fragment książki

Jennifer Down, „Ciała subtelne” | PRZECZYTAJ FRAGMENT

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. mamy dla Was fragment powieści Jennifer Down „Ciała subtelne”. Książka już w księgarniach.

Niespodziewana wiadomość sprawia, że Holly wraca do przeszłości. Do czegoś, o czym nie chce pamiętać: mrocznych wspomnień i niewypowiedzianej traumy, ostrzegawczych uderzeń w ścianę sypialni, niezgłębionej straty… Dawno temu stała się nową osobą. Co się wydarzy, gdy pogrzebane historie ujrzą światło dzienne? Autorka w mistrzowski sposób, z niezwykłą czułością i uwagą opisuje tragedię i traumy bohaterki powieści. Czy da się zbudować nowe życie doświadczając wykorzystania seksualnego, biedy, uzależnienia od narkotyków, czy przemocowych relacji?

***

FRAGMENT POWIEŚCI

Część I

1973–1992

Czy wiedziałaś, maleńka, 
Że nim wyszłaś z ciemności,
Czekały mocne dłonie,
Czekały stare pieśni,
Gotowa była miłość pogodzić cię z ziemi twardością?
Nettie Palmer, The Welcome 

Walnut Street, Burlington w stanie Vermont,
Stany Zjednoczone, 2018

Pierwszą wiadomość dostałam przez Facebooka. Wpadła do folderu „Inne”, gdzie lądowały wiadomości od obcych ludzi próbujących wcisnąć człowiekowi tabletki na przedłużenie penisa, namówić go do wysłania nagich zdjęć lub wciągnąć do sieci sprzedaży bezpośredniej. Na podglądzie widać było tylko pierwszą linijkę:

Cześć, Holly, dziwna to będzie (…)

Kliknęłam na zdjęcie profilowe nadawcy. Wyglądał na nieco starszego ode mnie, choć właściwie trudno było orzec. Siwe włosy obcięte na zapałkę schodziły mu na czoło wdowim szpicem, zarost na policzkach miał podobną długość jak włosy. Głęboko osadzone brązowe oczy o nieco opadających kącikach. Niemodne okulary w srebrzystych owalnych oprawkach i czarna koszulka z dużym nadrukiem wierzgającego konia. Średniej budowy, być może szczupły. Workowate ubrania mogły kryć chuderlawe kończyny lub żylastą muskulaturę. Trzymał na kolanach może czteroletnią dziewczynkę, która wyciągała przed siebie połowę niedużej pomarańczy. Patrzył nie w obiektyw, lecz na nią, ale ze względu na ustawienie aparatu widać było całą jego twarz.

Na jego profilu niewiele znalazłam publicznie dostępnych informacji. Tony Cooper, w związku z Susan Jennings, zamieszkały w Australii, miejscowości nie podano. Gdybym przyjrzała się uważniej, wywnioskowałabym lokalizację już ze zdjęcia w tle: siedział na plastikowym krześle ogrodowym przed wiatą garażową, w której przysadzistym kształcie było coś nieuchwytnie australijskiego. Spostrzegłam to odruchowo, choć od dziesięcioleci nie mieszkałam w tym kraju.

Cześć, Holly, dziwna to będzie wiadomość, no ale. Zastanawiam się, czy nie jesteś czasem krewną Maggie Sullivan (Australijki). Zaginęła wiele lat temu, a ja próbuję ją odnaleźć. Jako dzieci przez kilka lat mieszkaliśmy w jednym domu. Pytam dlatego, że twoje zdjęcie pojawiło się na stronie z żartami o pielęgniarkach, którą śledzi moja córka (też jest pielęgniarką, ale tu, w Melbourne). Od razu pomyślałem, że jesteś bardzo podobna do Maggie, której zdjęcie opublikowano w tutejszych gazetach po jej zaginięciu w 1998 roku. Miała wtedy zaledwie dwadzieścia pięć lat, a ja widziałem ją po raz ostatni, gdy byliśmy jeszcze nastolatkami, ale odkąd usłyszałem o tym wszystkim w wiadomościach, ciągle się zastanawiam, co też się mogło z nią stać. Niewiele wiem o jej rodzinie (byliśmy w tym samym rodzinnym domu dziecka), więc nie mam pojęcia, czy ma gdzieś rodzeństwo lub krewnych. Dzięki za poświęcony czas. Pozdrawiam, Tony Cooper

Wiedziałam, że wciska mi kit, bo tam były tylko trzy rodzinne domy dziecka, a ja nigdy nie mieszkałam z żadnym Tonym. Wystraszyłam się. Kliknęłam jeszcze raz na jego zdjęcie profilowe i powiększyłam je, żeby przyjrzeć się bliżej zarysowi szczęki i barków. Wyobraziłam sobie pulchniejsze ciało, ciastowatość nastolatka będącego za pan brat z rumem i fajką wodną, rozdrapane pryszcze, rozwichrzone włosy z końcówki lat osiemdziesiątych, do tego reeboki. I owszem, rozpoznałam go, choć nie znałam go pod tym imieniem. Żołądek podszedł mi do gardła. Mieszkaliśmy razem dość krótko w domu w Beaconsfield. Był uosobieniem serdeczności. Przedstawił mi swoich kumpli i pozwolił się z nimi włóczyć, kiedy nie miałam jeszcze własnej paczki. Woził mnie na swoim rowerze, bo nigdy nie nauczyłam się jeździć sama. Zawsze sprawdzał, czy wszystko gra, gdy wślizgiwałam się do domu bladym świtem.

Dawno temu stałam się nowym człowiekiem i do momentu otrzymania tej wiadomości nie sądziłam, by jeszcze ktokolwiek szukał osoby, którą kiedyś byłam. Skasowałam wiadomość i zablokowałam nadawcę, po czym tak zmodyfikowałam ustawienia prywatności, że w sieci stałam się prawie niewidoczna. Jako zdjęcie profilowe wrzuciłam portret swojego psa.

Doveton, przedmieścia Melbourne,
Australia, 1975

Mam dobrą pamięć, ale nie ma w niej miejsca na moją matkę. Jest tylko przeczuciem, bardzo nikłym. Mapą niczego. Słomkowym kapeluszem, klipsem w kształcie rybki, miseczką orzeszków. Kiedyś chyba leżeliśmy nad potokiem na starym kocu piknikowym, wszyscy troje, ja między nimi. Później karmiliśmy ptaki okruchami chleba z torebki. Pamiętam, że widzę ją od tyłu, głowa oparta o zagłówek tego z samochodowych siedzeń, które najlepiej nadaje się dla samobójców, ramię wygięte pod nienaturalnym kątem, żeby pogładzić mnie po nodze. Jest piramidą jabłek w sklepie spożywczym w Dandenong, niebieską sukienką, składanym krzesełkiem w paski. Nazywała się Eleanor. Zmarła, zanim skończyłam trzy lata. Wyobrażam sobie, że miała jasne włosy, bo tata był brunetem, a ja jestem popielatą blondynką. Poza tym niczego nie jestem już pewna. W dużej mierze jest wytworem mojej wyobraźni.

Mystic Court, Eumemmerring, przedmieścia Melbourne,
Australia, 1976–1977


Pierwszym miejscem, które poznałam, był brązowy dom przy Mystic Court. Podobnie jak moja matka, był bardziej wrażeniem niż czymkolwiek innym. Wiatr w liściach eukaliptusa rosnącego od ulicy, światło wpadające do środka przez osadzone w drzwiach szybki z bąbelkowego szkła. Podwórko na tyłach domu. Siedzę na barana u taty pod gałęziami uginającymi się od jędrnych owoców i wrzucam morele do wiaderka. Pachniał kawą rozpuszczalną i przyjemnym, świeżym potem. Niedojrzałe owoce kazał mi zostawiać na gałęziach, ale nigdy nie miałam dość cierpliwości. Chciałam je wszystkie od razu. Nauczył mnie okręcać mięsiste kule tak, żeby łatwo było je zerwać. Potrzebowałam do tego obu rąk.

Trawa w miejskim pasie zieleni przed naszym domem sięgała mi do ud. Sąsiedzi przycinali swoją, wymownie przerywając prace na linii ogrodzenia dzielącego nasze domy, by wyraźnie zaznaczyć, gdzie kończy się dobrze utrzymany trawnik, a zaczyna kompletne zaniedbanie, z czego tata tylko się śmiał. Nie rozumiałam czemu. Długie podróże autobusem i pociągami do domów innych ludzi. Mecze futbolowe na stadionach Moorabbin Oval i Waverley Park, dziergana czapka ojca naciągnięta na uszy, jego budrysówka, gorące frytki z solą i octem, metalowe barierki, z których można się było zwieszać. Przytrzasnęłam sobie palce drzwiami samochodu i ktoś mi kupił lody na patyku, takie w czekoladzie, po czym nakarmił mnie nimi po kawałku, jakbym była pisklakiem.

Kiedyś w zimie tata się strasznie rozchorował i jakiś czas mieszkaliśmy u wuja Grahama. Tak naprawdę nie był moim wujem; jeśli nawet miałam jakichś wujów albo ciotki, nigdy ich nie poznałam. Spaliśmy u niego na rozkładanej kanapie. W pewnym momencie ojciec wylądował w szpitalu z zapaleniem wątroby, chociaż wtedy nie miałam pojęcia, co to takiego. Opiekował się mną wtedy Graham i jego żona Raelene. Ponieważ bałam się spać sama, Graham przeniósł się na rozkładaną kanapę, a ja do łóżka Rae. Rankiem budziłam się w jej ramionach. Rozmawiałyśmy o tym, co będziemy robić przez cały dzień, zadawałam jej różne pytania, a potem Graham przynosił herbatę w kubkach i wszyscy jeszcze przez jakiś czas leżeliśmy razem w łóżku. Robiło mi się między nimi za gorąco, więc wyślizgiwałam się spod tych wszystkich kocy, a Rae wstawała i robiła mi śniadanie, zwykle pełnoziarniste płatki z mlekiem, które posypywała łyżeczką cukru, popukując w nią palcem wskazującym, by drobinki rozłożyły się równomiernie. Do tej pory tak słodzę owsiankę.

Gdy tacie się polepszyło, odebraliśmy go ze szpitala i Graham odwiózł nas do domu przy Mystic Court. Od smrodu papierosów i starej tapicerki jego holdena FE robiło mi się niedobrze, więc siedziałam jak pies z twarzą rozpłaszczoną na szybie.

Tata powoli wracał do zdrowia. Leżał na kanapie przykryty kocem, a ja bawiłam się w lekarza. Nieustannie dzwonił telefon, ale tata wstawał tylko po to, żeby zrobić mi tosta. Raz przygotował mi kąpiel. Po kilku dniach poczuł się lepiej i nauczył mnie stawiać pasjansa. Wpadł jego kumpel Chippy i dał sobie w żyłę przy kuchennym stole. Ojciec naskoczył na niego – Nie przy dziecku! – i wyrzucił go z domu. To kolejne przedziwne wspomnienie, bo przecież wielokrotnie, często z tylnego siedzenia samochodu, obserwowałam, jak ojciec dawał sobie w żyłę, i do dziś nie pojmuję, czemu właśnie tego popołudnia z Chippym okazało się to jakimś problemem.

Jennifer Down, Ciała subtelne (Bodies of Light) – fragment
Przełożyła Dorota Konowrocka-Sawa
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 9 października 2024
ISBN: 9788383199030

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej