Pod sensacyjną opowieścią o fałszerstwie (niemal) doskonałym kryje Maciej Siembieda – niczym w palimpseście – inną opowieść: o dwoistości ludzkiej natury, o dwulicowości, o koniunkturalizmie. O „Sobowtórze” pisze Przemysław Poznański.

Czy da się współcześnie tak sfałszować obraz z XVI wieku, by nie poznali się na tym nawet eksperci? Trzeba by przecież mieć deskę z epoki i farby przygotowane wedle oryginalnej receptury, ale przede wszystkim odtworzyć technikę malarską, dajmy na to niezwykle trudnego do podrobienia Hansa Holbeina młodszego. A nawet jeśli udałoby się połączyć wszystkie te składniki, to czy dałoby się wykonywać ten proceder przez… ponad dwieście lat – dłużej niż żyje jakikolwiek człowiek?
A czy można być komunistycznym kacykiem, prowadzącym na spółkę ze Służbą Bezpieczeństwa szemrane interesy na rynku dzieł sztuki, a po zmianie ustroju poleżeć trochę krzyżem i szybko ułożyć się z nową władzą, by zostać senatorem z ramienia partii najgłośniej krzyczącej o rozliczaniu postkomuny, a jednocześnie z radością witającej byłych komunistów w swoich szeregach o ile można na tym coś ugrać?
Tajemnica obrazów
Punktem wyjścia „Sobowtóra” – siódmego już tomu z Jakubem Kanią, byłym prokuratorem IPN, a teraz detektywem pracującym dla towarzystwa ubezpieczeniowego – jest założenie, że oto wszystkie te zmienne zaistniały. Bo przecież można znaleźć dzieła przypisywane Holbeinowi, co do autorstwa których raz po raz pojawiają się wątpliwości. Ale co ważniejsze: wszystkie te obrazy wyglądają na malowane tą samą ręką – prawdopodobnie ręką ściganego zresztą przez Interpol niejakiego Gemello, mimo że na ich ślad znawcy sztuki wpadają już od czasów… napoleońskich.
Z kolei najlepszym dowodem na usankcjonowaną politycznie dwulicowość jest Bronisław Soboń, szef „robiącej w kulturze” fundacji, która zamierza właśnie pokazać po raz pierwszy publicznie znajdujące się w jej zbiorach XVI-wieczne portrety Marcina Lutra i Jana Kalwina. Wydarzenie to niecodzienne, a wystawiane dzieła cenne, nic więc dziwnego, że Soboń postanawia obrazy ubezpieczyć i wybiera w tym celu szwajcarską spółkę Hathor, na rzecz której pracuje Kania. U detektywa budzi to od razu poważne wątpliwości – wraz z Ludmiłą Ungier, dziennikarką i krytyczką sztuki zaczynają zastanawiać się czy Soboń nie próbuje przypadkiem doprowadzić do przekrętu, na którym jego fundacja zarobi miliony?
Warstwy przeszłości
Odpowiedzi szukać trzeba zarówno tu i teraz, prześwietlając Sobonia i jego działania na rynku sztuki, doszukując się jego prawdziwych intencji schowanych pod warstwą pozorów, ale i w przeszłości. W jednej z tych warstw ukrytych najdoskonalej, bo pod dziesięcioleciami kłamstw, na których zbudowany został majątek Soboniów. Będzie to więc zadanie trudne, wymagające cierpliwości i specjalistycznej wiedzy, a przede wszystkim uczciwości, bo tylko ona jest w stanie wygrać z potencjalnym wielopiętrowym przekrętem ze strony kogoś, kto wspierany jest przez obóz władzy.
Warstwa historyczna, przenosząca nas przede wszystkim do czasów sprzed wojny, w mroczną rzeczywistość okupacji i w okres tuż powojenny, zajmuje w powieści poczesne miejsce. Siembieda musi bowiem prędzej czy później sięgnąć do źródeł, do początków, które ukonstytuują osobowość senatora Sobonia. Musi więc sięgnąć do postaci jego ojca, Kazimierza Sobonia, wychowywanego przez samotną matkę i księdza chłopka z Miechowa, który w pewnym momencie znajduje pracę w krakowskim antykwariacie prominentnego Żyda, Tadeusza Seiferta. Od tego momentu śledzić będziemy jego karierę, jego wzloty u upadki – zawodowe, ale przede wszystkim może moralne.
Przeczytaj także:
Dwoista natura
Bo Kazimierz Soboń jest jedną z tych postaci, które wpisują się w najważniejszy temat powieści Macieja Siembiedy – dwoistości ludzkiej natury, mrocznego „ja” schowanego pod pozorami dobra, uczynności, altruizmu. Ten motyw sobowtóra – wpisujący się zresztą w bogatą tradycję literackiego archetypu znanego i z twórczości Szekspira, i Byrona, i Dostojewskiego, i Borgesa czy choćby opowiadania „William Wilson” Edgara Allana Poego – realizuje Siembieda w swej powieści na wiele sposobów: doszukuje się go choćby – ale nie tylko – w pobocznej, ale ciekawej zagadce pewnego średniowiecznego rycerza, w idei fałszerstwa dzieł sztuki jako takiego, czy wreszcie w losach wspomnianego Gemella, umiejętnie udającego Holbeina.
W największym stopniu ideę sobowtóra realizuje jednak pisarz tworząc postaci, które stawiają na koniunkturalizm. I zadając pytania o to czy młody idealista zafascynowany historycznymi zagadkami, może kryć w sobie oblicze kolaboranta, a nawet zdrajcy? Czy tkwiąca w człowieku chciwość może wypaczyć wpojone zasady moralne aż do granic, których przekroczenie przynosi skutki nieodwracalne?
Za jaką cenę
„Sobowtór” jest więc w gruncie rzeczy opowieścią o tym, jaką twarz tak naprawdę pokazujemy innym, a jaką kryjemy pod ową, jakże często obłudną maską świątobliwości, skromności, przyjaźni, głoszonych wszem i wobec deklaracji o chęci czynienia dobra. To wiec opowieść o rozumianym w sensie przenośnym palimpseście, a więc o wszystkim tym, co skrywa prawdę o nas pod make-upem tego, co „na pokaz”.
Maciej Siembieda sam sięga tu zatem po technikę palimpsestu – tworzy prozę, która w istocie rzeczy skrywa pod sensacyjną i niewątpliwie wciągającą warstwą ważne pytania o naturę człowieka, o to, na ile nasza moralność bywa ugruntowana (czy zagruntowana), a na ile jest tylko łuszczącą się warstwą, która łatwo schodzi pod wpływem takich bodźców jak rządza zysku, rządza władzy, słabość charakteru czy chęć wykazania się w polityce czy biznesie. Na ile zatem jesteśmy prawdziwi, a na ile – i za jaką cenę – możemy się jednak okazać dwulicowi, fałszywi, podrobieni.
Obejrzyj wywiad z pisarzem
Maciej Siembieda, Sobowtór
Wydawnictwo Agora, 23 kwietnia 2025
ISBN: 9788383802169
Palimpsest | Under the sensational tale of an (almost) perfect forgery, Maciej Siembieda hides – as if in a palimpsest – another tale: about the duality of human nature, duplicity, opportunism. Przemysław Poznański writes about “Sobowtór” (The Double).

