Zupełnie Inna Opowieść ma już 10 lat. Dużo? Mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy ich też, jak im upłynęła ostatnia dekada, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Piotr Gajdziński.

– Kiedy nie piszę, jestem niespokojny, po dwóch dniach rozdygotany. Naprawdę. Żona twierdzi, że jestem walnięty i coraz bardziej się z nią zgadzam, ale wciąż wierzę, że to kiedyś minie. Przed obłędem ratuje mnie tylko tenis – mówi Piotr Gajdziński, historyk, dziennikarz, pisarz, autor powieści i książek non-fiction, w tym biografii, m.in. „Niewinny morderca”, „Balcerowicz na gorąco”, „Imperium plotki, czyli amerykańskie śniadanie z niemowląt”, „Prowokacja. Dyktatorzy, politycy, agenci”, „Anatomia zbrodni nieukaranej. Dlaczego nie rozliczyliśmy się z komunistyczną przeszłością?”, „Przywództwo. Józef Piłsudski”, „Gierek. Człowiek z węgla”, „Czerwony Ślepowron” (biografia Wojciecha Jaruzelskiego), „Dyktatura ciemniaków” (biografia Władysława Gomułki), „Delfin. Mateusz Morawiecki”, „Sierociniec janczarów” i „Szczurzy szlak”. Pierwszą recenzję jego książki zamieściliśmy 3 listopada 2014 roku, a pierwszy wywiad – 10 grudnia 2014 roku.
Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?
Piotr Gajdziński: Szmat czasu. Gdy Zupełnie Inna Opowieść ruszała, nie bardzo wierzyłem w sukces. Nie, nie tak – mówiąc szczerze prawie zupełnie nie wierzyłem. Trzymałem kciuki, ale moja wiara w tę inicjatywę była w najlepszym razie licha. Sądziłem, że to raczej zabawa, krótkotrwałe przedsięwzięcie niesione falą młodzieńczego entuzjazmu, bez szans na zdobycie istotnej pozycji w świecie kultury. Moja „małowierność” wynikała z kilku powodów. Po pierwsze, w tym czasie pojawiało się w internecie bardzo wiele inicjatyw, które też były interesujące, też wydawały się potrzebne, a stojący za nimi ludzie też wydawali się zdeterminowani. Mimo to szybko umierały. Sądziłem, że w tym wypadku będzie podobnie. To nie wynikało z niedoceniania przeze mnie samego projektu, tylko przede wszystkim z niedoceniania internetu w ogóle. Po drugie, znałem Przemka [Przemysław Poznański – red.] wówczas jako dziennikarza ekonomicznego. Dziennikarz ekonomiczny, który ma ambicję rozdawania kart w literaturze? No dajmy spokój, to mniej więcej tak jakby wójt małopolskiej gminy miał ambicję kierowania koncernem paliwowym… W stosunku do Przemka się pomyliłem (w stosunku do wójta nie), moje profetyczne zdolności najwyraźniej nie są najlepsze, żeby nie powiedzieć, że są poniżej średniej. Obym nigdy nie wpadł na pomysł napisania książki science fiction!
Przełomem była bez wątpienia biografia Gierka. Duża, poważna książka, nawet była w finale konkursu Książka Historyczna Roku, ale to był 2015 rok, nastała nowa władza, wygrała książka o Solidarności Walczącej, bardzo zmitologizowana. Wiele ciepłych słów poświęciło mojej biografii Gierka kilku wybitnych historyków zajmujących się Peerelem, w tym zwłaszcza profesor Antoni Dudek. Ale po raz pierwszy taki wielki zastrzyk „literackiej adrenaliny” dostałem, gdy o moim „Imperium plotki, czyli amerykańskim śniadaniu z niemowląt” napisała w swoim felietonie w „Gazecie Wyborczej” sama Wisława Szymborska. Jak mam Ci opowiedzieć uczucia człowieka, który dowiaduje się, że nad jego książką pochyliła się Sama Noblistka?
Jako pisarz debiutowałeś w 1990 roku, a więc 34 lata temu. Z czym kojarzy ci się ten czas od debiutu? Dostrzegasz jakieś istotne kamienie milowe w swojej twórczości?
– Z życiem, panowie, z życiem, bo to właściwie cała moja dorosłość, a już na pewno całe moje zawodowe życie, bo regularnie publikować zacząłem bodaj wiosną 1988 roku w „Expresie Poznańskim”, skąd mniej więcej po roku przeszedłem do „Wprost”. Chwilę później zaproponowano mi napisanie książki, to właściwie była książeczka, o Iwanie Ślezko vel Bielaju, który po odsiedzeniu 25 lat wyszedł właśnie z więzienia i mieszkał w domu opieki społecznej gdzieś pod Koninem. Odsiedział te 25 lat za porwanie płockiej lekarki, pani Kamińskiej, której ciała nigdy nie odnaleziono, ale podczas śledztwa okazało się, że ma na sumieniu jeszcze kilka morderstw dokonanych po wojnie w Szczecinie. W ciągu tych 34 lat zmieniło się wszystko, świat wywrócił się do góry nogami. Zaczynałem pisać jeszcze w komunie, w świecie zupełnie odrealnionym, idiotycznym. Wtedy, w 1988 roku, to już nie był system zbrodniczy, tylko po prostu głupi i tragicznie niewydolny. Mój syn był wtedy małym brzdącem, a marzeniem małych brzdąców i ich matek były soczki, nazywały się chyba Bobo Fruty i żona kazała mi zdobyć dla Kuby te soczki. Zaparłem się, ale po wielu dniach poszukiwania, przemierzeniu niemal całego Poznania, musiałem przyznać się do klęski. Pewnie z chęci zemsty napisałem w „Expresie” taką małą notkę krytykującą handel, że nie potrafi tych soczków dzieciom zapewnić. Gdy tekst się ukazał, zadzwonił ajent sklepu i powiedział, że ma dla mnie te soczki. Pojechałem, kupiłem je spod lady, bo w normalnej sprzedaży ich nie było i wróciłem do redakcji. Nie mogłem się oprzeć, wziąłem jedną buteleczkę na redakcyjne spotkanie, na które zawitał akurat ważny towarzysz z Komitetu Wojewódzkiego, szef propagandy, bo akurat zaczęły się strajki i towarzysze się spięli. Wchodzę z tym soczkiem lekko spóźniony, a towarzysz na mnie patrzy i odzywa się w te słowa: „Towarzysze, krytykujecie, a trzeba podkreślać choćby i drobne sukcesy naszego ludowego państwa. Wczoraj na przykład przeczytałem waszą pryncypialną krytykę handlu w sprawie soczków dla dzieci. A proszę, towarzysz właśnie taki soczek pije. Więc jednak można te soczki kupić!”. Taka była wtedy Polska.
Ale już był ferment, wszystko buzowało. Nie rozumiałem do czego to zmierza, ale już było jasne, że czas tych towarzyszy się kończy. Potem był Okrągły Stół, wybory czerwcowe, koniec komuny i nastała nowa Polska. Dla mnie – piękna! Nie pozbawiona oczywiście ciemnych stron, ale moja. Jakiś czas temu rozmawiałem z redaktorem Łukaszem Cieślą, który pisał książkę o zamordowaniu Jarka Ziętary, z którym pracowałem we „Wprost”. Redaktor Cieśla mówił o latach 90. z niekłamaną odrazą, że Poznań to była wtedy gangsterka, że strzelaniny, że Gawronik, Elektromis, esbecy, przemyt alkoholu, korupcja… To prawda, ale ja zapamiętałem te lata zupełnie inaczej – jako czas absolutnej wolności, nowych możliwości, ważnych wyborów. Kocham ten okres, więc kocham te 34 lata od mojego debiutu. Mówiąc precyzyjnie 26 lat z tego okresu, bo osiem ostatnich to znowu było życie w oparach absurdu i kłamstwa.
A moje prywatne kamienie milowe? One były związane oczywiście z dziennikarstwem. „Wprost”, to jasne, potem „Rzeczpospolita”, gdzie pracowałem jako poznański korespondent tego dziennika, ale gdzie zacząłem też pisać trochę publicystyki. Kiedyś, po jakimś tekście zadzwonił do mnie redaktor Dariusz Fikus, naczelny, człowiek legenda, więc gdy mnie pochwalił za tekst, to przez dwa dni unosiłem się metr nad ziemią. Ważne było też pisanie do „Polityki”, z reguły w tandemie z Mariolą Balicką, a później do miesięcznika „Odra”, z którym jestem związany do dzisiaj. I mniej więcej po dwudziestu latach regularnego pisania do „Odry” redakcja wpisała mnie do stopki, jako członka zespołu, więc znowu była okazja do unoszenia się nad ziemią. Jeśli chodzi o pisanie książek, to przełomem była bez wątpienia biografia Gierka. Duża, poważna książka, nawet była w finale konkursu Książka Historyczna Roku, ale to był 2015 rok, nastała nowa władza, wygrała książka o Solidarności Walczącej, bardzo zmitologizowana. Wiele ciepłych słów poświęciło mojej biografii Gierka kilku wybitnych historyków zajmujących się Peerelem, w tym zwłaszcza profesor Antoni Dudek. Ale po raz pierwszy taki wielki zastrzyk „literackiej adrenaliny” dostałem, gdy o moim „Imperium plotki, czyli amerykańskim śniadaniu z niemowląt” napisała w swoim felietonie w „Gazecie Wyborczej” sama Wisława Szymborska. Jak mam Ci opowiedzieć uczucia człowieka, który dowiaduje się, że nad jego książką pochyliła się Sama Noblistka?
Przeczytaj także:
Czy gdybyś mógł cofnąć czas, zmieniłbyś coś w swoim pisarskich decyzjach (inne gatunki, tematy)?
– Czasu nie da się cofnąć, więc nawet się nad tym nie zastanawiałem. Jedyne co bym zmienił to swoje postępowanie w okresie, gdy pracowałem w banku i mało pisałem. Ta praca wysysała ze mnie soki, była tak dojmująco przygnębiająca i dawała takie poczucie bezsensu, że trudno mi było zmusić się do pisania. Bardzo żałuję, że nie byłem w stosunku do siebie dość wymagający i byłem zbyt pobłażliwy wobec swojego lenistwa.
Jak zacząłeś pisać? I dlaczego?
– Zawsze chciałem i zawsze, czyli od czasu studiów, o pisaniu marzyłem. Dziennikarstwo nauczyło mnie pisania, ale chciałem pójść dalej i głębiej. Trzeba podążać za marzeniami, więc podążyłem. Poza tym pozazdrościłem Mariuszowi Urbankowi, z którym przyjaźnimy się od początku lat dziewięćdziesiątych. Gdy się poznaliśmy on już wtedy publikował książki regularnie, znakomite zresztą, więc pomyślałem, że muszę w końcu spróbować, muszę się odważyć.
Dokończ: Gdybym jednak nie został pisarzem, to byłbym…
– Dziennikarzem, na pewno. Może chciałbym być jeszcze nauczycielem, najlepiej akademickim. Jedenaście lat przepracowałem w banku, gdzie zajmowałem się pijarem, więc tak do końca nie byłem urzędnikiem bankowym, mitycznych zarękawków nie nosiłem, ale boleśnie się przekonałem, że nie nadaję się do pracy w zastanym środowisku, ze ściśle określonymi rolami, w sztywnych strukturach, w takich korporacyjnych czy urzędniczych okowach. No, chyba że jako doradca, bo to przemiła praca: lunche, dyskusje, rauty, od czasu do czasu, nie nadmiernie często jakiś kreatywny pomysł i jakaś nie zawsze sensowna analiza, a do tego zero odpowiedzialności i duża, regularna kasa…
Uważasz swoje pisarskie marzenie za spełnione, przynajmniej w jakimś stopniu? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?
– Mam dopiero 60 lat, a ostatnio dowiedziałem się, że życie zaczyna się po sześćdziesiątce, to jak u progu życia mówić o spełnionych marzeniach? Jeśli chcecie ode mnie usłyszeć, że marzę o tym, aby być emerytowanym zbawcą polskiej literatury, to nie, nie chcę. Jeden marzył o byciu emerytowanym zbawcą narodu i to się bardzo źle skończyło (miejmy nadzieję, że się skończyło) – dla niego, i co gorsza dla narodu. Jedynym moim marzeniem jeśli chodzi o literaturę jest to, aby pisać coraz lepiej i napisać jeszcze przynajmniej kilka książek. I może jeszcze to, aby któraś moja książka została przełożona na język obcy. Niechby był to choćby ayapaneco, jeden z autochtonicznych języków Meksyku, którym posługuje się podobno dwóch ludzi. Ale marzę, bo Urbanka na obce języki przetłumaczyli. W moim wypadku na razie się nie zanosi, więc pocieszam się, że „nie będą nam tu w obcych językach”…
Czego oczekujesz od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.
– Od każdej książki czegoś innego. Jeśli czytam książkę historyczną, to naturalnie oczekuję wiedzy, nowych faktów, ale też nowej ich interpretacji, nowego spojrzenia. To samo dotyczy książek politycznych. A jeśli chodzi o literaturę piękną, to emocji. Tego, że oderwie mnie od codzienności, przeniesie w inny świat, pozwoli zrozumieć inne punkty widzenia i inne emocje.
Jakie książki (albo inne dzieła kultury) cię ukształtowały – jako człowieka, jako pisarza? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Masz ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?
– Nie używałbym czasu przeszłego, bo mam wrażenie, że to cały czas trwa, że książki cały czas mnie kształtują. Kiedyś były to na pewno opowieści o muzealniku w jego samochodzie z silnikiem Ferrari Super America 410 (na mnie bardziej działało to Super America niż Ferrari) pałętającym się po zamkach i podziemiach, rozkochanego w historii. Później oczywiście Sienkiewicz – kto nie kochał Sienkiewicza niech pierwszy rzuci kamieniem lub wystrzeli z karabeli – dalej na pewno Marquez i cała literatura iberoamerykańska, Kapuściński, Nabokov, Lowry, Berger, Remarque, zwłaszcza „Łuk triumfalny” i „Na Zachodzie bez zmian”, Orwell. Książki Anny Applebaum o sowieckiej Rosji, biografie Stalina i przede wszystkim Chruszczowa pióra Wiliama Taubmana, wiele dzienników i wspomnień… Ten dział literatury uwielbiam. „Dziennik” Stefana Kisielewskiego kocham pasjami i często do niego wracam, bardzo cenię też dzienniki Mieczysława Rakowskiego, które są niezgłębioną kopalnią wiedzy o Peerelu.
Wszyscy wiemy o procesach w Norymberdze, ale przypominam, że w dwunastu procesach, które się tam odbyły w stan oskarżenia postawiono 185 osób. Biorąc pod uwagę rozmiary zbrodni, które popełniono nie jest to liczba imponująca. Trochę na ten temat wiedziałem, ale przecież znowu nie tak wiele. Więc zacząłem czytać. Gdy wracaliśmy do Polski miałem już zarys historii, jak na mnie dość dokładny. Potem biblioteki, czytanie, rozmowy z ludźmi, którzy wcześniej zgłębiali ten temat, byli jego uczestnikami. Bo „Szczurzy szlak” ma dwa plany czasowe – pierwszy to wojna, drugi jest współczesny i one naturalnie okazują się powiązane, współczesność wynika z przeszłości. Więcej nie zdradzę, zachęcam do przeczytania.
Kiedy nie piszę, to….
– Jestem niespokojny, po dwóch dniach rozdygotany. Naprawdę. Żona twierdzi, że jestem walnięty i coraz bardziej się z nią zgadzam, ale wciąż wierzę, że to kiedyś minie. Przed obłędem ratuje mnie tylko tenis.
Właśnie opublikowałeś „Szczurzy szlak”. Opowiedz, jak powstawała ta powieść. Powiedz też, nad czym teraz pracujesz.
– A jak powstają książki? Normalnie, coś ci wpada do głowy, jakaś zasłyszana gdzieś lub przeczytana historia, jakieś miejsce, w którym jesteś i ono otwiera w twoim mózgu jakąś klapkę… Na „Szczurzy szlak” wpadłem na wakacjach w Austrii, w małym miasteczku o nazwie Stum. Skończyłem wtedy „Sierociniec janczarów”, wysłałem do Muzy ostatni dopisany fragment, siedzieliśmy z żoną i córką na tarasie naszego apartamentu, a obok z radia leciały niemieckie piosenki, takie marszowe. Cały czas leciały, bo mieszkające obok starsze małżeństwo – uwaga, uwaga – wcale nie z Bawarii, ale ze Szwajcarii, najwidoczniej się w tego rodzaju muzyce lubowało. Żonę i córkę trochę to denerwowało, ale mnie wcale, bo ja się na muzyce nie znam, jest mi niestety zupełnie obojętna, nie bardzo odróżniam zespół jazzowy od orkiestry dętej. Ale oczywiście, jak każdy Polak, z niemiecką muzyką marszową mam swoje skojarzenia i rzecz jasna te skojarzenia dotyczą hitlerowskich Niemiec. To krzywdzące i dla muzyki marszowej i dla Niemców, ale mam to po prostu „wgrane na twardym dysku”. Słuchając tej muzyki zacząłem myśleć o powojennych losach tych wszystkich niemieckich (i austriackich, bo wiele czołowych postaci reżimu hitlerowskiego było Austriakami) zbrodniarzy. Wszyscy wiemy o procesach w Norymberdze, ale przypominam, że w dwunastu procesach, które się tam odbyły w stan oskarżenia postawiono 185 osób. Biorąc pod uwagę rozmiary zbrodni, które popełniono nie jest to liczba imponująca. Trochę na ten temat wiedziałem, ale przecież znowu nie tak wiele. Więc zacząłem czytać. Gdy wracaliśmy do Polski miałem już zarys historii, jak na mnie dość dokładny. Potem biblioteki, czytanie, rozmowy z ludźmi, którzy wcześniej zgłębiali ten temat, byli jego uczestnikami. Bo „Szczurzy szlak” ma dwa plany czasowe – pierwszy to wojna, drugi jest współczesny i one naturalnie okazują się powiązane, współczesność wynika z przeszłości. Więcej nie zdradzę, zachęcam do przeczytania.
Niedawno skończyłem kolejną książkę, ona będzie się chyba nazywała „Fabryka szpiegów”, wyjdzie w połowie kwietnia br. To thriller połączony z kryminałem. Tutaj też bohaterem jest dziennikarz Rafał Terlecki, który występuje również w „Sierocińcu janczarów” oraz „Szczurzym szlaku”, też jest plan historyczny i też jest współczesność. Dominującym tematem są działający w Polsce rosyjscy nielegałowie, temat u nas rzadko poruszany, bo ci, którzy to robią są oskarżani o sianie teorii spiskowych. Zafascynowałem się tym tematem przed lat, gdy przeczytałem wspomnienia profesor Barbary Skargi, a później otarłem się o niego pisząc biografię Wojciecha Jaruzelskiego. „Patrioci”, owi „prawdziwi patrioci”, uważają, że Jaruzelski był nielegałem, „matrioszką”, sowieckim podmieńcem, ale to oczywiście bzdura, która ma oczyszczać Polaków z niechlubnej, komunistycznej przeszłości. Pokazać, że komunizm w Polsce był wyłącznym sowieckim dziełem, a my czyści, nieskazitelni, a tylko siłą zniewoleni. Więc Jaruzelski „matrioszką” nie był, ale Sowieci rzeczywiście nielegałów w Polsce i w wielu innych krajach instalowali, a zapewne instalują również współcześnie. Wystarczy się rozejrzeć. Ale w „Fabryce marionetek” jest też o problemach całkiem współczesnych, w tym o dark webie, biotechnologii, biznesie… A w końcu stycznia zacząłem pisać rzecz kolejną, ale na razie jest za wcześnie, aby o tym mówić. Może tylko tyle, że ta nowa książka ma być trochę inna, bardziej kameralna.


Z dużym zaintetesowaniem przeczytałem wywiad z Panem Piotrem Gajdzinskim,wszystko wskazuje na to,że z poznaniakiem, który czytał Express Poznański i zaczął pisać, a napisał sporo cuekawych książek, z których większość przeczytałem.
Pan Piotr ma dziś 60 lat i ciepło wypowiada się o ZUPEŁNIE INNEJ OPOWIEŚCI i w wymże wywiadzie na pytanie czego mu brakuje w współczesnej literaturze polskiej odpowiedział ,że cyt:” jeśli chodzi o literaturę piękną to emocji”
Panie Piotrze: jestem starym poznaniakiem z Wildy ur.1959 roku ,z wyboru szczecinianinem,z zawodu adwokatem z zamiłowania ” człowiekiem renesansu”.
Opisałem swoje życie w „Autobiografi” wydanej pod pseudonimem literackim Sansewiera di Torno.
Wyszła i przeszła „bez echa”,ale odiągnąłem zamierzony cel. Zacząlem pisać w wieku 70-ciu lat:bajki dla dzieci,krótkie sztuki teatralne,poematy,miniopowiadania, opowiadania wierszem pisane i …. wiersze z emocją ( 160 krótkich utworów).Książkę wydałem pod tytułem „Słoń i Trąbka”- sam zaprojektowałem okładkę podobnie jak przy „Autobiogarii”, która zdobyła wyróżnienie w KONKURSKIE na najlepszy tekst książki wydanej w 2022r.przez Wydawnictwo POLIGRAF z Brzeziej Łąki.
Proszę mi podać adres na mojego maila ( antomasz@interia.pl) to prześlę Panu ” Słonia i Trąbkę” może tam znajdzie Pan tego co Panu brakuje dziś w literaturze pięknej to jest emocji.
Pozdrawiam i czekam na Pana nową książkę.