recenzja

Kosmiczny ogród o rozwidlających się ścieżkach | Istvan Vizvary, Lagrange. Listy z Ziemi

Opowieść nie jest zbyt dobrym orężem w walce z chaosem świata: ograniczona przez język i naturę czasu więzi nas bardziej w fikcji o świecie niż pozwala cokolwiek z niego zrozumieć. A jednocześnie potrzebujemy jej, by zachować człowieczeństwo i nadzieję. Oto „Lagrange. Listy z Ziemi Istvana Vizvary’ego – imponująca rozmachem i erudycją jedna z najbardziej niezwykłych polskich powieści sf ostatnich lat. Recenzuje Wojciech Gunia.

ESS Steropes – olbrzymi statek kosmiczny – wyrusza wraz z trzyosobową załogą w okolice Enceladusa, lodowego księżyca Saturna. Misja jest próbą generalną przed pierwszą w historii ludzkości podróżą międzygwiezdną, do Alfy Centaura. Kurs na ekspansję to ucieczka do przodu: Ziemia po katastrofie ekologicznej i wojnie nuklearnej nie nadaje się już do zamieszkania. Ale nie tylko test systemów jest celem wyprawy. Misja ma zbadać znajdujący się pod lodową skorupą Enceladusa ocean, gdzie być może ukrywa się życie. Na domiar wszystkiego w okolicy znajduje się także opuszczona, rosyjska stacja kosmiczna Rasswiet, w której nasi wschodni sąsiedzi (niestety) zdawali się wdrażać właściwe swej specyficznej mentalności mistyczno-religijno-imperialno-naukowe eksperymenty. Czy coś może pójść nie tak? Oczywiście, wszystko może pójść nie tak. A nawet jeszcze więcej.

Skok przez wysoki próg wejścia

Hard sf traktowane jest często jako konwencja „inżynierska”. Nic dziwnego. Stojące u podstaw tej specyficznej literatury założenie, by nakreślić możliwie wiarygodny i kompleksowy obraz przyszłości, raczej dalszej niż bliższej, wymaga zaprzęgnięcia do literackiego światotwórstwa szerokiego spektrum zasobów dostępnej nauki i wyprowadzenia z niej możliwie prawdopodobnej ekstrapolacji. Co staje się dla hard sf często jednoczesnym błogosławieństwem, jak i przekleństwem, gdy z jednej strony otrzymujemy fascynującą, kompleksową wizję, z drugiej strony zaś nie dostajemy zakorzenionej w tej wizji równie fascynującej historii. Bo albo kontekst światotwórczy staje się tak abstrakcyjny, że trudno znaleźć w nim miejsce dla emocji, które moglibyśmy rozpoznać i przeżyć albo historia – narracja oraz postaci – nie jest aż tak ważna dla autora jak mityczny „koncept”, wobec którego inne elementy utworu literackiego pełnią czysto pretekstową rolę (wzorcowym przykładem niech będzie tu równie koncepcyjnie fascynująca, co literacko niestrawna Diaspora Grega Egana).

„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvary, choć dzieli z innymi książkami hard sf takie aspekty jak bardzo wysoki próg wejścia, nieprzebrane morze technicznej nomenklatury i intrygujące pomysły techniczne, zręcznie unika opisanej powyżej pułapki, gdyż koncepty technologiczne ustępują w niej miejsca chyba najbardziej fundamentalnemu, przejmującemu rozważaniu egzystencjalnemu: pytaniu o to, na ile w ogóle możemy świat poznać i jak to poznanie jest uzależnione od naszej biologii oraz sposobu, w jaki opowiadamy sobie – strukturyzujemy – naszą wiedzę. I jakie są tego konsekwencje. Twarda fantastyka naukowa biorąca się za barki z tak głęboko humanistycznymi pytaniami może być albo spektakularnym sukcesem albo spektakularną katastrofą, a linia odgraniczająca te dwa obszary bywa wyjątkowo cienka.

Przeczytaj także

Między nauką a mistyką, między opowieścią a niewyrażalnym

„Lagrange”, czyli nazywany od nazwiska odkrywcy – Josepha Lagrange’a, włosko-francuskiego XVIII-wiecznego matematyka i astronoma – punkt libracyjny, to miejsce w układzie dwóch lub więcej związanych grawitacyjnie ciał, w którym równoważy się ich wzajemne oddziaływanie. Umieszczony w takim punkcie obiekt o masie, która nie wpływa na układ sił, nie opadnie na żadne z tych ciał, ale będzie unosić się w przestrzeni między nimi.

W powieści Vizvary’ego punkt libracyjny między Saturnem a Enceladusem pełni kluczową funkcję fabularną, stanowiąc jednocześnie metaforę zawieszenia między empirią i racjonalizmem a wiarą, intuicją i mistyką. Obydwie sfery są ludzkie, obydwie – wobec złożoności świata – bardzo złudne i zwodnicze.

Aby o tym epistemologicznym zagubieniu nie tylko opowiedzieć, ale także oddać jego naturę, Vizvary zrezygnował z klasycznej konstrukcji powieściowej, zakładającej wyrazistość fabuły i chronologiczne następstwa akcji. Bohaterowie „Lagrangeginą, potem znów się zjawiają, w międzyczasie zastępowani przez inne postaci, które wchodzą w ich role (trochę jak w „Zagubionej autostradzie” Lyncha); uczestniczą w akcji, która rwie się, zapętla i w zasadzie przez cały czas jest przedstawiana z rozmaitych, skrajnie subiektywnych punktów widzenia. To, w połączeniu z gęstą nomenklaturą sf (której Vizvary nie tłumaczy żadnym infodumpem; znaczenia poszczególnych terminów rekonstruujemy sobie mozolnie z kontekstów fabularnych) sprawia, że „Lagrange” stanowi wyzwanie tyleż fascynujące, co wyczerpujące – wymagającej doskonałej pamięci i nieustannej koncentracji na szczegółach. W czasach, w których powieści „czytają się same” prowadząc czytelnika za rękę (albo jak po sznurku), tego typu podejście autorskie – wrzucające bohaterów, a wraz z nim czytelnika do kosmicznego „ogrodu o rozwidlających się ścieżkach” – jest aktem dużej odwagi i wiary w czytelnika.

Zresztą, wspominam o opowiadaniu Borgesa nieprzypadkowo. „Lagrange” zdaje się wprost próbą wcielenia w strukturę powieściowej formy idei stojącej za utworem argentyńskiego klasyka, opowiadającego o mitycznej księdze, która – w przeciwieństwie do klasycznej narracji, mogącej oprzeć się zawsze na jednym ciągu przyczynowo-skutkowym – zawiera w sobie wszystkie ewentualności, cały zbiór możliwości, które może poznać odbiorca (tym samym staje się powieściowa fantastyka Vizvary’ego rodzajem metakomentarza do samej powieści jako gatunku, nawiązując w ten sposób również do nouveau roman). 

Przeczytaj także:

Kwantowa mistyka przestrzeni kosmicznej

Ta próba nie jest wyłącznie metaliteracką zabawą, upchniętą przy okazji kolanem w kostium twardej fantastyki naukowej. Clou powieści stanowi wszak refleksja nad tym głęboko ludzkim momentem, w którym opowieść jako próba spójnej systematyzacji świata, wyczerpując swoje możliwości, ucieka w mistykę (która nieuchronnie pojawia się tam, gdzie świat staje się zbyt złożony, by mówić i myśleć o nim inaczej niż przez metafory). Ale to tylko jedno oblicze problemu: albowiem skoro struktura opowieści jest zawsze związana z wektorem czasu (od-do), oznacza to także, że w czasie jest zakorzeniona wszelka ludzka vis cogitativa, przez czas uwarunkowana i ograniczona. Ucieczka w mistykę nie jest zatem wyłącznie próbą transgresji języka, który separuje nas od prawdy o świecie. Jest przede wszystkim próbą przekroczenia podstawowego ogranicznika, który jest wbudowany w sam fundament naszego bycia w świecie: czasu. A raczej sięgnięcia ku czasowi urojonemu, który najprościej zwizualizować sobie jako linię prostopadłą do osi czasu biegnącego od przeszłości ku przyszłości. Włączanie fizyki kwantowej w dyskusję o mistyce? Czytanie humanistycznych pytań poprzez idee wyprowadzone z nauk ścisłych? Właśnie za takie karkołomne próby kochamy klasową, twardą fantastykę.

W „Lagrange” wspomniana mistyka – rozumiana jako usiłowanie przekroczenia czasu i języka – przybiera dwa zasadnicze oblicza. Z jednej strony jest ujęta poprzez opowieść o rosyjskiej stacji, w której kosmonauci-mnisi, kodując treść modlitw w swoim DNA, a następnie składając samych siebie w ofierze dla Jezusa-Saturna, próbowali zmienić bieg historii. Z drugiej strony mistyka przybiera postać słów Plejone – „myślorostu” – czyli ni to organicznego, ni to mechanicznego tworu wyposażonego w sztuczną inteligencję, ciekawość oraz możliwości zmysłowe tak znacznie przekraczające możliwości ludzkie, że próba opowiedzenia przez Plejone jej doznań w języku załogi Steropesa przybiera formy czasami poetyckich, czasami absurdalnych ciągów, których znaczenie okazuje się zakorzenione nie w ich treści, ale w odbiorcach – ich możliwościach, uprzedzeniach i przede wszystkim ograniczeniach.

Granice narracji i języka jako granice poznania

Skoro ucieczka w mistykę jest ucieczką przed poznawczą bezradnością, oznacza to, że musimy wrócić do tematyki epistemologicznej. Możliwości poznania świata w „Lagrange” rozbijają się wobec tego na dwóch różnych, ale związanych ze sobą poziomach: pierwszym z nich jest sama struktura osadzonej w jednym czasie historii. Wszak wyodrębnienie spójnej opowieści z kłącza zdarzeń (dokonanych, niedokonanych i potencjalnych) oznacza usunięcie większości tych zdarzeń z pola percepcji. Ot, kolejna paralela między naturą opowieści a fizyką kwantową: akt wypowiedzenia historii staje się ekwiwalentem aktem pomiaru, wyrywającym układ ze stanu superpozycji ku stanowi ustalonemu.

W konsekwencji osadzenie się w jakiejkolwiek pewności na temat świata jest niemożliwe, ponieważ wszelka opowieść o świecie jest fikcją: redukcja wszelkich możliwych przebiegów do tylko jednego to nic innego niż kłamstwo oparte na przemilczeniu. Drugim poziomem są semantyczne granice samego języka, w którym te historie usiłuje się opowiedzieć. Języka bezradnego wobec ogromu zjawisk, zamkniętego w bańce własnej struktury i leksyki oraz przede wszystkim uwarunkowanego przez biologię użytkowników. Zresztą, bohaterowie Lagrange nie doznają rzeczywistości nawet tak, jak pozwala na to biologia: kosmonauci wyposażeni w „egzokorteksy” – cybernetyczne rozszerzenia modulujące ich percepcję, sposób myślenia, a nawet emocje – doświadczają świata poprzez jeszcze jeden filtr, jeszcze jedno pośrednictwo. Poprzez jeszcze jedną opowieść – tyle że układaną przez sztuczną inteligencję. 

Przeczytaj także:

Opowieść jako ocalenie

Jest jednak nadzieja w tej ponurej, pod względem filozoficznym skrajnie pesymistycznej powieści (która – dodajmy – skupiając się tak silnie na epistemologii składa hołd Lemowi, dla którego tematyka poznawcza była rdzeniem twórczości). W tle tych gorzkich rozważań o bardzo wąskich granicach poznania i paradoksalnych splotach nauki i religii rozgrywa się w „Lagrange” akcja o wiele bliższa ludzkiemu „tu i teraz” – czyli postapokaliptyczna historia Ziemi, której ekosystemy zostały unicestwione przez chorobę niszczącą rośliny okrytonasienne. Łącznikami między tymi jakże odległymi rzeczywistościami – kosmicznej próżni gdzieś na orbicie Saturna a spustoszoną Ziemią – są tytułowe listy, które do jednego z bohaterów śle jego dawna partnerka, zajmująca się próbami zbadania i ocalenia resztek dawnej ludzkiej cywilizacji. Cóż, w „Listach z ZiemiTwaina Szatan pisał do archaniołów, by wykpić absurdy boskiego prawa i samego stwórcę, w „Listach z Ziemi” Vizvaryego to człowiek pisze do człowieka, śle listy z piekła ku pustemu niebu, by podzielić się swoim zwątpieniem i lękiem, ale też chwilami szczęścia.

I być może to właśnie te listy, same w sobie pełne grozy, stanowią jasny kontrapunkt dla przytłaczającego pesymizmu tej ponurej filozofii osadzonej w umierającym świecie: być może nie uda nam się polecieć w gwiazdy – bogactwo Wszechświata pozna najwyżej nasza technologiczna progenitura (Cóż za piękna metafora: wszak mitologiczna Plejone, jedna z okeanid, wraz ze swoimi córkami Plejadami została przemieniona w gwiazdy!), być może nie uda nam się nawet zrozumieć tego drobnego, dostępnego nam wycinka rzeczywistości, nie uda się znaleźć w kosmosie Boga ani żadnej wyższej instancji, a nasz język i zmysły będą nam bardziej klatką niż narzędziem zrozumienia; może naszą planetę i cywilizcję trafi szlag, ale dopóki w słowach – poprzez słowa, poprzez opowieść – możemy kultywować wspólnotę i pielęgnować bliskość, która przełamuje granice naszych wewnętrznych światów – traum, krzywd, uprzedzeń – dopóty człowiek nie jest całkowicie przegrany. Wszak jedynie opowieść – to wielkie, piękne kłamstwo – otwiera nas na innych ludzi i tak ocala nasze człowieczeństwo.  

Istvan Vizvary, Lagrange. Listy z Ziemi
Wydawnictwo IX, 20 października 2023
ISBN: 9788367482622

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej