filmy

W imię rodziny | Nie czas umierać, reż. Cary Joji Fukunaga | #bond25

Daniel Craig jako James Bond w „Nie czas umierać”, fot. kadr ze zwiastuna filmu

Pod wielkim inscenizacyjnym rozmachem, jaki oferuje „Nie czas umierać”, oraz licznymi nawiązaniami do najlepszych odsłon bondowskiej serii, kryje się tak naprawdę dość intymna, chwilami niezwykle kameralna opowieść o rodzinnych więzach, a bardziej nawet o tym, co jesteśmy skłonni w imię naszej rodziny uczynić – o filmie Cary’ego Joji Fukunagi pisze Przemysław Poznański.

Bond znowu ratuje świat. I robi to w starym stylu, który wprost nawiązuje do niektórych odsłon cyklu sprzed ery Daniela Craiga. Bo choć „Nie czas umierać” jest piątą i ostatnią częścią rebootu serii, rozpoczętego filmem „Casino Royale” z 2006 roku, to Cary Joji Fukunaga nie boi się odwołać do klasyki gatunku. Mamy tu więc choćby sceną, w której M (Ralph Fiennes) patrzy w nowej siedzibie MI6 na portret swojej poprzedniczki (Judi Dench), ale za jego plecami dostrzegamy też portret pierwszego M (Bernard Lee). Mamy też czołówkę czerpiącą z tej do „Doktora No” czy piosenkę Louisa Armstronga, zaczerpniętą z filmu „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”.

Zresztą reżyser, a zarazem współscenarzysta filmu, wydaje się akurat tą odsłoną, w której jedyny raz Bonda zagrał George Lazenby, wyraźnie zainspirowany. Widzimy to na wielu poziomach – wspomniana piosenka czy cytat z niej w ustach Bonda („We have all the time in the world”), wcześniej wypowiedziany w bardzo podobnych okolicznościach przez Lazenby’ego, to jedno. Ale ważniejsze nawet, że na poziomie emocjonalnym „Nie czas umierać” wprost kontynuuje wątki filmu z 1969 roku. Swoje słowa Bond kieruje przecież do Madeleine Swann, jego wielkiej miłości, poznanej w „Spectre”, jakby odczarować chciał to zło, które dotknęło Tracy di Vincenzo, żonę Bonda (Diana Rigg), zamordowaną w tamtej odsłonie przez Blofelda (Telly Savalas). Jeśli bowiem film z Lazenbym – nie stroniący od inscenizacyjnego rozmachu, pościgów i wyraźnie pełniejszy fabularnie niż większość wcześniejszych filmów z Seanem Connerym – był w gruncie rzeczy opowieścią o nieszczęśliwej miłości, to „Nie czas umierać” jest w istocie filmem o próbie pielęgnowania miłości, a wręcz rodzących się rodzinnych więzów, w świecie, który w każdej chwili może te więzy brutalnie zerwać.

Przeczytaj także:

Bo rodzina – choć rozumiana na wiele sposobów – stoi tu w centrum zdarzeń, a przede wszystkim w centrum emocji bohaterów. Mówi nam o tym już sam początek filmu, jeszcze przed czołówką, dalece odbiegający od tego, do czego przyzwyczaiła nas seria, bo przypominający raczej psychologiczny thriller, wyimek z opowieści o rodzinnych tajemnicach, które prowadzą do tragedii, niż klasyczne bondowskie otwarcia spod znaku pościgów, strzelaniny i wybuchów (na co zresztą przyjdzie czas chwilę później). Oczywiście tę początkową opowieść, którą serwują nam tu scenarzyści, w zasadzie słyszeliśmy już z ust Madeleine w „Spectre” i wiemy z grubsza, jak się potoczy, ale tutaj nabiera ona zupełnie innego wymiaru. Ustawia bowiem priorytety, pokazuje bohaterów – tak protagonistów jak i antagonistę – jako postaci uznające prymat osobistych relacji jako głównego motywu działania.

Owszem – i Bond (wspinający się na wyżyny swoich aktorskich możliwości Craig), i Lyutsifer Safin (stonowany w przypisanym jego postaci manieryzmie Rami Malek) – myślą globalnie: jeden chce ocalić świat, drugi go zniszczyć, ale w gruncie rzeczy wszystko co robią, ma podłoże osobiste, wynika z lęku, bólu, traumy i wszelkich innych emocji skoncentrowanych na najbliższych. I nieważne, kogo Bond nazwie tu bratem (a komu odmówi tego miana), kto okaże się, a kto nie, jego rodziną, nieważne też, jak rodzinę rozumie Safin, bo nawet jeśli gdzieś w tle opowieści pojawia się kwestia DNA, to w gruncie rzeczy w emocjach, kierujących bohaterami, nie zawsze musi chodzić nawet o więzy krwi, a bardziej o bliskość relacji i wyznawanie wspólnych wartości i w końcu o zaufanie. To ostatnie wydaje się zresztą kluczowe, co widzimy w niezwykle tu istotnym przywołaniu wątku Vesper Lynd (Eva Green) – miłości Bonda z „Casino Royale”, będącej de facto synonimem zdrady, albo w przejmującej scenie stuporu, w jaki Bond wpada w jednej z początkowych scen, gdy znowu nie ma pewności, czy może zaufać najbliższej osobie.

Przeczytaj także:

Ale trwający ponad 160 minut spektakl, zamykający tę odsłonę serii, to na poziomie rozrywkowym „Bond” w postaci czystej, „Bond” jako gatunek, czerpiący garściami z tego, co stało się przez lata synonimem cyklu, a co w pewnym sensie zarzucone zostało w czterech wcześniejszych filmach. Owszem, mieliśmy w „Spectre” wybuchający zegarek, ale jeśli stęskniliśmy się za samochodami, rzucającymi wrogom pod koła gwoździe (które okażą się minibombami), albo eksperymentalnymi samoloto-łodziami, to wszystko to dostaniemy w „Nie czas umierać” w dużych (ale nie nadmiernych) dawkach. Jeśli tęskniliśmy też za złoczyńcą w rodzaju dra No, Hugo Draksa, Karla Stromberga czy choćby Gustava Gravesa, postaciami być może lekko przesadzonymi, ale przecież ujmującymi w swej nieprzejednanej pasji zniszczenia świata, to Safin z jego fabryką śmiercionośnej broni, umieszczoną w scenografiach czerpiących wprost z owładniętej gigantomanią duszy antagonisty, odpowie tym oczekiwaniom.

Jeśli też jednak chcieliśmy, by seria raz na zawsze zerwała choćby z anachronicznym postrzeganiem kobiet jako pięknych, ale w sumie bezużytecznych „paprotek”, a zatem czerpała z najlepszych wzorców serii, a więc z takich postaci jak Pussy Galore (mimo seksistowskiego nazwiska, „Goldfinger”), Tracy di Vincenzo, Melina („Tylko dla twoich oczu”), Natalia Simonowa („GoldenEye”), Jinx, panna Frost („Śmierć nadejdzie jutro”) czy choćby Vesper Lynd, to dostaniemy to w pełni: nie ma w „Nie czas umierać” kobiecych postaci, które byłyby w stu procentach zależne od mężczyzn. Dotyczy to tak Madeleine Swann, która chroniona przez Bonda potrafi przecież także skutecznie obronić się sama, dotyczy to Eve Monneypenny, która nie jest tu tylko sekretarką M, lecz pełnoprawną uczestniczką, a wręcz inicjatorką zdarzeń, dotyczy to w końcu Nomi, nowej agentki 007, która otrzymała ten numer operacyjny po odejściu Bonda ze służby. Co więcej – scenarzyści kpią sobie wprost z postaci głupiutkiej „dziewczyny Bonda”, a bardziej nawet „głupiutkiej agentki”, jakie znamy z „Żyj i pozwól umrzeć” (Rosie) czy „Człowiek ze złotym pistoletem” (Goodnight), gdy najpierw pozwalają, byśmy uciekli się do tego stereotypu w ocenie Palomy (Ana de Armas), lecz tylko po to, by szybko takie myślenie wyśmiać.

Przeczytaj także:

Być może, aby w pełni go docenić wszystkie smaki i smaczki „Nie czas umierać”, trzeba być fanem serii. Ale nawet widz znający serię pobieżnie zauważy, że Cary Joji Fukunaga stara się nam w ostatnim „Bondzie” z Danielem Craigiem dać wszystko to, czego być może skrycie, a być może całkiem otwarcie, od tej odsłony oczekiwalibyśmy. Co jednak ważniejsze – doskonale panuje przy tym nad materiałem, łącząc ogień i wodę, dając kameralną, rodzinną scenę śniadania w kuchni zaraz obok iście macgyverowskich (a może po prostu bondowskich) popisów Jamesa Bonda w lesie (trochę podobnych do tego, co wyczyniał w domu na wrzosowiskach w finale „Skyfall”, ale w znośniejszej dawce) i pełnych rozmachu scen strzelaniny czy pościgu.

Choć można by filmowi Fukunagi to i owo zarzucić, jak choćby fakt niewykorzystania potencjału takiego aktora jak Christoph Waltz (Blofeld), to „Nie czas umierać” okazuje się w ostatecznej ocenie godnym serii zamknięciem istotnego jej etapu – zrealizowanym tak z rozmachem, jak z szacunkiem dla wcześniejszych odsłon. Choć oczywiście nie jest to zamknięcie definitywne. Przecież – tak czy inaczej – „James Bond powróci”.

Nie czas umierać (No Time to Die), reż. Cary Joji Fukunaga
scenariusz: Neal Purvis, Robert Wade, Cary Joji Fukunaga, Phoebe Waller-Bridge
dystr. Forum Film Poland, polska premiera 1 października 2021

Resume

Under the great staging scale offered by „No Time to Die” and numerous references to the best installments of the Bond series, there is actually quite an intimate, sometimes very intimate story about family ties, and even more about what we are inclined to in the name of our family to do – Przemysław Poznański writes about Cary Joji Fukunaga’s film.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: