opowiadanie Proza

Wojciech Gunia, Czytelnik Borgesa | OPOWIADANIE

„Kiedy zapytałem go, dlaczego mówi o „sprawie Borgesa” zamiast mówić po prostu o „Borgesie”, odparł, że właśnie tu jest sedno problemu: nie można mówić o czymś, czego nie ma”. Przeczytajcie opowiadanie Wojciecha Guni „Czytelnik Borgesa”, napisane specjalnie dla Was na 125. rocznicę urodzin argentyńskiego pisarza, poety i eseisty.

Każde przeznaczenie, jakkolwiek byłoby długie i skomplikowane, składa się w rzeczywistości z jednego tylko momentu – z momentu, w którym człowiek dowiaduje się raz na zawsze, kim jest.

Jorge Luis Borges, Biografia Tadea Isidora Cruz
tłum. Andrzej Sobol-Jurczykowski

Było późne popołudnie i ponieważ na resztę dnia nie zaplanowano już żadnych punktów konferencyjnych, poszedłem do Parku Maksimir, aby w cieniu dębów nieco odpocząć od sierpniowego skwaru i gwaru Zagrzebia, a przede wszystkim od atmosfery zjazdu literaturoznawczego – zbyt chłodnej i ciężkiej, łamiącej decorum upalnego lata.

Wydział filologiczny od parku dzieli znaczna odległość i przejście jej na piechotę to godzina intensywnego marszu; tym bardziej intensywnego, że zakryta bielmem źrenica Słońca paliła swoim ślepym spojrzeniem, a nagrzane asfaltowe rzeki dróg i chodników oddawały nadwyżki zgromadzonego ciepła. Było wyjątkowo gorąco, ludzie ukryli się w domach lub kawiarniach i miasto wyglądało jak wymarłe, przywodząc mi na myśl „Tajemnicę i melancholię ulicy” De Chirico. Cieszyło mnie to; zmierzając w stronę parku miałem wreszcie dużo czasu, by skupić się na własnych myślach, a nie na cudzych słowach.

Od pewnego czasu dręczył mnie – przy czym muszę zaznaczyć, że w słowie „dręczył” nie ma ani krzty przesady, jeśli intensywność myśli nie pozwalała mi należycie skupić się na innych zagadnieniach – problem liminalności w literaturze; tych wszystkich stanów i miejsc przejściowych bądź tymczasowych, miejsc między miejscami, miejsc na zapleczach innych miejsc, miejsc nie-miejsc. Od drogi, którą Orfeusz musiał przebyć z Hadesu, walcząc – bezskutecznie – z pokusą obejrzenia się na umiłowaną Eurydykę, przez  ciemny las, w którym znalazł się w dni połowie Dante, przez petersburskie zaułki „Zbrodni i kary” Dostojewskiego, pustynne miasteczka z próz Hedajata, wioskę, do której trafił geodeta K. w „Zamku” Kafki, przez nadmorską mieścinę Manazuru z powieści Hiromi Kawakami, osobliwe nieistniejące miasta z utworów Calvino aż do wyrosłego wewnątrz domu labiryntu ze słynnej liberaturowo-ergodycznej powieści Danielewskiego i wielu, wielu innych. Rozważałem nawet, czy tematu tego nie uczynić przedmiotem następnego referatu i ganiłem się w myślach, że wkroczyłem w te przestrzenie liminalne tak późno, poświęcając wcześniej czas i uwagę na kolejną, nikomu nie potrzebną egzegezę tropów solipsystycznych we współczesnej literaturze fantastycznej.

Jorge Luis Borges, fot. Grete Stern / Wikimedia Commons

Wypalone upałem miasto zdawało się wręcz prowadzić nader zgodny dialog z moim nowym pomysłem, czy też raczej z nową obsesją, jakby stanowiło jednocześnie scenografię i uzupełnienie naporu myśli. Dlatego droga minęła mi szybko i kiedy wreszcie mogłem usiąść na ławce w cieniu drzewa nad jednym z parkowych stawów, poczułem coś w rodzaju satysfakcjonującej ulgi. Ale mój spokój – czy raczej podszyty ekscytacją niepokój przyobleczony w cienistą, chłodną ciszę parku – nie trwał długo. Na ławce, po drugiej stronie, przysiadł się jakiś mężczyzna, mocno posunięty w latach. Nie powstrzymałem się od pełnego dezaprobaty westchnięcia; w pobliżu było co najmniej kilka innych, pustych ławek. Nieznajomy jednak nic sobie z tego nie zrobił. Popatrzyłem na niego uważnie, wnioskując, że skoro tak jawnie wtargnął w moją przestrzeń, nadał mi tym samym prawo, by mu się przyjrzeć.

Mimo nieznośnego upału był ubrany w szary, nieco zbyt obszerny wełniany garnitur z tkaniny o skośnym splocie. Z brustaszy wystawała czerwona, zmięta poszetka. Koszula o wysokim kołnierzu była zapięta pod szyję, krawat korespondował kolorem z poszetką. Oliwkowo-szara cera pomarszczonej, pergaminowej skóry na twarzy wyraźnie kontrastowała z srebrzystym, rzadkim zarostem. Mężczyzna nosił kapelusz – w tym samym kolorze co garnitur – ale po chwili go zdjął, by nieco się nim powachlować. Nie mogłem nie zauważyć, że jego strój, choć elegancki, był już raczej niemodnego fasonu i zdradzał wyraźne ślady zużycia. Kołnierzyk, choć sztywny i gładki, wyraźnie zszarzał w miejscu, gdzie stykał się ze skórą. Taksowałem intruza wzrokiem dość długo i musiał być całkowicie świadom tego, że na niego patrzę. Ale odezwał się dopiero, gdy skierowałem spojrzenie na taflę wody przed nami.

Przedstawił się jako Osvaldo Javier Quiroga i przyznał, że obserwował mnie i podążał za mną, odkąd tylko wyszedłem z siedziby Wydziału Filologicznego. Wcześniej słuchał mojego wystąpienia i pomyślał, że będę odpowiednim człowiekiem do powierzenia mi pewnej tajemnicy. Obawiał się, czy za mną nadąży, wszak w jego wieku ludzie nie powinni wystawiać się na działanie takiego upału oraz podobny wysiłek, ale udało mu się, przede wszystkim dlatego, że szedłem powoli. Zapytał jeszcze, czy znam może jego nazwisko; pokręciłem głową, a on uśmiechnął się tylko i skinął, jakby tym gestem potwierdzał oczywistość.

– Nie może mnie pan znać, ponieważ nie istnieję – powiedział tonem, o którym nie potrafiłem przesądzić, czy składa się z czystej kpiny, czy ze śmiertelnej powagi.

– Doprawdy? Jest upał, a ja długo szedłem w słońcu, ale nie wydaje mi się, aby wyglądał pan na halucynację. Rzekłbym, że prezentuje się pan całkiem substancjalnie.

– Och, spodziewałbym się celniejszego pytania i bystrzejszej konkluzji po kimś, kto tak pięknie opowiadał o kantowskich rozwinięciach pomysłu Giorgiasza z jego dzieła O naturze albo o niebycie.

– Spodziewałbym się wybrania bardziej oddalonej ławki przez kogoś, kto choć przez godzinę przebywał na tej nieszczęsnej konferencji – odparłem. Quiroga uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

– Jest pan jeszcze młodym człowiekiem, ma pan jeszcze czas, aby oswoić się – być może nawet polubić – z atmosferą tych chwil. Być może nawet zdąży pan za nią zatęsknić, jak ja.

– Jest pan emerytowanym literaturoznawcą?

– Nie jestem. Proszę pamiętać, że nie istnieję.

Przedstawił się jako Osvaldo Javier Quiroga i przyznał, że obserwował mnie i podążał za mną, odkąd tylko wyszedłem z siedziby Wydziału Filologicznego. Wcześniej słuchał mojego wystąpienia i pomyślał, że będę odpowiednim człowiekiem do powierzenia mi pewnej tajemnicy. Obawiał się, czy za mną nadąży, wszak w jego wieku ludzie nie powinni wystawiać się na działanie takiego upału oraz podobny wysiłek, ale udało mu się, przede wszystkim dlatego, że szedłem powoli. Zapytał jeszcze, czy znam może jego nazwisko; pokręciłem głową, a on uśmiechnął się tylko i skinął, jakby tym gestem potwierdzał oczywistość.

Postanowiłem podjąć tę dziwaczną grę.

– Zakładam, że zanim przestał pan istnieć, jakakolwiek by nie była postać tego nieistnienia, kimś pan był. Wskazuje na to wzmianka o możliwości tęsknoty w moim przypadku i bieżącym doznaniu tęsknoty w pana przypadku. Nie można rozumieć tego pojęcia bez punktu odniesienia w postaci doświadczenia, a doświadczenie może dotyczyć wyłącznie tego, co się zdarzyło. W przestrzeni zewnętrznej bądź wewnętrznej, ale rzeczywistej dla podmiotu. Skoro zatem rozumie pan znaczenie tęsknoty i jest ona częścią pana krajobrazu psychicznego – nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że pan go nie posiada, ponieważ pana nie ma – to znaczy, że istnieje w przeszłości coś, co wyznaczyło dla tego doświadczenia pewne pojęciowe i emocjonalne ramy.

– To, co jest faktem, jest istnieniem stanów rzeczy, a logicznym obrazem faktu jest myśl. Brawo.

– Jak na człowieka, którego nie ma, zadziwiająco precyzyjnie cytuje pan tezy Wittgensteina. Ale „o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”. O nieistnieniu nie można mówić, bo pojęcie nieistnienia, czy nicości w ogóle, jest absurdalne – to słowo, które nie ma desygnatu, więc stanowi samozaprzeczenie. A zatem o czym może pan ze mną mówić, skoro wybrał pan taką drogę i zdecydował, że nie sposób milczeć?

Quiroga odchrząknął.

– Opowiem panu. Cytował pan podczas referatu „Noc darów” z „Księgi piasku” Borgesa, a dokładniej wstęp o platońskiej tezie, że poznawanie nowych rzeczy jest rozpoznawaniem rzeczy, które znamy z poprzedniego świata; że jeśli dowiadywać się to przypominać sobie, to nie wiedzieć znaczy zapominać. Uderzyły mnie te słowa, ponieważ przypomniały mi bezpośrednio to, jak Borges – sprawa Borgesa – stała się początkiem mojego końca.

– Jak na człowieka, którego nie ma, stosuje pan zadziwiająco wiele zaimków. Mnie, mi, moje – wszystko to w jednym zdaniu.

– Skromność nie jest funkcją niebytu. Ale żarty na bok. Proszę posłuchać.

Quiroga opowiedział mi zatem historię swojego życia, a w zasadzie historię pewnego kluczowego wycinka swojego życia. Był przed laty – niemal pół wieku wcześniej – profesorem literatury na Narodowym Uniwersytecie w Córdobie, najstarszej uczelni Argentyny. Jego gwiazda w świecie akademickim rozbłysła za sprawą dysertacji poświęconej obecności w literaturze współczesnej tropów wywiedzionych z apokryfów gnostyckich, szczególnie Księgi tajemnej wieczerzy znanej też jako Interrogatio Ioannis Bogomiłów i Apokalipsy Pawła, ocalałej we fragmentach w języku koptyjskim, a tłumaczonej w IV wieku n.e. z większej całości, prawdopodobnie z greckiego oryginału, powstałego w II wieku. Praca – pod tytułem Niejawne topografie gnozy – wedle samego Quirogi doskonale udokumentowana, doskonale uargumentowana, a przede wszystkim napisana z pasją, w stylu i kompozycji, którym bliżej było do frapującego kryminału niż kolejnej filologicznej kompilacji cytatów i mętnych zdań zbudowanych z równie niejasnych terminów, zwróciła uwagę całego ówczesnego świata literaturoznawczego na młodego naukowca. Kolejne teksty o literackich przetworzeniach konfliktu między potrzebą deifikacji a unicestwienia obcego, Mój bóg, mój wróg oraz oaporetycznych wymiarach prozy Franza Kafki, którego Quiroga uważał za największego z gnostyków i kabalistów, pod tytułem Od zawsze umierające drzewo losu, miały ugruntować jego pozycję i uczyniły z niego gwiazdora świata nauk humanistycznych. Quiroga stał się częstym gościem konferencji, wziętym uczestnikiem dyskusji i debat literackich. Jego pisane drapieżnym językiem literaturoznawcze prace, w których znać było przede wszystkim żywe zmaganie człowieka z materią tekstu i stojącej za nim idei, zaczęły wychodzić nawet poza hermetyczne grono argentyńskich filologów. Zapewne Quiroga dołączyłby, jak twierdził, do grona klasyków światowej humanistyki, nie miał przecież wówczas nawet czterdziestu lat, a w przygotowaniu było angielskie tłumaczenie jego Niejawnych topografii gnozy, gdy przydarzył mu się Borges. A w zasadzie sprawa Borgesa. Kiedy zapytałem go, dlaczego mówi o „sprawie Borgesa” zamiast mówić po prostu o „Borgesie”, odparł, że właśnie tu jest sedno problemu: nie można mówić o czymś, czego nie ma. Powiedziałem, że chyba nie rozumiem. Quiroga, po chwili pełnego napięcia milczenia, orzekł, że badając prozę i biografię Borgesa, doszedł do wniosku, że pisarz – a raczej postać pisarza – jest mistyfikacją. I postanowił to udowodnić.

Uniosłem brwi, przyznając, że pomysł, jakoby Borges miał być mistyfikacją, istotnie wydaje się karkołomny, zważywszy na to, że pisarz nie był odludkiem: choć wedle wspomnień jego byłej żony Elsy Astete Millán był z natury introwertykiem o nader chimerycznym usposobieniu, nie unikał życia publicznego. Wprost przeciwnie: dość szybko zyskał sławę i przez wiele lat łączył pracę literacką z działalnością publiczną, żeby wspomnieć tylko o jego osiemnastoletniej karierze dyrektora Biblioteki Narodowej, którym został mianowany w 1955 r. po obaleniu przez przewrót wojskowy rządu peronistów, którego Borges szczerze nienawidził i przeciwko któremu aktywnie występował, co zresztą ściągnęło na niego samego i jego rodzinę liczne reperkusje. Ponadto jeździł po świecie, wygłaszał odczyty, prowadził wykłady, przyjmował honory, udzielał wywiadów, jednym słowem – bywał. W dodatku jego „bywanie” było nieodwracalnie sprzężone z pracą literacką. Nie da się zatem powiedzieć, aby Borges jako figura publiczna, zakorzeniona w fizyczności wysokiego, dystyngowanego mężczyzny, tracącego z wolna wzrok na mocy genetycznej klątwy, która dosięgła wcześniej jego ojca, funkcjonowała oddzielnie od Borgesa – pisarza, krytyka i aktywisty literackiego, oszałamiającego erudyty i poligloty, który z domu rodzinnego wyniósł dwujęzyczność – ojczysty hiszpański (który „znosił jak los”, narzekając na jego ubóstwo) i angielski – a później opanował jeszcze francuski, niemiecki i łacinę. Nie da się – argumentowałem – oddzielić krótkich form prozatorskich, zarówno wczesnych, jak i dojrzałych oraz poezji Borgesa od jego zakorzenienia w rzeczywistości, w skomplikowanej historii rodzinnej, w której zdawała się ogniskować historia Argentyny, w jego fascynacji rodzinnym Buenos Aires, jego peryferiami i mieszkańcami tych ziem, porteños, których czyny – nie zawsze chwalebne – opisywał w opowiadaniach z rozmachem i metafizyczną skalą godną antycznych mitologii.

Kiedy zapytałem go, dlaczego mówi o „sprawie Borgesa” zamiast mówić po prostu o „Borgesie”, odparł, że właśnie tu jest sedno problemu: nie można mówić o czymś, czego nie ma. Powiedziałem, że chyba nie rozumiem. Quiroga, po chwili pełnego napięcia milczenia, orzekł, że badając prozę i biografię Borgesa, doszedł do wniosku, że pisarz – a raczej postać pisarza – jest mistyfikacją. I postanowił to udowodnić.

– To oczywiście prawda, co pan mówi – pospiesznie przerwał mój wywód Quiroga – ale proszę zwrócić uwagę, jak doskonale jest to zastawiona pułapka. Znamy bardzo dokładnie biografię Borgesa, jest ona opatrzona ogromem przypisów, komentarzy i egzegez. Znamy nawet absurdalne detale jego życia, jak chociażby historię pierwszego opowiadania, Fatalnej przyłbicy, które napisał w wieku siedmiu lat, czy jego pierwszego przekładu, kiedy mając lat zaledwie dziewięć przełożył z angielskiego na hiszpański wiersz nie byle kogo, bo samego Oscara Wilde’a, Szczęśliwy książę, które to tłumaczenie ukazało się drukiem w El País, podpisane nazwiskiem ojca, również Jorge Borgesa, tylko że nie Luisa, a Giullermo. Wiemy więcej: biografia Borgesa kreuje postać, która była niejako skazana na służbę Kalliope, chociażby za sprawą dziedzictwa: ojciec, który sygnował pierwszy opublikowany przekład genialnego dziecka, sam miał być niezgorszym człowiekiem pióra. Czytelnicy anglojęzyczni zawdzięczają mu chociażby tłumaczenia wybitnego ucznia ze szkoły samego Awicenny, Chajjama. Ale nie tylko ojca sięgają literackie korzenie Borgesa: poetami byli także jego pradziadek ze strony ojca i wuj dziadka, również ze strony ojca. To wszystko brzmi jak podwaliny mitu geniusza, którego muza obdarzyła władnością słów w mowie i piśmie, gdy miał ledwie cztery lata.

Zaprotestowałem mówiąc, że Borges nie jest pierwszym człowiekiem w historii, za którym stało jakieś dziedzictwo rodowe. Przypadki, gdy talent, jak podziemna rzeka, płynął przez historię jakiejś rodziny, by nagle wystrzelić wywierzyskiem w życiu kolejnego z potomków, gdy siły podziemnych cieków ducha dostatecznie się skumulowały, nie zdarzają się być może oszałamiająco często – gdyby tak było, ludzkość byłaby rasą geniuszy, a do tego całkiem jej daleko – ale nie są też anomalią. Na dzisiejszy świat o wiele większy wpływ niż poezja ma matematyka i informatyka, więc jesteśmy zaskoczeni, gdy dowiadujemy się, że kobieta, która podłożyła podwaliny pod współczesną informatykę, Ada Lovelace, autorka czegoś, co z dzisiejszej perspektywy możemy uznać za pierwszy program komputerowy, napisany przez nią jako algorytm obliczania liczb Bernoulliego na maszynie analitycznej Charlesa Babbage’a, była także poetką i przy okazji córką wielkiego romantycznego poety, samego lorda Byrona. Bieg dziejów ludzkości pisze niezwykłe opowieści poprzez sploty człowieczych losów i poprzez loterię dziedziczenia genów. Quiroga tylko się uśmiechnął.

– Pan nie dostrzega ironii całego konceptu. Człowiek, którego twórczość miała ambicje bycia wszystkim, metafizycznego siłowania się na rękę z największymi zagadkami ludzkiego losu, sam został stworzony jako opowieść, w której splatają się największe toposy opisujące charakter ludzkiego bytu. Borges jako biografia – tak to ujmijmy – jest zbyt literacki; zbyt potężny oddech epiki niesie kolejne zdarzenia w akcji tego utworu, na zbyt szeroką skalę rozpisana jest to fabuła. Literacki geniusz będący dziedzicem rodzinnych talentów, zakorzeniony w wyzwoleńczej historii swojej ojczyzny, ale także w genealogii wiodącej ku znakomitym rodom argentyńskim, portugalskim czy angielskim? A jednocześnie wewnętrznie skonfliktowana jednostka, walcząca z literackim sentymentalizmem, choć głęboko emocjonalna, o ogromnym ego, ale psychicznie stłamszona przez zaborczą matkę, której toksyczna miłość stała za rozpadem późnego małżeństwa Borgesa, gdy ten był już starszym człowiekiem? A postępująca ślepota, o której dowiedział się w tym samym czasie, gdy państwo mianowało go naczelnym kapłanem świątyni literatury, królestwa znaków i znaczeń? Czy ten rys godny antycznej tragedii to nie jest już o jedno słowo za dużo? Ileż tu się splata tropów, ile skali!

– To wciąż nie jest dowód na to, że go nie było. Literatura bierze się z życia, nigdy na odwrót. I tylko dlatego, że bierze się z życia, może stawiać przed nim pytania, jak dziecko pytające swojego rodzica i zmuszające go tak do namysłu nad sobą i podjętymi decyzjami. Owszem, biografia Borgesa ma imponujący wymiar, nie mniej niż jego twórczość, być może nawet na skali prawdopodobieństwa taka zbieżność sytuuje się gdzieś na krańcu spektrum rozciągniętego między koniecznością a niemożliwością, bliżej tego drugiego z końców, ale właściwością tej skali jest to, że w gruncie rzeczy żadne ze zdarzeń nie może tego zera osiągnąć, więc każde jest możliwe. A skoro jest możliwe, musi się w końcu zdarzyć. I tak zdarzył się nam Borges.

Quiroga pokręcił głową.

– Pan znów ma rację i znów się myli. Nie zauważył pan jednego: biografia Borgesa jest imponującą opowieścią i jego twórczość też jest imponującą opowieścią, ale obydwie są opowieściami o tym samym: o naturze czasu i samej opowieści. O stosunku czasu i opowieści. Ale też o samej topologii opowieści, która jest nie tylko zdarzeniem rozciągniętym na osi czasu, ale także miejscem zajmującym pewną przestrzeń i przekształcającą inne przestrzenie. Biografia i dzieło Borgesa są ze sobą splecione w bardzo ścisły sposób, tworzą całość. Są rekurencyjne względem siebie. Ale ta rekurencyjność sama w sobie staje się przedmiotem opowieści: czy mówimy o Bibliotece Babel, tym oszałamiającym wszechświecie złożonym z heksagonalnych sal, zawierających wszystko, co kiedykolwiek zostało i zostanie napisane, ale także to, co nie zostało i nie zostanie napisane, wszelkie sensy i bezsensy, wszelkie urzeczywistnienia i ledwie potencjalności, wszystkie połączone, czy też mówimy o ogrodzie o rozwidlających się ścieżkach, tym przedziwnym labiryncie, gdzie każda historia jest możliwa i zaciera się granica między skończonością a nieskończonością. Mówiąc wprost, bo nie jest to czas i miejsce na matematyczne analizy, splot życia i dzieła Borgesa jest jednocześnie zbyt złożony i jednocześnie zbyt nieprzypadkowy. Zwiększająca się w toku rozwoju złożoność dowolnej struktury oddaje ją zawsze na pastwę chaosu: cokolwiek powyżej pewnego progu złożoności wyrasta, zaczyna podlegać procesom stochastycznym. Nie sposób mieć zatem nad nią żadnej kontroli. A Borges… Właściwie powinienem powiedzieć „projekt Borges” jest zaprzeczeniem tego prawa: zbyt wiele złożoności i jednocześnie zbyt mało przypadku. Jeśli coś nie jest rezultatem działania praw natury, które opisują już nawet nie filozofie, które nie są niczym więcej niż innym rodzajem twórczości literackiej, ale matematyka, ten język przed- i ponadludzki, ancestralny, musi być – tertium non datur – sztuczne. Musi być artefaktem. Twórczość jest artefaktem per se, i to jest pewna zasłona dymna, za którą nie wnikamy, ale jeśli ona jest zbyt blisko spleciona z życiem na prawach rekurencji, to i samo życie – los, biografia, która przecież sama w sobie też jest opowieścią – musi być artefaktem.

Pan nie dostrzega ironii całego konceptu. Człowiek, którego twórczość miała ambicje bycia wszystkim, metafizycznego siłowania się na rękę z największymi zagadkami ludzkiego losu, sam został stworzony jako opowieść, w której splatają się największe toposy opisujące charakter ludzkiego bytu. Borges jako biografia – tak to ujmijmy – jest zbyt literacki; zbyt potężny oddech epiki niesie kolejne zdarzenia w akcji tego utworu, na zbyt szeroką skalę rozpisana jest to fabuła.

– Nakreślił pan imponującą teorię, która nosi wszelkie znamiona spójności, ale problem z nią taki, że jest niedowodliwa ani niemożliwa do sfalsyfikowania. Stworzył pan – nie przeczę – imponującą strukturę z pewnego dobru faktów, która nie ma żadnej łączności ze światem faktów. Jest wsobna. Ale dobrze, przyjmijmy grę na pańskich warunkach. Załóżmy, że Borges nie istniał. Że to, jak pan powiedział, ledwie „projekt”. Moje pytanie brzmi: czyj?

Starzec uśmiechnął się promiennie i jakby w mgnieniu oka ubyło mu lat; wreszcie jakaś ryba połknęła haczyk.

– Spójność aktu biograficznego i aktu twórczego Borgesa ma kilka pęknięć. Jeśli dokładnie przeczyta pan wszystko, co jest sygnowane nazwiskiem Borges, zauważy pan, że w tym ogromnym rozrzucie rodzajów, gatunków i konwencji istnieją – między poszczególnymi tekstami – różnice, które trudno wytłumaczyć wyłącznie biografią, na przykład naturalną ewolucją poglądów i upodobań pisarza w czasie.

– Przykłady?

– W „Księdze piasku” znajduje się opowiadanie „There are more things”, dedykowane pamięci Howarda Phillipsa Lovecrafta. Jest to niby-pastisz Lovecraftowski: opowieść o dziwacznym domu zamieszkiwanym przez coś, co wykracza poza ludzkie rozumienie. Pomijam już to, że owo opowiadanie pasuje nie tylko do reszty „Księgi piasku”, ale i do reszty twórczości podpisanej nazwiskiem Borges jak pięść do nosa. Pomijam już to, że Borges Lovecrafta nie poważał w najmniejszym stopniu, uważając go za nędznej jakości epigona Edgara Allana Poe. Naprawdę, wierzy pan, że jedna i ta sama osoba miałaby wyrażać wpierw pogardę dla czyjegoś dzieła, a następnie tworzyć literacki hołd? Nieważne. Uwagę zwraca coś innego: Borges, który jako jeden ze swoich – można powiedzieć – żelaznych punktów statutowych twórczości miał totalność opisania świata, uciekł się w tym tekście do niezwykłej u niego apofatyki. Lovecraft, z pewnością –  choć nie oceniam go tak surowo jak „projekt Borges” – miał swoje warsztatowe ograniczenia, ale te ograniczenia potrafił zaprząc na potrzeby swojego obrazu rzeczywistości, w ramach której istnieją rzeczy niedostępne ludzkiemu poznaniu. Nie potrafiąc opisać nieopisywalnego, uciekał w prostą niewyrażalność. Borges jakby tutaj próbuje podbić stawkę i zamiast w jego mniemaniu tandetnej niewyrażalności zastosować apofatykę: opisać nieopisane poprzez kategorie negatywne. Nie poprzez to, czym nieopisane i nieopisywalne jest – bo to niemożliwe, skoro jest nieopisywalne z definicji – ale poprzez to, czym nieopisywalne nie jest. Stąd opisy dziwacznych wnętrz i mebli domostwa, których kształty wskazują, że zdecydowanie nie właściwej człowiekowi anatomii służą. Ta apofatyka jest u Borgesa niezwykła, trafi pan na nią w jeszcze w opisach miasta nieśmiertelnych z opowiadania „Nieśmiertelny” z tomu „Alef”.

 – Czego to dowodzi? Nie znam dzieła Borgesa na tyle wnikliwie, by mieć pewność, że mówi pan prawdę albo wykazać, że manipuluje, ale to nieistotne. Pisarzom zdarzają się utwory niezwykłe dla ich twórczości. Wyjątkowe, jakby skutki olśnień albo zaćmień, chwilowe skoki w bok, podejmowane z nudy, pragnienia złamania rutyny, może dla zwykłego sportu. A pan mówi o nie tyle utworach, które jakoś silnie się wybijają – nie podzielam opinii, że „There are more things” nie pasuje do Borgesa, ale nie wikłajmy się w detale – a o pewnych imponderabiliach poszczególnych tekstów.

– Oczekiwałby pan, że taka mistyfikacja będzie szyta grubszymi nićmi? Mówi pan o tym, że osobność pewnych utworów jest zupełnie normalna dla pisarskiego losu, ale nie w przypadku Borgesa, którego twórczość jest zbyt, wręcz nieludzko, zwarta. To jest bardzo płytka, ledwie zauważalna rysa.

– Nawet jeśli, to nadal jedynie rysa.

– Kiedy zauważy pan jedną rysę na monolicie, zaczyna pan też dostrzegać kolejne. A potem, jeśli wniknąć głębiej w te rysy, okazuje się, że dzielą one monolit na tysiące części.

– Zakładam zatem, że znalazł pan tych rys znacznie więcej. Dobrze. Nie będę pana męczył koniecznością opowiedzenia mi o każdej z nich, bo zapewne spędzilibyśmy tu jeszcze bardzo dużo czasu, którego, jak mniemam, obydwaj nie mamy aż tyle. Proszę mi natomiast powiedzieć: skoro jest „sprawa Borgesa” i to wszystko jest oszustwem, to musimy wiedzieć rzecz absolutnie podstawową: cui bono? Spisek musi mieć swoją przyczynę i swój cel. Musi mieć też spiskowców, którzy z aktu spiskowania wynoszą bądź zamierzają wynieść pewną korzyść. A zatem: kto? Kto udawał Borgesa? Kto stworzył, jak pan to nazywa, „projekt Borges”?

Słońce wisiało już nad linią parkowych drzew i nabierało coraz bardziej czerwono-złotych odcieni. Zawsze fascynowało mnie zjawisko rozpraszania Rayleigha – im niżej Słońce wisi nad horyzontem, tym przez grubszą warstwę atmosfery w linii prostej muszą przedostać się jego promienie. Tym samym odfiltrowywane są krótsze pasma fal, niebieskie i fioletowe. Przechodzą tylko najdłuższe, coraz bardziej przesunięte ku czerwieni. Zachodzące Słońce z jego romantyczną czerwienią, która tak pięknie podświetla niebo, nadając wieczorom dramatyczny nastrój, to jedynie piękna fikcja tworzona przez prawa fizyki. Nie doświadczamy nigdy świata takim, jakim jest – jedynie takim, jakim go doświadczamy, okłamani przez sam świat oraz własne zmysły. To samo dotyczy literatury. Literatura nigdy nie opisuje rzeczywistości, jedynie jej doznanie. A akt czytania nie jest doznaniem rzeczywistości zapośredniczonej przez literaturę, ale jedynie doznaniem literatury. To fikcja wzniesiona na fundamencie innej fikcji.

Duszny, bałkański upał nie ustępował. Quiroga był już zmęczony. Oddychał ciężko, mówił z coraz większym wysiłkiem. Wyrwał z siebie ciążącą mu prawdę – prawdę jego wewnętrznego świata – i teraz zapadał się do środka powstałej pustki.

– Analiza poszczególnych utworów pozwala zidentyfikować ślady idiomów innych pisarzy… To nie był jedynie „czyjś” projekt, jakiegoś jednego człowieka czy paru spiskowców… To był wielki projekt narodowy… Stworzenia nie tylko największego pisarza w krótkich dziejach Argentyny, ale największego w dziejach świata… Uosobienia pisarskiego toposu, pisarskiego wzorca metra z Sèvres… A kto się tego szaleńczego projektu dopuścił? Imię ich legion. Casares, Ocampo – tak Victoria jak i Silvina… Bernádez, Güiraldes, Lugones, Fernández… Wielu innych też. Jedni umierali, inni przychodzili, zaproszeni do spisku. Przeczytałem całego Borgesa i ich wszystkich, ich pomniejszych, często zapomnianych… I mógłbym panu wskazać zdanie po zdaniu, kto które napisał. Kto odpowiadał za większość tekstu, a kto uzupełniał… Kto zbudował ramę czy raczej szkielet, a kto obłożył go ciałem… Czy zwrócił pan uwagę na wywiady Borgesa, na to, jak często powtarzał, że „jest wielu Borgesów”? Takie niewinne mrugnięcie okiem, obok kokieteryjnych zdań, że „jego pisarstwo bywa dla niego samego tajemnicą”… Borgesów było wielu, ponieważ jego samego nigdy nie było. To byli oni: pomniejsi, którzy postanowili zbudować większą całość, większą niż prosta suma składowych, stworzyć kolektywnie dzieło totalne. Trzeba było tylko pilnować, oprócz tajemnicy spisku, jego spójności. A cóż lepiej działa na rzecz spójności dzieła niż klucz symboli i tematów? Labirynt, nóż, tygrys, cykliczność czasu… To są sygnatury Borgesa. Widzimy je i wiemy: to on pisał. I już nie stawiamy sobie żadnych pytań, które podważyłyby tę konkluzję. Choć osobiście uważam, że każdy pisarz, który chce być traktowany poważnie, powinien sobie upatrzyć taki własny klucz… To na swój sposób zabawne, wie pan? Dzieło Borgesa zasiedlają pisarze prawdziwi i zmyśleni, prawdziwe i zmyślone dzieła, a on sam okazuje się zwierciadłem, po którego drugiej stronie, po stronie rzeczywistości, znajduje się nie kto inny, jak liczni pisarze i ich teksty… Ale by to dzieło zwane „Borges” było totalne, nie mogło mieć jedynie wymiaru literackiego. Trzeba było je dopełnić człowiekiem. Wymyślić mu cały los i poprowadzić także tę opowieść. Narodziny 24 sierpnia 1899 roku w Buenos Aires. Wyprawę z całą rodziną do Europy w przededniu wybuchu I wojny światowej, gdy ojciec Borgesa musiał udać się na leczenie. Edukację w Genewie, która stała się jego… „jego” ukochanym miastem i potem ostatnim portem, niczym w literackiej klamrze… Przeprowadzkę do Hiszpanii w 1919 roku, powrót do Buenos w 1921 roku i debiutancki tomik poetycki, „Fervor de Buenos Aires”, wydany w nikłym nakładzie, z okładką, którą przygotowała jego siostra Norah… Następną wyprawę statkiem do Europy w 1924 roku i to wszystko, co zdarzyło się do 1935 roku, gdy ukazała się „Powszechna historia nikczemności”… I to wszystko pomiędzy, wszystkie dramatyczne zwroty i zawirowania życiowe, polityczne, zaszczyty i niedole, wydane książki, opowiadania, eseje, przekłady, doktoraty honoris causa, dyskusje, polemiki… Miłości niespełnione, wypalone bądź późne… W tym najpóźniejsza, zwieńczona małżeństwem z uczennicą, a potem asystentką, Maríą Kodama, na niespełna dwa miesiące przed śmiercią 14 czerwca 1986 roku… Tyle w tym wszystkim dramatyzmu. Niebywałe jak na jednego człowieka.

Ale by to dzieło zwane „Borges” było totalne, nie mogło mieć jedynie wymiaru literackiego. Trzeba było je dopełnić człowiekiem. Wymyślić mu cały los i poprowadzić także tę opowieść. Narodziny 24 sierpnia 1899 roku w Buenos Aires. Wyprawę z całą rodziną do Europy w przededniu wybuchu I wojny światowej, gdy ojciec Borgesa musiał udać się na leczenie. Edukację w Genewie, która stała się jego… „jego” ukochanym miastem i potem ostatnim portem, niczym w literackiej klamrze… Przeprowadzkę do Hiszpanii w 1919 roku, powrót do Buenos w 1921 roku i debiutancki tomik poetycki, „Fervor de Buenos Aires”, wydany w nikłym nakładzie, z okładką, którą przygotowała jego siostra Norah… Następną wyprawę statkiem do Europy w 1924 roku i to wszystko, co zdarzyło się do 1935 roku, gdy ukazała się „Powszechna historia nikczemności”… […] Tyle w tym wszystkim dramatyzmu. Niebywałe jak na jednego człowieka.

– A sam człowiek? Kim był zatem ten wysoki dżentelmen? Wynajętym aktorem, który odegrał rolę życia?

Quiroga milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w taflę jeziora. Słońce już znikało za drzewami i zapadała ciemność. 

– Być może tak, a być może istniał pewien Jorge Luis Borges, będący synem Jorge Guillermo Borgesa, młody aspirujący poeta, którego biografia i twórczość została przejęta przez artystyczny kolektyw… O tym wszystkim, o czym rozmawialiśmy, mógłby pan przeczytać w mojej książce, „Fikcja”.

– Mógłbym?

– Mógłby pan, gdyby istniała. Nie dano mi jej stworzyć. Kiedy tylko zacząłem zdrapywać farbę z tej mistyfikacji… Drążyć, pytać, sugerować… Dawano mi zrazu do zrozumienia, że niepotrzebnie próbuję zdemaskować tę fikcję jako fikcję. Nie rozumiałem, dlaczego. To nie było przecież nic złego. Wprost przeciwnie, uważam że to fascynujący na skalę globalną projekt, który nie miał precedensu i nie będzie miał też miał nigdy kontynuacji o podobnym rozmachu i znaczeniu. Niemniej… Przeznaczeniem tajemnicy Borgesa było pozostać tajemnicą. Zaczęto mnie traktować jako persona non grata. Nagle straciłem kontrakt i grant na przekład Niejawnych topografii gnozy, moje książki zniknęły z księgarni, najpierw rzekomo wskutek wyprzedania nakładów, potem nikt nie był zainteresowany zrobieniem dodruków… Skończyły się zaproszenia na wykłady i odczyty, potem – ze względu na moje rzekome problemy zdrowotne, a konkretnie wmawiane mi urojenia psychotyczne – pozbyto się mnie z uczelni. Na koniec moje nazwisko zniknęło z pism literaturoznawczych. Nie ma nigdzie moich prac. Nikt o nich już nie pamięta. Nikt ich nie cytuje, a młodzi badacze literatury próbują dziś wyważać drzwi do miejsc, które dla nich otworzyłem dekady wcześniej. Mógłbym spróbować wydać książkę własnym sumptem. Uzbierałbym jakoś potrzebną kwotę… Ale moje prace już nie istnieją. Moje archiwum strawił pożar. To kłamstwo, że rękopisy nie płoną. Biegli orzekli, że przyczyną było zwarcie instalacji elektrycznej. Ale ja wiem, że to nie był żaden przypadek… Te prace żyją już wyłącznie w mojej pamięci, a pamięć, z racji mojego wieku, powoli się rozmywa… Mogę powiedzieć, że nawet czas dołączył do spisku, którzy zadzierzgnięto przeciwko mnie, by ukryć to, co ja odkryłem… Ostatecznie ukryć nawet przede mną samym. Taka spotkała mnie nagroda za dociekanie. A przecież – powiedział Quiroga ze łzami w oczach, które widziałem wyraźnie w ostatnich promieniach umierającego dnia – to ja byłem najwnikliwszym czytelnikiem Borgesa ze wszystkich, jacy kiedykolwiek istnieli. Teraz… Żyję u wnuczki, która wyjechała do Chorwacji za miłością swojego życia. Przygarnęła starego człowieka na koniec jego dni. Kiedy mogę, chadzam na różne konferencje na tutejszej uczelni, by przypomnieć sobie świat, który tak ukochałem, a którego mi odmówiono. Poczuć to jeszcze, choćby na chwilę. Świat, z którego mnie wyrwano, bym nie mógł przynależeć do jakiegokolwiek innego. Pan rozumie? Proszę powiedzieć, że nawet jeśli się pan nie zgadza z ani jednym słowem, które powiedziałem, to przynajmniej pan mnie rozumie.

Spojrzałem przed siebie, na odbicia drzew w ciemniejącej tafli wody. W odbiciu zawiera się przepastny ogrom nieba, choć powierzchnia wody kryje w sobie otchłań zupełnie innego rodzaju. Nie mogłem odmówić Quirodze choćby skinienia głową. Ten gest – bez słowa, bo przecież to słowa przywiodły go do zguby – powiedział mu wszystko, co potrzebował wiedzieć. Wyszeptał jedynie „dziękuję”, po czym wstał i odszedł, zniknął w cienistej alejce parku i nie ujrzałem go już nigdy więcej na oczy.

Dopiero później, wracając nocą do hoteliku przy trgu Kralja Tomislava, pijany vranacem, tym ciemnym, gęstym winem, które przydało mi w życiu tyle pięknych wspomnień i osłodziło morze goryczy, zrozumiałem, że żal Quirogi był dla niego koniecznym preludium do ostatecznego pocieszenia i zrozumienia, że jego upadek w gruncie rzeczy okazał się jego największą nagrodą. Czekał teraz w swojej przestrzeni liminalnej, u progu przeobrażającego odkrycia, że prześwietlając i obnażając fikcję aż po najcieńsze jej włókno, zyskał przywilej, by samemu stać się jej częścią.

Copyright by © Wojciech Gunia 2024
Wszelkie prawa zastrzeżone
All right reserved

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej