Od lat pracuję w chmurze. Już dawno temu przestało mieć dla mnie znaczenie, z jakiego urządzenia korzystam. Kluczowe jest nie to, na czym piszę, ale gdzie moje teksty są przechowywane – pisze w marcowym felietonie Dawid Kornaga.

To pozornie techniczna oczywistość. Jej zbawienną lekkość docenia się dopiero w momentach kryzysowych. Wyobraźmy sobie autora trzystustronicowej powieści. Do jego komputera wślizguje się wirus i kasuje wszystko. Doszczętnie. Zdruzgotany pisarz patrzy w okno i zastanawia się, czy może by je otworzyć i skoczyć… Albo inna sytuacja: wymiana sprzętu. Laptop pamiętający jeszcze końcówkę prezydentury Bronisława Komorowskiego ostatecznie odmawia posłuszeństwa. Nowy egzemplarz czeka tylko na login. Dzięki chmurze ta e-przeprowadzka przypomina przejście przez otwarte drzwi, a nie mozolne upychanie kartonów i przy okazji zagubienie ważnych rzeczy. Chmura leczy jeden z największych lęków współczesności, czyli strach przed bezpowrotną utratą danych, które definiują naszą zawodową i prywatną tożsamość.
Sceptycy powiedzą, że lokowanie zasobów na zewnętrznych serwerach to proszenie się o kłopoty. Wizja hakerskiej szajki, która paraliżuje potężne centra danych, w efekcie czego w jednej sekundzie tracimy dorobek życia, tysiące zdjęć, notatek i dokumentów, potrafi autentycznie przerazić. Zalecam więc zdrową dawkę paranoi, która w tym przypadku okazuje się najlepszą gwarancją spokoju. Profesjonalne backupy mają swoje własne kopie bezpieczeństwa, tworząc gęstą sieć asekuracyjną. Ja sam stosuję prostą zasadę: załóżmy, piszę ten właśnie felieton, plik w czasie rzeczywistym transmitowany jest do sieci. Kiedy pracuję nad czymś o większym ciężarze gatunkowym, jak powieść czy zakontraktowany scenariusz, jedna lokalizacja przestaje wystarczać. Na wypadek cyfrowego tsunami zawsze kopiuję tekst do drugiego, niezależnego systemu. Statystyczne prawdopodobieństwo, żeby dwa globalne ekosystemy zawiodły w tej samej sekundzie, jest bliskie zeru.
Gorzej sprawa wygląda z multimediami. Czasem potrafią sporo ważyć. Tutaj powielanie nagrania czy zdjęcia w kilku miejscach może generować odczuwalne koszty subskrypcyjne. Z drugiej strony, z biegiem lat nabieram do nich dystansu; przestałem być przywiązany do każdego zapisanego kadru czy rolki. I tak, jak zauważyłby pewnie niejeden cięty filozof, pozostaną po nas jedynie zdigitalizowane wspomnienia. Również w przyszłości nieuchronnie wygasną. Chyba że nasi potomkowie, będą co miesiąc opłacać abonament za miejsce na serwerze, na którym będziemy już cyfrowym echem kogoś, kto dawniej żył. Może właśnie tak będzie wyglądać nowa forma szacunku dla przodków: podtrzymywanie ich wiecznego trwania na serwerach.
Znam osoby przejawiające głęboką nieufność względem świata wirtualnego. Drukują setki fotografii, układają je w przepastnych albumach, przekonani, że w ten sposób uchronią historię przed wymazaniem. Cel jest szczytny, wykonanie zacne, lecz i tu trzeba powiedzieć: porzućcie nadzieję na absolutną trwałość. Fizyczny album spłowieje od słońca, zjedzą go myszy niczym króla Popiela, przepadnie w lokalnej powodzi, spłonie w pożarze, zostanie skradziony lub pocięty nożyczkami przez niesforne wnuki, w budynek może trafić dron. Nie ma najmniejszej pewności, że cegiełka materii jest trwalsza od zapisu w chmurze.
Dzisiaj chmury mocno się skomercjalizowały, stając się jednym z regularnych rachunków, obok opłat za prąd czy wodę. Niektórzy narzekają na konieczność płacenia za rozszerzenie banku pamięci. Nie przemawia do nich fakt, że bezpieczne i błyskawiczne przechowywanie danych to dla przedsiębiorstw gigantyczny koszt operacyjny. Niewyobrażalna ilość terabajtów generowana przez miliardy użytkowników co sekundę. Wystarczy się uważnie rozejrzeć, by dostrzec nasycenie rynku. Coraz więcej miejsca można dostać za coraz mniejsze pieniądze. Dodatkowo innowacje napędzane przez sztuczną inteligencję potrafią tak sprawnie porządkować nasze cyfrowe śmietnisko, że usługa paradoksalnie nie potrzebuje aż tak gargantuicznej liczby gigabajtów.
Pewnego dnia nasz smartfon nieuchronnie się zestarzeje. Każdy komputer w końcu złapie zadyszkę, otwieranie stron lub aplikacji zacznie irytująco zamulać. Właśnie wtedy posiadanie obszernego miejsca w chmurze okazuje się najlepszym patentem na przetrwanie. Niezależnie od tego czy wybierzemy najdroższy flagowiec, czy budżetowy model, kolejna przesiadka okaże się procesem całkowicie bezbolesnym. Wpisujemy hasło i wszystko wraca na swoje miejsce: kontakty, zdjęcia, teksty. To może niedoskonałe porównanie, ale jeśli posiadasz prawo jazdy, możesz prowadzić niemal każdy samochód. Ważna jest twoja wewnętrzna umiejętność kierowania, a nie marka pojazdu. Tym samym warto się kierować, inwestując w chmurę. Ona nie jest tylko magazynem na pliki; to wypasiony apartament dla naszych danych, planów i twórczych wysiłków. Możemy dostać się do niego z dowolnego zakątka świata, niezależnie od narzędzia, z którego akurat korzystamy.

