„Syreny mają ości” Aleksandry Zielińskiej to opowieść o zanurzaniu się w przeszłość, z której wyłowić trzeba prawdę, a potem oskrobać ją z łusek narosłych przez lata legend i mitów, warstw strachu, niechęci i uprzedzeń – pisze Przemysław Poznański.

Niełatwo być syreną – szczególnie w kolejnym pokoleniu, gdy po matce, czy innej z przodkiń, dziedziczy się miast perłowej skóry i uwodzicielskiego głosu jedynie egzemę, która przywodzi na myśl rybie łuski. Niełatwo być też syreną z dala od wody, od rodzinnych Grzmotów, podmywanych raz po raz przez San. Może to dlatego Zofia Ambroziewicz, młoda pisarka po oszałamiającym debiucie osnutym wobec postaci zmarłej matki, nie jest w stanie powtórzyć tamtego sukcesu.
Jej nowa powieść nie zyskuje przychylności wydawcy, pieniądze z zaliczki dawno się skończyły, wyschło źródełko spotkań autorskich, kobieta dorabia więc sobie jako sprzątaczka w klubie fitness, zmuszona wykonywać najbardziej nawet absurdalne polecenia szefa. Jest jak wyrzucona na brzeg ryba, łapiąca jeszcze oddech, ale unieruchomiona, pozbawiona szansy na to, by znów wypłynąć na szerokie wody. Do czasu, aż z wydawnictwa przychodzi do niej paczka pełna listów i notatek matki. I zachęta od niej: „Wróć, to wszystko ci wyjaśnię, Ewa”. Problem w tym, że matka od dawna nie żyje.
Błony i cuda
Powrót do rodzinnych Grzmotów – w tych okolicznościach dość mocno nieracjonalny, będący raczej efektem emocji – to dla Zofii wyprawa do przeszłości traumatycznej, niosącej ze sobą wypierane przez lata wspomnienia. Ale to też sposób, by się zmierzyć z tymi wspomnieniami – nie tylko zresztą swoimi. Także z młodością matki, której kulisy niespodziewanie jest jej dane poznać, a może nawet z przeszłością całej żeńskiej linii rodowej, sięgającej mitycznej postaci Olimpii, pierwszej z syren, która miała ponoć błony między palcami.
Zielińska nie stroni w swojej narracji od tego, co nieoczywiste i nierealne, nie tyle nawet przekraczając raz po raz granice między tymi rzeczywistościami, ile traktując je jak równorzędne. Bycie syreną i bycie kobietą to w jej rodzinie dwie strony tego samego medalu, obie są powodem ostracyzmu, z obu trzeba się tłumaczyć, obie są źródłem pożądania i nienawiści. Łuski – czy to prawdziwe, czy metaforyczne – są w tej sytuacji de facto ucieleśnieniem mechanizmu obronnego. Nie szafuje jednak autorka niezwykłością ponad miarę – fantastyczność jest przede wszystkim elementem mitu i legendy (choć łuski pokrywające skórę Zofii wydają się być całkiem realne), Za to teraźniejszość – szczególnie ta spod znaku cudownego objawienia na szybie oblicza Matki Boskiej – jest raczej obnażana z warstw niezwykłości, na rzecz rozwiązań ocierających się o groteskę.
W stronę prawdy
Wystarczy bowiem prawdziwych rodzinnych i miejscowych tajemnic, owych sekretów tak skrzętnie skrywanych przed Zofią, by dokładać do tego jeszcze pseudocuda, opowieści rodem z szukających sensacji podcastów, jak ta o grzmotowskiej Białej Damie. Ważniejsze, że przekroczymy wraz z Zofią ważniejszą z niewidocznych granic – między niewiedzą a uświadomieniem. Bohaterka przekona się, że prawda, której de facto szuka niemal całe dorosłe życie, to układanka wymagająca znalezienia wielu fragmentów, przechowanych w pamięci osób, które albo nie chcą się dzielić swoją wiedzą, albo same już mylą fakty z mitami.
Lektura zapisków matki i zanurzanie się we współczesność rodzinnej miejscowości, w której mało kto patrzy na Zofię przychylnie, stworzy opowieść polifoniczną, osnutą na przeplataniu się różnych warstw przeszłości z teraźniejszością. To tyleż historia Zofii, co Ewy, i jednocześnie tyleż Ewy dzisiejszej, co tej sprzed lat. Zielińska decyduje się też na odważną polifonię formalną – snuje bowiem narrację w narracji, gdzie nadrzędna opowieść spisywana niejako przez bohaterkę na marginesach przeglądanych listów, płynnie przechodzi w trzecioosobową opowieść o matce, albo w opowieść szukającą dla siebie pozaprozatorskich szat: teatralnej sztuki czy odręcznie spisanego dziennika.
Gdy łuski spadną z oczu
„Syreny mają ości” to bowiem opowieść o szukaniu najróżniejszych sposobów, by zanurzyć się w przeszłości i wyłowić z niej prawdę. Także tę dla siebie niewygodną, bo obnażającą własne niedostatki i winy. Będzie to poszukiwanie bolesne, wymagające zdarcia niejednej łuski z oczu, wyzbycia się złej woli, niechęci wobec odmienności, jaką mają w sobie kobiety od Ambroziewiczów.
Będzie to mierzenie się Ewy z traumami, jej niespełnieniami, strachem. Będzie to mierzenie się przez Zofię z własnymi lękami, ale przecież tylko tak dojść można do zrozumienia – siebie i innych. Tylko tak przygotować się można na katharsis, na oczyszczenie niezbędne, by przynajmniej spróbować popłynąć dalej.
Aleksandra Zielińska, Syreny mają ości
Wydawnictwo Agora, 9 września 2025
ISBN: 9788383803531
Under the scales | Aleksandra Zielińska’s „Syreny mają ości” (Mermaids Have Bones) is a story about delving into the past to uncover the truth, and then scraping away the scales that have accumulated over the years of legends and myths, layers of fear, aversion and prejudice, writes Przemysław Poznański.

