DOBRY CZŁOWIEK, ZŁY PRZYWÓDCA – rozmowa z Piotrem Gajdzińskim, autorem książki „Gierek. Człowiek z węgla”

IMG_0465_OKŁADKA_ikona[3]

ROZMAWIAŁ PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

ZDJĘCIA KAROLINA SIKORSKA

Kogo Polacy chcą wyróżnić pomnikiem? Najczęściej Piłsudskiego i… Gierka. A może ludzie chcą stawiać pomniki nie Gierkowi, tylko swojej młodości? To wtedy byli piękni i beztroscy. A może wynika to też z tego, że Gierek jest jedynym przywódcą PRL-u, który jakoś tam za swoje przewinienia odpokutował – zastanawia się Piotr Gajdziński, autor książki „Gierek. Człowiek z węgla”. Spotykam go w sieciowej kawiarni. Przed nim, na stoliku otwarty laptop, wiecznie dzwoniący telefon i kubek kawy, a za oknem bryła Pałacu Kultury. Będziemy rozmawiać o najnowszej książce Gajdzińskiego, „Gierek. Człowiek z węgla”. To fascynująca opowieść o człowieku, który doprowadził kraj do bankructwa, ale dał nam też na moment ułudę dostatniego życia.

Przemysław Poznański: Bardziej kochasz Gierka, czy go nienawidzisz?

Piotr Gajdziński: Był taki moment, jak kończyłem książkę, że nienawidziłem Gierka. To zresztą nic nadzwyczajnego, jak kończysz książkę, to swojego bohatera nienawidzisz, bo przecież ukradł ci spory kawał życia. Ale dzisiaj, gdy książka jest w sprzedaży, gdy ma dobre recenzje, gdy czytelnicy są zadowoleni, przynajmniej ci, od których opinie do mnie docierają, to i Gierka darzę nieco cieplejszymi uczuciami. Te uczucia są tym cieplejsze, że zacząłem właśnie pracować nad książką o generale Jaruzelskim i jeśli porówna się te dwie postaci, to na tle generała Sztygar wypada tak pozytywnie, że można się w nim bez pamięci zakochać.

A co zobaczył w nim naród, że obdarzył go tak bezgranicznie pozytywnym uczuciem? Bo przecież z twojej książki wynika, że tak się stało. Zachłysnęliśmy się Gierkiem. – Tak. Naród zakochał się w Sztygarze…

…Co było rzadkością w przypadku komunistycznych przywódców.

– W Gierku naród przede wszystkim nie zobaczył Gomułki. Atmosfera gomułkowszczyzny, szczególnie po ’68, była tak zatęchła, że Polacy mieli już „Wiesława” serdecznie dość. Urosły aspiracje obywateli i siermiężny, nudny, do nieprzytomności oszczędny facet jako przywódca już im nie pasował. Polacy zobaczyli na żywo de Gaulle’a, a w coraz powszechniejszej telewizji także innych przywódców światowych, i zdali sobie sprawę, że Gomułka zupełnie nie przystaje do tych czasów. Rzecz jasna, zwykli obywatele nie znali politycznej kuchni, wystarczyło im, że nagle pojawił się człowiek całkowicie odmienny: kolorowy krawat, dobrze skrojony garnitur i – w pierwszym przemówieniu – słowo „Rodacy!”, zamiast zrzędliwego „Towarzyszki i towarzysze…”. Poza tym Gierka otaczał mit Śląska, który wydawał się polską Katangą – krainą mlekiem i miodem płynącą. Mit był co prawda tylko mitem, ale legenda Gierka na nim wyrosła.

To był człowiek układu.

– Oczywiście. Polacy nie wiedzieli, kim tak naprawdę jest Gierek – że od trzynastu lat zasiada w Biurze Politycznym i w związku z tym od lat należy do wąskiego kręgu partyjnej elity. W pewnym momencie on się lekko od tego układu zaczął dystansować, gdy było już jasne, że Gomułka słabnie, ale nie zmienia to faktu, że był człowiekiem władzy. Nie można przecież być pierwszym sekretarzem największej organizacji partyjnej i członkiem Biura Politycznego – przez długi okres jako jedyny sekretarz wojewódzki – nie będąc z układu.

POLECANE

Piotr Gajdziński, Gierek. Człowiek z węgla. EDWARD WIELKI, EDWARD DYZMA

SZPIEG ZNACZY PISARZ – rozmowa z Vincentem V. Severskim, autorem „Nielegalnych”, „Niewiernych” i „Nieśmiertelnych”

OFIARY W MOICH KSIAŻKACH SĄ ZWYKLE CZYMŚ WTÓRNYM – rozmowa z Piotrem Bojarskim, autorem cyklu „Kryptonim Posen”

Piotr Gajdziński, cytat, fot. Karolina SikorskaCo jednak było w Gierku takiego, że został człowiekiem władzy trochę znikąd? Przecież nie miał wspólnych doświadczeń wojennych z innymi towarzyszami, przyjechał z Zachodu, był robotnikiem w Belgii i Francji. Jak to się stało, że taki człowiek bez wykształcenia, trochę Dyzma, wszedł tak wysoko? Czy to świadczy bardziej o słabości aparatu władzy, czy bardziej o umiejętności kreowania przez Gierka swojego wizerunku?

– Z pewnością nie było jednej przyczyny. Po pierwsze, po wojnie Gierek wrócił z Belgii do Polski niechętnie, za to przyjechał z poparciem sowieckim. Nie ulega to żadnej wątpliwości, bo inaczej nie zaszedłby tak daleko. Rosjanie przed wojną infiltrowali wszystkie partie komunistyczne, ale belgijską szczególnie. I tam dostrzeżono Gierka. Sowieccy komuniści dość nieufnie traktowali towarzyszy z Zachodu, ale Gierek miał i życiorys, i cechy, które mu pomogły. Po pierwsze nie zaangażował się w wojnę w Hiszpanii. Taki niby wielki komunista, a do Hiszpanii walczyć przeciwko Franco nie pojechał. Nie wstąpił też do polskiego wojska, które tworzyło się w 1940 roku bardzo niedaleko od jego ówczesnego miejsca zamieszkania, a później, w postaci brygady generała Maczka wyzwalało Belgię. Całą wojnę cichutko przesiedział w kopalni. I właśnie takich ludzi po wojnie sowieci potrzebowali. A przy tym miał pewne zdolności organizacyjne, była nadzieja, że jako górnik znajdzie wspólny język z robotnikami. Po drugie, pepeerowski aparat był wtedy więcej niż skromny. Partia komunistyczna potrzebowała nowych ludzi, więc jak ktoś miał poparcie władz sowieckich, to chętnie go przyjmowano. I tak Gierek od razu dostał pracę w Komitecie Centralnym, mimo że wcześniej postawił się Romanowi Zambrowskiemu, czwartej osobie w kraju, gdy ten próbował wysłać go z powrotem do Francji, żeby został szefem placówki PCK, czyli de facto kierował agenturą pepeerowską nad Sekwaną. Jego zadaniem miało być ściągnięcie do Polski jak największej liczby emigrantów. Gierek odmówił, w ostrych słowach odparł, że w ostateczności może wrócić do kopalni.

Tupet jak u Dyzmy.

– Trochę tak, a poza tym najpewniej czuł to sowieckie poparcie. On chyba sam do końca wtedy jeszcze nie wiedział, co ma z sobą zrobić. Ale może najważniejsze było co innego – Gierek po prostu nie zdawał sobie sprawy, czym może się skończyć postawienie się takiemu człowiekowi jak Zambrowski. Gierek nie znał sowieckiego ustroju, sposobów, jakimi tam się tam posługiwano. Przez lata emigracji na Zachodzie przesiąknął tamtejszymi demokratycznymi stosunkami. Związku Sowieckiego nie znał, zapewne niewiele wiedział o stalinowskich czystkach. Przecież on nawet nie czytał Lenina! Trochę, bardzo niewiele, bo czytanie nigdy nie było jego mocną stroną, znał tylko prace Bucharina. Mimo wszystko Zambrowski dał Gierkowi pracę w Komitecie Centralnym PPR. Został takim partyjnym ciurą, do czego zresztą zupełnie się nie nadawał i tej pracy ani nie lubił, ani nie sprawiała mu ona satysfakcji. Żona wraz z dwójką synów, Adamem i Jerzym, zamieszkała w Zagórzu, u matki Gierka. Kobiety, dodajmy, nieprzeciętnej, która miała bardzo trudne życie i nigdy, nawet gdy Gierek rządził Polską, ze swojego domku, wybudowanego za pieniądze zarobione na emigracji, się nie wyprowadziła. Gierek był człowiekiem bardzo rodzinnym, więc to oddalenie od najbliższych bardzo mu doskwierało. Rodzinny pozostał zresztą do końca. Jego współpracownicy opowiadali mi, że gdy tylko Gierek leciał gdzieś za granicę, natychmiast po przylocie dzwonił do swojej żony.

Ale to pokazuje, że był wtedy szeregowym pracownikiem aparatu. W pewnym momencie zaczął jednak grać pierwsze skrzypce.

– Pewnie pozostałby jednym z wielu partyjnych urzędników, ale pomogły mu okoliczności, a przede wszystkim strajk w kopalni Kazimierz-Juliusz, który Gierek uśmierzył. Jego rodzina była od dawna związana z tą kopalnią, tam zginął jego dziadek, jego wujek, więc poszedł do tych ludzi. To była odwaga. Umiał z nimi rozmawiać. I potrafił ich przekonać.

To chyba było jego największą siłą – pochodzenie. Przynajmniej na początku, bo władzę stracił chyba także dlatego, że o swoich korzeniach zapomniał.

– Tak, oderwał się i to go zgubiło, natomiast na początku bez wątpienia było to jego siłą. Cała ogromna większość towarzyszy tamtego czasu to byli zawodowi rewolucjoniści, funkcjonariusze partii komunistycznej, którzy od lat nie rozmawiali z robotnikami, co najwyżej do nich przemawiali i jeśli się z nimi spotykali, to oddzieleni wysokim murem. Tymczasem Gierek, jeszcze w latach 60., gdy był już szefem KW i członkiem Biura Politycznego, a więc bardzo wysokim dygnitarzem, witał się z górnikami słowami „Szczęść Boże”, bo taka była śląska tradycja i on ją kultywował. Kiedy w latach 70. podejmował Breżniewa na Śląsku, pokazał sekretarzowi generalnemu KC Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego… kościół, w którym został ochrzczony! Niewyobrażalne w przypadku jakiegokolwiek innego przywódcy partii komunistycznej, bo oni swoje związki z religią, nawet te z bardzo wczesnej młodości, starannie ukrywali. Gomułka, który zresztą chyba nie był nigdy ochrzczony, na pewno by się na coś takiego nie zdobył, ale i Jaruzelski też by sobie na to nie pozwolił. Dość powiedzieć, że podczas pogrzebu matki Jaruzelski nie wszedł do kościoła, a stał na zewnątrz.

Czy to było wyuczone, czy naturalne u Gierka?

– Naturalne.

Piotr Gajdziński, fot. Karolina Sikorska A zwrot „Rodacy”?

– To inna sprawa. Gierek w ogóle nie umiał za dobrze pisać. Gdy w latach pięćdziesiątych na jednym z partyjnych konwentykli wybierano go na sekretarza KC, usprawiedliwiał się, że nie chce tego, bo nie bardzo umie czytać ani pisać. Na co jeden ze starych towarzyszy odpowiedział: „Co wy nam tu Gierek pierdo…, wielka mi rzecz pisanie. Weźmiecie sobie sekretarkę”. Przemówienie z grudnia 1970 roku, zwrotne w jego karierze, pisał mu Stefan Olszowski, chyba we współpracy z Mieczysławem Rakowskim. Kto wymyślił sam zwrot „Rodacy”, nie wiem, ale z pewnością było to genialne zagranie. Dla nas dziś może się to słowo nie wydawać niczym szczególnym, ale wtedy to rzeczywiście była rewolucja.

Co cię skłoniło do zajęcia się tematem, do poświecenia – co przecież było jasne od początku – kilku lat życia na pisanie tej książki?

– Denerwujący mnie mit Gierka. Lata 70. były dla Polaków bardzo ciężkie, choć nieco lepsze niż lata 60. – przynajmniej na początku, bo potem kryzys zaczął się pogłębiać. Tak wychwalane dziś zaopatrzenie sklepów było pod koniec „przerwanej dekady” gorsze, niż za Gomułki. Tymczasem w komentarzach pod recenzjami mojej książki czy wywiadami, i wielu innych miejscach, widzę, że Gierek ciągle jest wspominany dobrze. I wypisuje się tam bzdury, jak choćby to, że za Gierka w Poznaniu tramwaje jeździły co pięć minut. Ten oparty na przekłamaniu sentyment strasznie mnie denerwuje, bo pamiętam PRL i go nienawidzę. Oczywiście rozumiem ten sentyment – ostatecznie za Gierka nastąpił chwilowy rozkwit: pojawiły się kolorowe telewizory, tuż przed objęciem przez niego władzy uruchomiono drugi program telewizji, brama na Zachód została lekko uchylona, przyjechała ABBA, były dżinsy, Coca Cola, Marlboro… Rozumiem też, że działa w nas mechanizm wyparcia. Wolimy pamiętać to, co było dobre, niż to, co złe. I jeszcze jedno. Uważa się, że Gierek zbliżył Polskę do Zachodu. Ale trzeba pamiętać, że za jego rządów Polska przede wszystkim bardziej niż za Gomułki uzależniła się od Związku Sowieckiego. To kompletnie niezgodne ze zbiorową pamięcią, ale tak było. Przytaczam w swojej książce wiele ilustrujących to faktów.

Ja pamiętam kilometrowe kolejki po kawę, rzucaną w moim osiedlowym sklepie tylko w piątki, całonocne stanie po pralkę, które nad ranem kończyło się kupnem niepotrzebnej, ale przynajmniej dostępnej maszyny do szycia, pamiętam kartki.

– A jeszcze ciepła wódka, ona zawsze była wówczas ciepła!, i śledzie na zagrychę, psujące się maluchy i cała tę siermiężność. Ale siermiężność z dzisiejszego punktu widzenia, bo z punktu widzenia ludzi żyjących w latach 60., Polska epoki gierkowskiej to była inna Polska. Ale sam opowiadasz o tym czasie, jakbyś opowiadał anegdotę. Wspominamy tamte czasy często w formie żartu, powtarzanego u cioci na imieninach. A jednak zapominamy, że za Gierka Polska wcale nie odnotowała sukcesu gospodarczego. Bo nie można porównywać poziomu życia w Polsce w roku 1980 z poziomem życia w roku 1969. Trzeba porównywać poziom życia w naszym kraju w roku 1980 i w Hiszpanii w 1980, kraju, który miał bardzo podobne doświadczenia, co Polska, także polityczne. W 1980 roku dochód narodowy brutto Polski był w zasadzie tak samo niski, jak na końcu epoki Gomułki i czterokrotnie niższy niż w Hiszpanii, choć w latach 30. XX startowaliśmy z podobnego poziomu rozwoju.

Czyli książka powstała z nienawiści, ze złości?

– Trochę tak. Przecież gdyby nie PRL, Polska byłaby dziś zupełnie innym krajem. Kiedyś, gdy pracowałem w pewnym banku, pojechałem do Irlandii, do siedziby właściciela mojej firmy. I czekając tam czterdzieści minut na korytarzu przed gabinetem jakiegoś bankowego dygnitarza, pomyślałem, że gdyby nie było PRL-u, to jakiś Irlandczyk czekałby na korytarzu polskiej firmy. Irlandia to mały kraj z niewątpliwym wielkim sukcesem, ale sądzę, że sukces Polski mógł być znacznie większy. To wydało mi się wówczas i tym bardziej wydaje dzisiaj, bardzo niesprawiedliwe.

Piotr Gajdziński, fot. Karolina Sikorska Twoja książka jest próbą przewrócenia pamięci o tamtych czasach. A czy także przestrogą przed takim „dyzmizmem” we współczesnej polityce?

– Przede wszystkim chciałem się zmierzyć z drugim co do ważności mitem PRL-u, zaraz po micie stanu wojennego. A jeśli chciałbym szukać w mojej książce odwołań do współczesności, to może nie tyle przestrzegam przed „dyzmizmem”, co przed tym, co jest uniwersalne i nie dotyczy tylko systemów totalitarnych: oderwaniem się władzy od ludzi. Dziś to też obserwujemy – to takie życie w enklawie, kompletna nieznajomość problemów obywateli. To nie dotyczy tylko Polski, ale wszystkich państw – władza zaczyna w pewnym momencie funkcjonować w zamkniętych kręgach, gdzie podwładni podlizują się szefom, przekonując ich, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a tym samym odcinając ich od rzeczywistości. To miał Gierek, to mieli wszyscy premierzy czy prezydenci, sprawujący długo władzę, także w III Rzeczypospolitej.

A jednak wciąż stawiamy mu pomniki.

– W zasadzie wśród przywódców naszego kraju w najnowszej historii na pomniki w oczach Polaków zasługują, jak wskazują badania, tylko Piłsudski i Gierek. Ale może ludzie stawiają pomniki nie Gierkowi, tylko swojej młodości? To wtedy byli i piękni i beztroscy. A może wynika to też z tego, że Gierek jest jedynym przywódcą PRL-u, który jakoś tam za swoje przewinienia odpokutował?

W stanie wojennym był internowany dłużej, niż Lech Wałęsa.

– Znacznie dłużej. I nie był, mówiąc delikatnie, traktowany dobrze. Gdy czytałem dokumenty na ten temat zgromadzone w IPN, głęboko mu współczułem. Popełnił wiele błędów, doprowadził Polskę do bankructwa i należało go osądzić, i posadzić w normalnym więzieniu, a nie w jakimś nieogrzewanym baraku na poligonie. To było nieludzkie ze strony Jaruzelskiego, człowieka, który całe lata przesiedział z nim w Biurze Politycznym, którego w 1970 roku Gierek bardzo bronił mówiąc stoczniowcom, że minister obrony narodowej był w areszcie domowym. I który był jednym z tych, którzy Gierka wynieśli na stolec szefa partii. Sam generał tłumaczył mi, że chodziło o zrównoważenie, pokazanie, że wszyscy są traktowani tak samo, ale to demagogia. A że Polacy lubią utożsamiać się z pokrzywdzonymi, to może i tu tkwi jakiś powód takiego, a nie innego podejścia do Gierka.

A twoje podejście do Gierka zmieniło się w trakcie pisania książki?

– Gierek okazał się inny niż sobie na początku wyobrażałem. I to w pozytywnym sensie. Dziś jestem przekonany, że Gierek był lepszym człowiekiem, niż wszyscy inni pierwsi sekretarze PZPR. Oczywiście nie był aniołem, ale jeśli mnie coś w nim ujmuje, to jego przywiązanie do rodziny, pewna skromność, przynajmniej do połowy lat 70., oraz jego autentyczne przywiązanie do robotników. Gierek miał ludzki wymiar. I w przeciwieństwie do wszystkich innych szefów PZPR, może poza Rakowskim, nie był człowiekiem, który babrał się w materiałach SB. Szlachcicowi, wtedy szefowi MSW, kazał drastycznie ograniczyć liczbę podsłuchów, wcześniej nakazał spalić teczkę z materiałami kompromitującymi Jerzego Ziętka, swojego współpracownika na Śląsku. Z kolei na przykład Jaruzelski w materiałach służb specjalnych się lubował, czytał zapisy podsłuchów nawet mniej ważnych ludzi zaangażowanych w działalność opozycyjną. No, i kazał podsłuchiwać nawet najbliższych współpracowników.

Miejscami książkę czyta się jak thriller. Tak jest w pełnej dramatyzmu, ale i groteski, scenie odsunięcia od władzy Gomułki, czy w scenach przejmowania władzy przez Gierka, w tych wszystkich zakulisowych spotkaniach, negocjacjach, nocnych telefonach, w końcu tak szczegółowo opisanego nocnego spotkania z Franciszkiem Szlachcicem i Stanisławem Kanią. Gierek podaje gościom herbatę i kanapki, a chwilę później de facto staje się następcą Gomułki. Jak zdobywa się takie informacje, jak wygląda warsztat biografa?

– On herbatę i kanapki przygotował nie tylko dla Szlachcica i Kani, ale też dla ich kierowcy! Profesor Antoni Dudek powiedział o „Gierku. Człowieka z węgla”, że jest to książka napisana w tradycji anglosaskiej i to mu się bardzo podoba, bo polscy historycy uważają, że książka historyczna, aby być ważna musi być nudna, napisana „poważnym” językiem. Profesor Dudek sprawił mi tymi słowami wielką radość. Dokładnie na tym mi zależało – aby ta książka była interesująca dla wielu ludzi, aby dobrze się ją czytało. Więc gdy Waldemar Kuczyński powiedział, że „Gierek. Człowiek z węgla” jest „czytadłem”, ale „czytadłem” w dobrym tego słowa znaczeniu, to padłem z radości. Te słowa padły podczas dyskusji o mojej książce na Targach Książki Historycznej na Zamku Królewskim w Warszawie i słuchałem ich, jak się domyślasz, z wielką przyjemnością. Jakby ktoś wylał na mnie beczkę lukru. Wracając do twojego pytania. Gdy zamierza się napisać taką książkę, wcześniej trzeba przeczytać masę innych książek, dokumentów, relacji. Trzeba też mieć umiejętność, którą chyba zawdzięczam studiom historycznym, odsiewania nieistotnych faktów. Ciekawą lekturą są wspomnienia Piotra Kostikowa, sowieckiego nadzorcy Polski, który był zafascynowany Gierkiem, ale też książka Stanisława Kani, która wydaje mi się dość prawdziwa, przynajmniej na poziomie faktów. Poza tym na początku lat 90. ukazało się kilka książek ludzi z drugiego planu, np. ówczesnego wiceministra handlu zagranicznego Stanisława Długosza, który ciekawie pisze o całej sferze gospodarczej epoki Gierka.

Piotr Gajdziński, fot. Karolina Sikorska A rozmowy? Dotarłeś do wielu osób, prominentnych w tamtym czasie. To trudne zadanie? Wyobrażam sobie, że ówcześni ludzie władzy nieszczególnie mogą chcieć o tamtych czasach rozmawiać.

– To zależy. Łatwo było dotrzeć do Jaruzelskiego, to była kwestia jednego telefonu, ale rozmowa z nim była już bardzo trudna, bo generał chciał rozmawiać tylko o stanie wojennym, co mnie w kontekście tej książki w ogóle nie interesowało. Stanisław Kania nie zgodził się na spotkanie, tłumacząc się złym stanem zdrowia oraz tym, że wszystko już napisał w swojej wspomnieniowej książce. Bardzo dobrą, bardzo ważną rozmowę odbyłem z Józefem Tejchmą, który we władzach centralnych zasiadał przez długi czas i długo pracował z Gierkiem. To świetny rozmówca. Trudniej rozmawiało się z Pawłem Bożykiem, który był doradcą ekonomicznym Gierka, bo pan profesor ma olbrzymią wiedzę, ale jest też apologetą Sztygara, czego nie ukrywa. Do tego jest człowiekiem bardzo zajętym. Za to przy autoryzacji profesor, chapeau bas, nie zmienił ani jednego słowa.

Czy pomysł, by kolejną książkę poświecić generałowi Jaruzelskiemu, zrodził się podczas rozmowy z nim?

– Nie. Pomysł pojawił się dopiero pod koniec pisania biografii Gierka. Tak naprawdę chciałem pisać kolejną książkę o kimś innym, ale wydawnictwo zaproponowało mi napisanie o Jaruzelskim i ja z entuzjazmem na to przystałem, bo generał to postać niewątpliwie ciekawa. Szczególnie wtedy, gdy zacznie się tę jego postać mocno „drapać” i odsłaniać mniej znane pokłady. Natomiast nie pytaj mnie, jaką książkę chcę o nim napisać, bo nie wiem. Dopiero uczę się Jaruzelskiego. Przy pisaniu staram się odrzucać moje poglądy. Oczywiście, umówmy się, nie da się tego zrobić całkowicie, ale przynajmniej w ocenie postaci, o której piszę, staram się na początku być jak tabula rasa, chcę dowiedzieć się, jakim człowiekiem jest opisywana postać, a nie przefiltrowywać zdobywaną wiedzę przez własne uprzedzenia czy sympatie.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Jest to pełna wersja wywiadu, opublikowanego 6 grudnia 2014 r. w „Gazecie Wyborczej Poznań” i na Wyborcza.pl

Piotr Gajdziński – publicysta, publikował m.in. we „Wprost” (na początku lat 90.), „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Rzeczpospolitej”, „Życiu Gospodarczym”. Od kilku lat związany z miesięcznikiem „Odra”. Autor książek „Niewinny morderca”, „Balcerowicz na gorąco”, „Imperium plotki, czyli amerykańskie śniadanie z niemowląt”, „Prowokacja”, „Anatomia zbrodni nieukaranej”, „Sztuka przywództwa. Piłsudski” oraz wydanej ostatnio biografii byłego I sekretarza KC PZPR „Gierek. Człowiek z węgla”.

Specjalne podziękowanie dla Karoliny Sikorskiej za zdjęcia wykonane na potrzeby tego wywiadu. Wykorzystywanie, powielanie zdjęć tylko za zgodą ich autorki

Jedna myśl na temat “DOBRY CZŁOWIEK, ZŁY PRZYWÓDCA – rozmowa z Piotrem Gajdzińskim, autorem książki „Gierek. Człowiek z węgla”

Możliwość komentowania jest wyłączona.