Niejedno ma imię | 14 książek o miłości na 14 lutego

Mów szeptem, jeśli mówisz o miłości* – pisał Szekspir. Może dlatego nie zawsze wiemy od razu, że książka, którą czytamy, jest o miłości właśnie. Bo ta lubi się schować gdzieś w gęstej kryminalnej intrydze lub za maską groteski. Ale czasem jest tak silna, że przesłania wszystko. Wybraliśmy dziś czternaście tytułów – coś z klasyki, coś z literatury współczesnej, coś z prozy obyczajowej, psychologicznej i gatunkowej. A jakie są Wasze propozycje?

PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

Nie ma prawdopodobnie bardziej znanej opowieści o miłości nad „Romeo i Julię” Williama Szekspira. I nic dziwnego, choć pojawiające się tu uczucie wbrew pozorom nie jest wątkiem najważniejszym. Można przypuszczać, że ta fascynacja dwojga młodych ludzi, przeżywających swą miłosną i seksualną inicjację, byłaby materiałem na opowieść wzruszającą, ale w gruncie rzeczy banalną. Nie trudno sobie wyobrazić, że pierwsze upojenia szybko zginęłyby w gąszczu pojawiających się różnic, drobnych życiowych przeszkód, co sprawiłoby, że uczucie prędzej czy później zgasłoby – może nawet w szybszym tempie, niż się rozpaliło. Tym co podnieca miłość w nieśmiertelnej sztuce wieszcza jest konflikt rodzin, z których wywodzą się kochankowie. Ich miłość trwa, bo ma smak zakazanego owocu – dlatego „Romeo i Julia” jest oczywiście opowieścią o chęci przeżycia miłości, ale bardziej o niemożności jej doświadczenia. I to właśnie bardziej nas tu wzrusza, niż słodkie słowa wyznań.

Podobna sytuacja ma się z „Tajemnicą Brokeback Mountain” Annie Proux. Miłość Jacka Twista i Ennisa del Mara pojawia się nagle, wbrew wszelkim zasadom i logice – Ennis jest przecież żonaty. A jednak po raz kolejny okazuje się, że dla miłości nie ma granic, że nie kieruje się ona rozsądkiem, lecz często jest pochodną przypadku. To oczywiście historia z gruntu szekspirowska, zbudowana na dość przejrzystym schemacie opowieści o jednostkach, które bez skutecznie próbują rozbić skorupę społecznych układów, zbudowanych na fundamencie uprzedzeń, fobii i wszelkich innych nienawiści.

Miłość niespełniona, miłość niemożliwa to częsty motyw – o tym samym mów wszak „Lalka” Bolesława Prusa”. Nie mamy tu zwaśnionych rodów, mamy za to swoistą kastowość, różnice społeczne, które sprawiają, że zubożały szlachcic, a przede wszystkim kupiec, Stanisław Wokulski nie ma dużych szans u Izabeli Łęckiej, rozpuszczonej arystokratki. Teoretycznie mężczyzna ma to, na czym naprawdę zależy Izabelli – pieniądze, które zapewnią luksus. A jednak myśl o małżeństwie z Wokulskim, z człowiekiem o czerwonych, spracowanych rękach, nie przychodzi jej nawet do głowy. Może dlatego z całego arcydzieła Prusa pamiętamy przede wszystkim ten właśnie wątek, nie zaś niezwykłą przedsiębiorczość Wokulskiego, tęsknoty Rzeckiego za Napoleonem i wynalazki na marę metalu lżejszego od powietrza.

Podobną – w zasadzie – opowieść daje nam Haruki Murakami w „Sputnik Sweetheart”. Oto mężczyzna kocha kobietę, kobieta kocha jednak inną kobietę, choć bez wzajemności. Obie miłości mogą się zatem spełnić jedynie w snach. Dwudziestoletnia Sumire jest trochę jak Alicja z powieści Lewisa Carola – niespełniona. Zarówno w miłości jak i w swych ambicjach zostania pisarką. Kocha starszą od niej Miu, kobietę zajmującą się m.in. importem wina, ale nie uzyskuje wzajemności. Z kolei od Sumire uczucia nie może się spodziewać zakochany w niej po uszy nauczyciel. Mężczyzna godzi się więc na dostępną mu namiastkę miłości: rolę powiernika nastrojów, nadziei i lęków, oznajmianych najczęściej przez telefon o czwartej nad ranem. W zasadzie do połowy „Sputnik Sweetheart” toczy się więc w rytmie smutnego romansu. Ta książka to jednak przede wszystkim opowieść o niespełnieniu i tak często towarzyszącej mu samotności.

W pewnym sensie na tej samej półce postawić można także „Lolitę” Vladimira Nabokova. To przecież opowieść o aż dwóch nieszczęśliwych miłościach. Pierwsza z nich to uczucie, jakim bohatera – profesora Humberta Humberta – darzy Charlotta Haze, matka Dolores, czyli tytułowej Lolity. Drugie – fabularnie oczywiście ważniejsze – to zakazana miłość, jaką bohater odczuwa do przybranej córki. Obie nie mogą być do końca spełnione, bo osoby, które miałyby tej miłość doświadczyć, od początku więcej dzieli niż łączy. Książka wydaje się więc historią o dążeniu za mrzonkami, o bieganiu za owymi pięknymi motylami (motywy entomologiczne są wszak w książce ważne) niejako bez świadomości, że efektem może być tylko śmierć złowionego motyla.

Gdzieś między miłością niespełnioną a miłością spod znaku „żyli długo i szczęśliwie” jest miłość utracona. W zasadzie to o niej jest nieoczywisty kryminał Roberta Ostaszewskiego „Zginę bez ciebie”. Podkomisarz Konrad Rowicki bada sprawę prawdopodobnego samobójstwa maturzystki, która, tak się niefortunnie składa, jest córką miejscowego notabla. Wkraczamy więc wraz z bohaterem w świat polityki, biznesu, lokalnych układów, gdzie – jak się wydaje – nikomu nie zależy na wyjaśnieniu zagadki, a wręcz próbuje się ją zamieść pod dywan. Ale jednocześnie wkraczamy w intymny świat komisarza – jego przeszłości i tego jak odcisnęła się ona na psychice bohatera. To w dużym stopniu decyduje o wartości tej książki. Pierwszoosobowa narracja raz po raz, regularnie, przeplatana jest tu rodzajem dziennika, tyle że – co ciekawe – pisanego dla odmiany w trzeciej osobie. Tworzy to właściwy kontrast, dzięki któremu lepiej widzimy, że to, co pozornie wydaje nam się osią akcji, jest tylko dopełnieniem tego, co z pozoru wygląda na wtrącenie. Innymi słowy: nie byłoby tej książki bez owego „dziennika” i to jego puenta jest tu zdecydowanie bardziej istotna, niż rozwiązanie kryminalnej zagadki. Czego dotyczy dziennik? Jak nietrudno się domyślić, miłości właśnie. Szczęśliwej, lecz tragicznie utraconej.

Czasem bohaterowie książek chcą miłość niespełnioną, lub utraconą, zastąpić swoistym ersatzem, namiastką, choć nie omieszkają nazwać jej prawdziwym uczuciem. Z taką sytuacją mamy do czynienia w „Kosowie” Edyty Niewińskiej. Oto kobieta koło trzydziestki, po przejściach, zostawiona przez faceta. Nagle, niespodziewanie, z dna na dzień. I do tego bez szansy na jakiekolwiek wyjaśnienie, bo miłość jej życia rozpływa się w powietrzu. Wydaje się, że tylko dlatego Anielka decyduje się na związek z kobietą. Związek dziwny, bo toksyczny, ale – co istotne – to nasza bohaterka jest stroną niszczącą wzajemne relacje. Swoim niezdecydowaniem, swoimi niemal dziecięcymi strachami (np. przed parą kotów), swoją niezdarnością denerwuje do tego stopnia, że w pewnym momencie prawie przestajemy jej kibicować. „Kosowo” to jednak przede wszystkim impresja – o ciągłym upadaniu i o szukaniu siły, by powstać.

Być może bohaterka powieści Edyty Niewińskiej nie do końca jednak dojrzała do tego, na co zdobywa się Ewa – bohaterka „Barcelony na zawsze” Anny B. Kann. Ta powieść to ostatnia część trylogii, która najbardziej zaskakuje bohaterką. To kobieta, która wreszcie dojrzała do pogodzenia się z tym, co niesie los. Tak więc przystojny, choć niewierny Paco – tancerz flamenco – zostaje w końcu gdzieś w tyle. Teraz nastał czas pobytu w Poznaniu, wychowywania dzieci, a przede wszystkim rozliczania przeszłości i spoglądania w przyszłość. Inną, niż ta wymarzona. Wydarzenia ostatnich miesięcy zahartowały Ewę, pozwoliły jej podjąć próbę pogodzenia się z tym, co niesie życie. Z początku jeszcze nie radzi sobie z traumą, zamyka się w sobie, rozpamiętuje nierealne scenariusze, ale czujemy, że ten stan nie może trwać wiecznie, bo nie tego spodziewamy się po tej postaci. Poprzednie tomy umiejętnie łączyły historię kobiety z Poznania zakochanej w iberyjskich rytmach z quasi-przewodnikiem po Barcelonie i po Lizbonie. W trzecim tomie aspekt krajo- i kulturoznawczy schodzi na dalszy plan. Jest miasto, jest taniec, ale jakby z boku. Teraz zwiedzamy zakamarki duszy kobiety, która wie, że być może przegrała, ale podejmuje walkę, by móc ów stan rzeczy z godnością zaakceptować.

Ale na szczęście miłość może być też spełniona – nawet jeśli pisarze traktują ten motyw przewrotnie. „Tylko kochanka” Hanny Cygler pokazuje nam bohaterkę o niezwykłej sile charakteru. To nie znaczy jednak, że udaje jej się wszystko, czego zapragnie. Wręcz przeciwnie: często spotykają ją porażki, wynikające choćby z tego, że zbyt naiwnie ufa osobom, które nazywają się jej przyjaciółmi. Ale najważniejsze jest to, że zawsze powstaje i walczy. Mimo wszystko. Lenę – kobietę z przeszłością i po przejściach – poznajemy w chwili, gdy fortuna się od niej odwraca. Co prawda prowadzi pensjonat w niewielkim Gniewie, ale przybytek zdaje się mieć najlepsze dni za sobą, a bohaterka może jedynie pomarzyć o czasach, gdy czuła się wybranką losu u boku szwedzkiego milionera. Lena nie poddaje się, ale też nie łudzi. Co istotne, nie zmienia tego nawet niespodziewane przybycie do pensjonatu tajemniczego Jakuba – polskiego prawnika z Londynu, mężczyzny również po przejściach, ale wnoszącego ze sobą powiew optymizmu. Bo Lena nie odbiera tej wizyty jak uśmiechu losu. Życie nauczyło ją bycia ostrożną. Woli zakładać, że za każdym uśmiechem może kryć się złośliwy chichot. Hanna Cygler zdecydowała się na mieszaną narrację: o Jakubie opowiada w trzeciej osobie, ale już Lena przemawia do nas w pierwszej osobie. Może dzięki temu tak mocno wybrzmiewa i radość, i gorycz bohaterki, jej nadzieje i rozczarowania. To opowieść o stratach i o odrabianiu strat, ale przede wszystkim o sile, która sprawia, że nie poddajemy się wyrokom losu, lecz stawiamy im czoła. I o tym, że od czasu do czasu los potrafi taką postawę docenić.

Nie sposób nie wspomnieć tu też o młodzieżowym hicie sprzed kilku lat – sadze „Zmierzch” Stephanie Meyer. Zakompleksiona Bella Swan i zabójczo (pod wieloma względami) przystojny wampir Edward Cullen. Ta para na dzień dobry każe przypomnieć sobie o postaciach Romea i Julii. To przecież w założeniu miłość niemożliwa, niezgodna z naturą, a w każdym razie z tym, co mówią społeczne normy. Jest też jednak – dla obu stron – swoistym zakazanym owocem, znanym z okładki rajskim jabłkiem, którego skosztowanie powinno skończyć się tragicznie. A jednak Meyer postanawia, że miłość, prawdziwa miłość, będzie miała tę siłę, która potrafi przezwyciężyć wszelkie przeciwności. Nawet te, które kochankom zgotować chce nieznający litości świat wampirzych arystokratów.

A skoro o wampirach mowa… W pewnym sennym miasteczku jest bar, w którym pracuje młoda kobieta o niezwykłej umiejętności czytania w myślach. Kobieta zakochana w wampirze. A wszędzie wokół wilkołaki, wróżki i zmiennokształtni. Brzmi znajomo? Oczywiście wszyscy miłośnicy serialu HBO „Czysta krew” wiedzą, że powstał on na podstawie serii zapoczątkowanej powieścią Charlaine Harris „Martwy aż do zmroku”. To opowieść o perypetiach Sookie Stackouse, barmanki z Luizjany, która zakochuje się w wampirze Billu. Choć inaczej, niż u Meyer, tu także miłość potrafi zwyciężyć wszelkie przeciwności losu (choć w sumie nic nie wiadomo, ostatni tom serii nie został jeszcze Polsce wydany).

Inny aspekt miłości może nie tyle zakazanej, co trudno akceptowalnej w społeczeństwie, pokazuje znakomita „Jednoroczna wdowa” Johna Irvinga. Tu wątek miłości wydaje się być poboczny – bohaterką jest przecież mała Ruth, który musi dorastać w domu opuszczonym nagle przez matkę. Jej losy śledzimy na dwóch płaszczyznach czasowych – poza dzieciństwem jest też współczesność, w której Ruth jest wziętą pisarką. W obu fabularnych przestrzeniach śledzimy też historię niejakiego Eddiego, nastolatka, który dorabia sobie podczas wakacji, pomagając matce Ruth. Jak nietrudno się domyślić, chłopak zakochuje się w dużo starszej od siebie kobiecie i to uczucie nigdy już nie przemija. Gdy zatem obiekt jego westchnień – i pierwszego seksualnego spełnienia – znika, Eddie nie daje za wygraną i zaczyna szukać matki Ruth. Intensywniej może, niż sama dziewczynka czy jej ojciec. A finał? Finał niesie zaskoczenie i satysfakcję.

Na swój sposób także finał miłości bohaterów „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa jest satysfakcjonujący. Bo choć niewątpliwie jest to powieść będąca celną kpiną z radzieckiej rzeczywistości spod znaku głupoty, chciwości, łapówkarstwa i donosicielstwa, to przecież jest to także powieść o wielkiej, choć mocno spóźnionej miłości. Autor, korzystając z bogatego aparatu literackiej groteski przedstawia rzeczywistość w ironicznym świetle – głupiec traci głowę (a w zasadzie spotyka to dwóch głupców – choć raz udaje się ten proces odwrócić), chciwi na darmowe futra za chwilę biegają po Moskwie na golasa, łapówkarz wpada, ale za handel walutą. Wątek Wolanda, szatana i jego diabelskiej świty, na czele z Behemotem, gadającym czarnym kotem o wzroście człowieka, chodzącym – gdy tak mu wygodnie – na dwóch łapach, decyduje o oryginalności powieści. Ale ten sam Woland, diabeł dobry, okazuje współczucie i litość wobec tytułowych kochanków – przebywającego w domu wariatów pisarza i kobiety, która dla ukochanego, i do ukochanego, nie waha się lecieć nago nad nocnym miastem. „Rękopisy nie płoną”, mówi nam Bułhakow. Ale dotyczy to u niego także miłości.

Nie sposób na koniec nie wspomnieć o książce, która „Miłość” ma w tytule. W najnowszej powieści Ignacego Karpowicza dostajemy historie, stanowiące na swój sposób kwintesencję tego, o czym już mówiliśmy – miłości niemożliwej, miłości zakazanej, miłości niespełnionej, ale i tej, która pokonuje przeszkody. Nie ma znaczenia czy poruszamy się akurat po czasach retro, dystopijnej przyszłości kraju-getta, świecie baśni, czy może po naszym tu i teraz. Bo w istocie zawsze chodzi o znalezienie szansy na to, by doświadczyć miłości, która u Karpowicza jest uczuciem zakazanym. Dotyczy to wszystkich bohaterów książki, którzy prędzej czy później muszą zmyć z siebie przylegający do nich brud kłamstwa. Nawet jeśli oznacza to odsłonięcie prawdziwego oblicza. Bo życie w kłamstwie niesie znacznie poważniejsze konsekwencje. Życie w kłamstwie, oznaczającym wyrzeczenie się miłości, może nawet zabić.

A jakie są wasze ulubione książki o miłości?

 

___________________________________________________________ 

*Wiele hałasu o nic, tłum. Maciej Słomczyński

Reklamy

Dodaj komentarz