konieczności utraty tego, co materialne i niematerialne, pewnością nieubłaganego przemijania czasu. Robi to jednak Wit Szostak w sposób przewrotny. Daje nam bowiem opowieść, która sugeruje petryfikację czasu, przyszpila bohaterów i nas nie tylko do konkretnego miejsca, ale i do konkretnego momentu, w którym co prawda przeszłość ma do odegrania ogromną rolę, lecz przecież szczególnie ważna jest teraźniejszość w jej pozornej – charakterystycznej dla dziecięcego myślenia o czasie – nieprzemijalności.
Gdy dziesięcioletnia Klara budzi się w wakacyjnym domu, zaszytym gdzieś w Beskidach, uderza ją niezwykła cisza – nie słychać odgłosów krzątaniny przed zaplanowanym na ten dzień powrotem do miasta, nikt jej nie woła, a na podwórku nie widać samochodu rodziców. Czyżby o niej zapomniano? Ale czy to w ogóle możliwe? Może rodzice tylko pojechali na zakupy i niedługo wrócą? Tylko dlaczego cały dom wygląda na opuszczony, opustoszony, jakby szykował się już do zimowego snu w oczekiwaniu przyszłorocznego sierpnia? Zanim jednak Klara zdoła na poważnie przestraszyć się swoich myśli, usłyszy śpiew dochodzący ze strychu – miejsca, do którego zabroniono jej się zapuszczać. Wiedziona ciekawością, podążając za melodią, odnajdzie inne dziecko – chłopca w jej wieku, Janka, który wakacyjny dom uparcie nazywać będzie sanatorium. Będzie też twierdzić, że mieszka tu od dawna i choć Klara nigdy wcześniej go nie spotkała, zaufa mu, przyjmie jego rady i ostrzeżenia, pozwoli mu oprowadzić się po mikroświecie, który niespodziewanie stał się ich wspólnym. Zderzenie indywidualnych doświadczeń i wizji otaczającego świata, niesionych przez dwójkę bohaterów, wymagać będzie od obojga kompromisów, godzenia się z tym, że świat opowiadany od tej pory wspólnie nie będzie już światem takim samym jak ten, który każde z nich znało samodzielnie. Sugestia niezmienności, nieprzemijalności, zaszyta przecież także w beztroskę czasu wakacji, zderzy się więc w świadomości młodziutkich bohaterów z nieznośnym poczuciem straty i nieodwracalności. Końca pewnego świata. Nie jest tak, że nie znali tego uczucia wcześniej – Klara głęboko przeżyła przecież jakiś czas wcześniej śmierć dziadka, do którego należał wakacyjny dom. Po raz pierwszy jednak będzie to strata przypisana im samym, odbierająca im to, co należało do ich osobistego stanu posiadania.
Łuski i traumy

„Syreny mają ości” Aleksandry Zielińskiej to opowieść o zanurzaniu się w przeszłość, z której wyłowić trzeba prawdę, a potem oskrobać ją z łusek narosłych przez lata legend i mitów, warstw strachu, niechęci i uprzedzeń. Niełatwo być syreną – szczególnie w kolejnym pokoleniu, gdy po matce, czy innej z przodkiń, dziedziczy się miast perłowej skóry i uwodzicielskiego głosu jedynie egzemę, która przywodzi na myśl rybie łuski. Niełatwo być też syreną z dala od wody, od rodzinnych Grzmotów, podmywanych raz po raz przez San. Może to dlatego Zofia Ambroziewicz, młoda pisarka po oszałamiającym debiucie osnutym wobec postaci zmarłej matki, nie jest w stanie powtórzyć tamtego sukcesu. Jej nowa powieść nie zyskuje przychylności wydawcy, pieniądze z zaliczki dawno się skończyły, wyschło źródełko spotkań autorskich, kobieta dorabia więc sobie jako sprzątaczka w klubie fitness, zmuszona wykonywać najbardziej nawet absurdalne polecenia szefa. Jest jak wyrzucona na brzeg ryba, łapiąca jeszcze oddech, ale unieruchomiona, pozbawiona szansy na to, by znów wypłynąć na szerokie wody. Do czasu, aż z wydawnictwa przychodzi do niej paczka pełna listów i notatek matki. I zachęta od niej: „Wróć, to wszystko ci wyjaśnię, Ewa”. Problem w tym, że matka od dawna nie żyje.
Powrót do rodzinnych Grzmotów – w tych okolicznościach dość mocno nieracjonalny, będący raczej efektem emocji – to dla Zofii wyprawa do przeszłości traumatycznej, niosącej ze sobą wypierane przez lata wspomnienia. Ale to też sposób, by się zmierzyć z tymi wspomnieniami – nie tylko zresztą swoimi. Także z młodością matki, której kulisy niespodziewanie jest jej dane poznać, a może nawet z przeszłością całej żeńskiej linii rodowej, sięgającej mitycznej postaci Olimpii, pierwszej z syren, która miała ponoć błony między palcami. Zielińska nie stroni w swojej narracji od tego, co nieoczywiste i nierealne, nie tyle nawet przekraczając raz po raz granice między tymi rzeczywistościami, ile traktując je jak równorzędne. Bycie syreną i bycie kobietą to w jej rodzinie dwie strony tego samego medalu, obie są powodem ostracyzmu, z obu trzeba się tłumaczyć, obie są źródłem pożądania i nienawiści. Łuski – czy to prawdziwe, czy metaforyczne – są w tej sytuacji de facto ucieleśnieniem mechanizmu obronnego.
Wiano traum

Czy da się zerwać raz na zawsze sznur, na który niczym korale z bursztynu nanizane są losy kolejnych pokoleń kobiet przekazujących sobie wiano traum? W „Matczyźnie” Małgorzaty Żebrowskiej to kim jesteśmy, okazuje się być sumą krzywd. Nasze wybory, nasze wątpliwości, nasze kompleksy i porażki, ale nawet małe zwycięstwa, to pochodna sztafety pokoleń, w której jesteśmy tylko ostatnimi – jak na razie – z biegnących. Nic bowiem, co dotyczy Basi, głównej bohaterki i pierwszoosobowej narratorki, wszystkich jej traum i lęków, jej ciągłych prób przypodobania się innym, nie dzieje się bez przyczyny, lecz jest głęboko zakorzenione w tym, czego doświadczyły matka i babcia, w ich słabościach, w ich osobistych strachach. Jest w powieści scena, gdy Basia, znajduje w szkatułce babci Krysi korale z bursztynu. Matka zachęca ją: weź, babcia by tego chciała. To pozornie przyjazny gest, nienachalny symbol międzypokoleniowych więzi, lecz przecież przekonamy się szybko, że nic w tej powieści nie jest bezkarne i nic nie jest bezpieczne, tym bardziej gdy dotyczy relacji matka-córka. Dlatego bursztyn nie będzie tu olśniewał refleksami światła, lecz stanie się symbolem pułapki – tak dla zatopionych w żywicy owadów, jak i dla bohaterek, a we frazie „więzi rodzinne” wybrzmiewać będzie przede wszystkim groźba emocjonalnego spętania.
Basia jest pokoleniem najmłodszym. To kobieta tuż przed trzydziestką, pracująca w jednej z warszawskich korporacji. Na rodzinne Kurpie wybiera się z musu – na pogrzeb babci. Niechęć do wyjazdu tłumaczy sobie zawodowymi obowiązkami, choć nie kryje też niechęci do nestorki, jej śmierć uznając wręcz za kolejną złośliwość ze strony kobiety, do której czuć umie tylko „złość i żal”. A i z mamą, Martą, też nie jest Basi po drodze – ich drogi rozeszły się już dawno, nić porozumienia między nimi została zerwana. Pozostaje chłód, podszyty podskórną, ledwie tłumioną złością – w jakimś sensie wszechogarniającą, bo skierowaną do wszystkiego, co bohaterce kojarzy się z dzieciństwem. To dlatego tak nerwowo zareaguje, słysząc w autobusie kurpiowski zaśpiew. Ona sama wypleniła go ze swojego języka, naiwnie wierząc, że definitywnie odcina się w ten sposób od korzeni, zostawiając je za sobą wraz z całym bagażem traum. To rzecz jasna złudzenie. Psychologiczny portret Basi, subtelnie malowany przez autorkę, odsłania nam postać wciąż zagubioną między przeszłością a teraźniejszością, a przez to niepotrafiącą się w pełni odnaleźć w nowym życiu i w budowanych przez nią międzyludzkich relacjach. To bohaterka pozornie mocna, niezależna, twarda, a przecież w istocie rzeczy zagubiona, co czyni ją nierzadko niemal bezbronną, podatną na ciosy. To zagubienie będzie w „Matczyźnie” punktem wyjścia do podróży, jakiej podejmie się bohaterka. Wyjście z labiryntu można wszak odnaleźć tylko wtedy, gdy ruszy się przed siebie. Choć może raczej za siebie, bo podróż – choć rozumiana także dosłownie, jako wyjazd do miasta dzieciństwa – będzie tu przede wszystkim wędrówką przez meandry wspomnień w poszukiwaniu wyjścia z matni rodzinnych uwikłań.
Czekając na nominacje
Te dziesięć książek to tylko wyimek z tego, co w minionym roku warte było zauważenia i co ma szansę znaleźć się wśród nominacji do najważniejszych literackich laurów. Tylko więc czekać, jakie inne tytuły wskażą jurorzy. Za wszystkie książki trzymam kciuki.

The final ten for 2025 | As every year, I have selected books that I would very much like to see in the finals of this year’s most important Polish literary competitions in 2026. This time, it will be my ‘final ten,’ writes Przemysław Poznański.

