EDWARD WIELKI, EDWARD DYZMA. Piotr Gajdziński, Gierek. Człowiek z węgla

TEKST PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

Gdy w czerwcu 2004 roku we wsi Waszkowskie koło Sieradza staje nowa sala gimnastyczna, nikt nie ma wątpliwości, czyim imieniem ją nazwać. Patron może być tylko jeden – „wybitny przywódca Polski w latach 1970-1980”. Ten sam, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”. Nikt w tamtej chwili nie pamięta, że to ten sam człowiek, który ponad miarę zadłużył kraj, najpierw dając obywatelom ułudę dobrobytu, małego fiata i wczasy w Jugosławii czy Bułgarii, by w końcu zmusić ich do stania w całonocnych kolejkach po najbardziej podstawowe dobra, rozdzielane dodatkowo na kartki. Ten sam człowiek przyznał Virtuti Militari Leonidowi Breżniewowi, do konstytucji wpisał słowa o nierozerwalnej więzi przyjaźni polsko-radzieckiej, a siebie samego chciał mianować prezydentem.

GierekPo latach we wsi Waszkowskie – ale i w wielu innych miastach i wsiach – wspomnienie o Edwardzie Gierku jest jednoznacznie pozytywne. Taką sympatią nie cieszy się żaden inny były komunistyczny przywódca Peerelu. To najlepiej pokazuje, jak skomplikowaną osobą był Gierek, a tym samym, jak trudne zadanie wziął na swoje barki Piotr Gajdziński – autor znany choćby z takich książek jak „Prowokacja” czy „Imperium plotki” – chcąc przybliżyć sylwetkę byłego I sekretarza KC PZPR. Trzeba powiedzieć wprost: Gajdziński zmierzył się z materią trudną, ale z tej walki wyszedł obronną ręką. Zdecydowanie nie postawił pomnika, ale i nie wziął do ręki tak popularnego ostatnio u niektórych historyków łomu, którym wali się na oślep i burzy wszystko jak leci. Gierek Gajdzińskiego to nie wielki przywódca (choć często na Zachodzie szanowany i podziwiany), to nie mąż stanu czy choćby przebiegły strateg, ale człowiek, który osiągnął szczyty, bo uwierzył, że jest wielki, człowiek z podstawowym wykształceniem, bez ekonomicznego przygotowania, unikający trudnych spraw i decyzji, Dyzma znikąd, który ma jednak przynajmniej jeden niewątpliwy talent – umiejętność rozmawiania z robotnikami i przekonywania ich do swoich racji (słynne: „Pomożecie?”). Nic dziwnego – jest jednym z nich, górnikiem z belgijskiej kopalni węgla kamiennego w Limburgii, który pierwszą pracę podjął w wieku 13 lat, legitymując się sfałszowaną metryką. Jest człowiekiem wyrzuconym z Francji za współorganizowanie strajku w kopalni.

IMG_0126APOLECANE

SZPIEG ZNACZY PISARZ – rozmowa z Vincentem V. Severskim, autorem „Nielegalnych”, „Niewiernych” i „Nieśmiertelnych”

OFIARY W MOICH KSIAŻKACH SĄ ZWYKLE CZYMŚ WTÓRNYM – rozmowa z Piotrem Bojarskim, autorem cyklu „Kryptonim Posen”

Mirosław Tomaszewski, Marynarka. ZBRODNIA, KARA I CAŁA RESZTA

Belgijska i francuska przeszłość Gierka wyróżnia go na tle gomułkowskiego aparatu partyjnego, „Sztygar” jest człowiekiem z Zachodu, co u partyjnych kolegów wzbudza nie tyle podziw, co zawiść, ale i w pewnym sensie staje się trampoliną, która pozwala mu najpierw stać się partyjnym baronem na Śląsku, dla komunistów najważniejszym regionie kraju, a potem przejąć władzę po Gomułce. Ten moment to zresztą jedna z tych scen w książce, w których autor biografii raczy nas stylem niemal z politycznego thrillera, opisując dzień po dniu, godzina po godzinie, ów swoisty „zamach stanu”.

Gajdziński swą opasłą książkę, bogato ilustrowaną wycinkami z ówczesnej prasy, ale i reklamami rodzimych produktów z „przerwanej dekady” (biuściasta niewiasta oparta o maskę polskiego fiata), zbudował nie tylko na dokumentach czy opublikowanych autobiografiach bohaterów, ale podszedł do niej po dziennikarsku, rozmawiając z tymi, którzy mogli mieć najlepszą wiedzę o latach 70. i 80., a przede wszystkim o kulisach rozgrywek na szczytach władzy, w tym z generałem Wojciechem Jaruzelskim – początkowo jednym z ludzi Gierkowi najbliższych, który później, w przeddzień stanu wojennego skazał „Sztygara” na internowanie.

Gajdziński jest autorem obiektywnym, choć da się w jego książce wyczuć złość – na tych, którzy stawiając Gierkowi pomniki, posługują się pamięcią wybiórczo. Na tych, którzy tęsknią za dawnymi czasami, nie przyjmując tak prostych argumentów jak choćby suche dane gospodarcze – w 1975 roku za przeciętna pensję można było kupić 70 kg schabu, w 2012 roku już 159, w połowie gierkowskiej dekady stać nas było na 39 paczek kawy miesięcznie, teraz są to już 324 paczki i choć chleb czy mleko były znacznie tańsze, to już jajek w miesiącu zjeść możemy dziś ponad 5000, za Gierka – 1400.

Gajdziński chce więc przywrócić nam wszystkim pełną pamięć o epoce „Sztygara”, nie tylko o krówkach, coca-coli i Peweksach, ale i o gospodarczych „osiągnięciach” ekipy. W 1980 roku dochód narodowy brutto Polski był czterokrotnie niższy, niż w Hiszpanii, choć w latach 30. XX startowaliśmy z podobnego poziomu rozwoju i oba kraje miały równie trudną historię. Co więcej, najczęściej nie pamiętamy też, że PKB w latach 70. był tylko minimalnie wyższy, niż za Gomółki, że w 1971 roku, a więc krótko po objęciu władzy przez Gierka staliśmy w kolejkach średnio 73 minuty, a w 1976 roku już 94.

Z sentymentem nie da się walczyć. Ale warto walczyć z historią pisaną nie w oparciu o dokumenty, a o wrażenia i przekonania. Autor biografii „Gierek. Człowiek z węgla” daje nam w tej walce do ręki pokaźną garść argumentów.

Tu znajdziecie blog Piotra Gajdzińskiego

Piotr Gajdziński

Gierek. Człowiek z węgla

Wydawnictwo Poznańskie 2014