wywiad

Uratował mnie Grotowski | Z Davidem Vannem rozmawia Przemysław Jakub Hinc

Please find English version of the interview below

Proszenie mężczyzn o to, by nie interesowali się bronią, to jak proszenie ich o to, żeby przestali interesować się seksem. Jest to jeden z wielu powodów, dla których to kobiety powinny rządzić światem, a mężczyźni zostać na zawsze odsunięci od jakiegokolwiek sprawowania władzy – przekonuje ceniony amerykański pisarz David Vann* w wywiadzie z Przemysławem Jakubem Hincem dla zupelnieinnaopowiesc.com, rozpoczynającym – jak mówi sam autor – polską debatę o jego twórczości po ukazaniu się w Polsce jego pierwszej książki „Legenda o samobójstwie”. Książkę wydało Wydawnictwo Pauza w tłumaczeniu Dobromiły Jankowskiej.

Przemysław Jakub Hinc: W opowiadaniach i noweli, składających się na „Legendę o samobójstwie”, opowiadasz w zasadzie tę samą historię, za każdym razem zmieniając punkt wyjścia, inaczej rozkładając akcenty i prowadząc do pozornie różnych finałów. Pozornie, bo końcem jest zawsze śmierć – czy to zadana samemu sobie czy komuś innemu. Czy była to dla ciebie forma terapii po samobójczej śmierci twojego ojca, który odebrał sobie życie, gdy miałeś zaledwie trzynaście lat? Czy dlatego pisałeś tę powieść prawie dziesięć lat?

David Vann, fot. Mathieu Bourgois Agency

David Vann: W mojej rodzinie krążyły różne wersje samobójstwa mego ojca. Każdy z nas inaczej postrzegał to, kim był, co się wydarzyło i co miał znaczyć ten akt. To jeden z powodów, dla których pisanie o nim zajęło mi dziesięć lat. Forma literacka tej historii została zaczerpnięta z „Legendy o dobrych kobietach” Chaucera sprzed 600 lat. To właśnie stąd wziął się pomysł na „legendarium”, tudzież serię portretów tworzonych na wzór tradycji hagiograficznej, czyli opowiadań o żywotach świętych. Przedstawione historie zostały napisane różnymi stylami i są ze sobą sprzeczne, ale razem stanowią swego rodzaju debatę. Pisanie tej książki było dla mnie niewątpliwie doświadczeniem terapeutycznym. Sztuka ma jednak więcej do zrobienia niż tylko leczenie. Celem sztuki jest tworzenie czegoś pięknego i spójnego. W rzeczywistości nie ma większego znaczenia, co naprawdę się wydarzyło. Tak się na przykład składa, że nigdy nie spędziłem całego roku na farmie ze swoim ojcem, ale faktycznie poprosił mnie on o spędzenie z nim dwunastu miesięcy. Odmówiłem, a on zabił się niedługo potem. Akurat ta historia w pewnym stopniu dotyka prawdy, oferując mi poniekąd drugą szansę.

Czy pisaniu tak osobistej książki mogło w ogóle towarzyszyć wyobrażenie sobie potencjalnego czytelnika? Innego niż ty sam?

– Nigdy nie wyobrażałem sobie czytelnika. Przez dziesięć lat pisania tej książki, a może nawet dwanaście, biorąc pod uwagę czas oczekiwania na jej publikację, ani razu nie pomyślałem o czytelniku. Wychodzę z założenia, że wszystkie najlepsze powieści powstają tylko dla jednej osoby – autora. Współczesna teoria literatury faworyzuje czytelnika, razem z jego błędną interpretacją tekstu, ale w rzeczywistości najlepszym czytelnikiem może być wyłącznie autor.

Wątek samobójstwa, broni i morderstwa pojawia się też w innych twoich książkach, m.in. w „Caribou Island”. Czy to znaczy, że „Legenda…” nie wystarczyła, by skutecznie zmierzyć się z życiowymi doświadczeniami?

– Mam to szczęście, że pochodzę z rodziny, w której doszło do pięciu samobójstw i jednego morderstwa. To był wspaniały materiał na książkę, nie mówiąc o przepięknej scenerii Alaski i wiejskich krajobrazach Karoliny Północnej. Morderstwo, czy też samobójstwo, rodziców mojej macochy jest tłem dla historii opisanej w „Caribou Island”, chociaż przeniosłem akcję z Kalifornii na Alaskę i wymyśliłem bohaterów, bo nie pamiętałem dokładnie ich pierwowzorów.

Przez kolejne dwanaście lat nikt tej książki nie chciał wydać. Jak na to reagowałeś? Czy miało to wpływ na rolę tej książki jako elementu terapii? Czy miało wpływ na ciebie jako pisarza?

– Gdy nie udało mi się opublikować książki, a bez opublikowanej książki nie mogłem zostać profesorem, wypłynąłem w morze jako kapitan łodzi żaglowych, a potem zostałem szkutnikiem i zajmowałem się łodziami aluminiowymi. Przepłynąłem ponad 50 tysięcy mil morskich, przemierzając wody przybrzeżne, oceany i przesmyki między wieloma pięknymi wyspami. Nie żałuję tego wcale. Gdyby udało mi się opublikować książkę wcześniej, nic takiego nie mogłoby mi się przytrafić.

Jednak ta przerwa faktycznie wpłynęła na mnie jako pisarza. Straciłem pięć i pół roku, które mogłem przeznaczyć na pisanie i to w okresie, w którym dopiero co ukończyłem studia, a moje umiejętności językowe były najwyższych lotów. Tak więc faktycznie odczuwam to jako stratę. Od tamtego momentu cały czas próbuję nadrobić stracony czas, na przykład tłumacząc „Beowulfa” z języka staroangielskiego, wracając do studiowania łaciny i lingwistyki, a obecnie ucząc się francuskiego.

Gdy wreszcie „Legenda o samobójstwie” ukazała się drukiem, została nie tylko zauważona, ale została też nagrodzona. Jak pisało ci się następną powieść po sukcesie „Legendy”? To chyba trudne, bo trzeba zmierzyć się nie tylko z własną traumą, ale też z sukcesem.

– Gdy New York Times opublikował świetną recenzję „Legendy o samobójstwie”, usłyszałem od swoich agentów, że redakcja oczekuje powieści. To było niedzielne popołudnie, a w poniedziałek miałem oddać rękopis powieści. Przekopałem wszystkie szuflady w swoim biurku i nic nie znalazłem. Wyszedłem, ale po chwili wróciłem do biurka i na samym dnie ujrzałem 48 stron nieudanego rękopisu „Caribou Island” sprzed kilku lat. Tej nocy siadłem do pisania, a już kilka dni później rozmawiałem telefonicznie z redaktorem, tłumacząc się, że napisałem 48 stron w ciągu ostatnich sześciu tygodni, że poczułem niesamowitą wenę twórczą, a powieść w zasadzie napisała się sama. Redaktorka to kupiła, a ja się wystraszyłem. Nigdy wcześniej nie napisałem powieści. Zacząłem jednak od samego początku, od pierwszej strony. Książka była gotowa w ciągu sześciu miesięcy. Potęga podświadomości jest niesamowita. Nie miałem żadnego planu, żadnego zarysu, żadnego pomysłu na to, o czym miałaby być ta powieść, ale wszystko poskładało się do kupy i ostatecznie powstała z tego piękna i uporządkowana historia. Myślałem, że przedstawię tylko jeden punkt widzenia, ale było ich aż siedem. To jedyna prawdziwa powieść, jaką kiedykolwiek napisałem. Pozostałe moje dzieła to nowelki na raptem 60 tysięcy słów. Toczy się w nich tylko jedna akcja dramatyczna, w której czytelnik nigdy nie opuszcza bohatera lub antybohatera, i są napisane w tempie i przy użyciu języka typowego dla krótkich opowiadań. Jednak „Caribou Island” to coś większego. Czasami daje nam odpocząć od głównych bohaterów – Irene i Gary’ego – a nawet podziwiać krajobrazy Alaski. Mówiąc szczerze, miałem szczęście i czuję ogromną ulgę. Wszystkie moje kolejne powieści również napisałem w ciągu sześciu miesięcy. Nie wprowadzono do nich żadnych korekt, poza edytowaniem wierszy. Innymi słowy, nigdy nie musiałem usuwać, przenosić ani dodawać scen. To bardzo dziwne, bo kiedyś powiedziano mi, że pisanie polega głównie na korygowaniu tekstu.

Przeczytaj także: 

Alaskańska autoterapia | David Vann, Legenda o samobójstwie

W „Last Day On Earth: A Portrait of the NIU School Shooter” opowiadasz o swoich młodzieńczych fantazjach z bronią, przeplatając wątek osobisty z opowieścią o masakrze dokonanej przez Steve’a Kazmierczaka w jednej z amerykańskich szkół. Steve, masowy morderca, ewoluuje tu od zdobywcy nagrody dziekana, Dean Award, za wybitne wyniki w nauce, do sprawcy masakry na kampusie uniwersyteckim. Czy w twoim przypadku miała miejsce odwrotna ewolucja – od chłopaka zafascynowanego bronią do wybijającej się w „Legendzie” postawy wyraźnej niechęci do broni? Czy to właśnie wynik osobistych doświadczeń?

– Wcześniejsze doświadczenia życiowe Steve’a obudziły w nim masowego mordercę. W ostatnich pięciu latach swojego życia próbował zmienić się i robił wszystko, by nie zostać zabójcą. Jego historia to historia człowieka, któremu prawie udało się nie zostać tym mordercą, historia nieudanego triumfu. Moje własne życie nigdy nie było tak trudne jak jego, ale po tym, jak mój ojciec sam się zastrzelił, wręczono mi wszystkie jego pistolety. Miałem do dyspozycji karabin Magnum .300 na niedźwiedzie, karabin .30-.30 rodem z westernów i dwie strzelby, w tym jedną kalibru 12. Celowałem w sąsiadów, mając naboje w komorze, fantazjowałem o zabijaniu szkolnych kolegów w ramach romantycznego aktu obrony pewnej dziewczyny i na trzy lata wpadłem w bardzo długą i ciemną spiralę upadku, kiedy to zamiast iść na terapię używałem broni. Później jednak dołączyłem do licealnej grupy dramatycznej pozostającej pod dużym wpływem Grotowskiego i polskiego Teatru Laboratorium, i to właśnie zmieniło moje życie (zaś większość moich przyjaciół po ukończeniu liceum wyjechała na rok do Polski, by studiować sztuki teatralne). Chociaż byłem okropnym aktorem, można pokusić się o stwierdzenie, że w zasadzie ukształtowała mnie Polska – mój styl pisania, bez planu czy zarysu, za to ze sporą dawką improwizacji i podświadomych transformacji. To prawda, że obecnie mój stosunek do broni jest pełen nienawiści. Przez cztery lata walczyłem z amerykańskim ruchem miłośników broni. Ameryka to postrzelony kraj, dlatego czternaście lat temu wyjechałem i zamieszkałem w Nowej Zelandii. Oczywiście, pod rządami Trumpa, Stany zeszły na psy. Trump rozpowszechnia poglądy głoszone przez Krajowe Towarzystwo Strzeleckie (ang. National Rifle Association). Wyobraź sobie jego odrażające cielsko rozłożone na całym obszarze kraju i rżnące wszystkich w bambuko. Wyobraź sobie, że rocznie w Stanach dochodzi do 30 tysięcy zgonów spowodowanych użyciem broni, a on mówi, że broń to żaden problem.

Czy takie zerwanie z bronią było trudne? Jako dziecko byłeś zafascynowany, wyrastałeś przecież w jej wszechobecności, bo twój ojciec i jego koledzy polowali. Sam już jako jedenastolatek zastrzeliłeś swojego pierwszego jelenia. Czytając „Legendę…” można odnieść wrażenie, że broń jest immanentną częścią amerykańskiego, a zwłaszcza alaskańskiego życia. I to, że zadaje śmierć ludziom, jest dla opisanych przez pana bohaterów jakby trochę nienaturalne. Takie jest samobójstwo na łodzi. Wydaje się też takie samobójstwo Roya. Podwójnie niezrozumiałe i trudne jest dla Rhody uśmiercenie jej ojca, z jego własnej broni, dokonane przez jej matkę.

– Najbardziej naturalną cechą każdej broni jest zadawanie śmierci. Broń używana w masowych strzelaninach została stworzona specjalnie po to, by zabijać wiele osób w krótkim czasie i to bez pudła. Dobrym przykładem są pistolety Glock 19 i karabiny szturmowe. Dorastałem na polowaniach, ale zabicie pierwszego jelenia w wieku jedenastu lat było delikatnie zawoalowanym substytutem zabicia człowieka. Rytuałem niezbędnym do osiągnięcia przeze mnie wieku męskiego. Powinienem w sumie powiedzieć, że strzelanie z broni to fajna zabawa. Nic dziwnego, że wielu mężczyzn ją lubi. Bardzo łatwo można wpaść w fascynację władzą, jaką daje broń. Dlatego właśnie powinniśmy wdrożyć rozsądne przepisy prawa ograniczające korzystanie z niej. Proszenie mężczyzn o to, by nie interesowali się bronią, to jak proszenie ich o to, żeby przestali interesować się seksem. Jest to jeden z wielu powodów, dla których to kobiety powinny rządzić światem, a mężczyźni zostać na zawsze odsunięci od jakiegokolwiek sprawowania władzy.

Wychowałeś się na Alasce. I ten region, a szczególnie przyroda Alaski wydaje się w twojej powieści szczególnie ważna. Wprawdzie nigdy nie byłem w tamtym regionie, ale po lekturze opowiadań „Ichtiologia” i „Ketchikan” wyobrażam ją sobie na podobieństwo znanych mi norweskich fiordów i położonego już za kołem polarnym miasta Tromsø. Taki krajobraz – surowy, ale z drugiej strony idylliczny – kontrastuje w tragedią bohaterów. Można odnieść wrażenie, że masz nawet pretensje do milczącej alaskańskiej przyrody, jakby obojętnej wobec osobistej tragedii pana czy pana bohaterów. Czy jest tak w rzeczywistości?

– Tak się składa, że byłem w Tromsø i uwielbiam Norwegię. Spędziłem tam tydzień w górskiej chacie w towarzystwie mojego znajomego, norweskiego pisarza Larsa Myttinga. Różnica między Norwegią a Alaską polega jednak na tym, że Alaska pozostała dzika. Wszędzie buszują niedźwiedzie i można dosłownie zostać zjedzonym podczas spaceru.

Nie wydaje mi się, żebym żywił urazę do Alaski. Zasadniczo piszę z perspektywy amerykańskiej tradycji krajobrazowej, w której używa się naturalnych krajobrazów tak jak w psychologii stosuje się badanie Rorschacha. Nasze umysły nie są w stanie postrzegać świata ani w sposób neutralny, ani dokładny. Mamy tendencję do tworzenia wzorców i ciągłego poszukiwania jakiegoś znaczenia. Dlatego, gdy opisuję las lub morze z punktu widzenia jednego z moich bohaterów, krajobraz przesuwa się i zmienia swój kształt w sposób odzwierciedlający życie wewnętrzne danego bohatera. Wszelkie krajobrazy zewnętrzne to lustra odbijające wnętrze bohaterów. Ponieważ piszę powieści tragiczne, moi bohaterowie są zwykle uwikłani w jakiś konflikt, działają nieświadomie i nie kontrolują swojego zachowania, raniąc tych, których kochają najbardziej. Wtedy ich krajobraz może stać się groźny, a nawet przerażający.

Przeczytaj także:

Na „Kolej podziemną” musiał nadejść czas | Z Colsonem Whiteheadem rozmawia Przemysław Poznański

Chyba nie lubisz być porównywany do Richarda Russo lub Comarca McCarthy’ego. To może ja spróbuję innego porównania – do Johna Irvinga. Mam wrażenie, że wracasz na Alaskę w swoich powieściach, podobnie jak on do Nowej Anglii, bo zdarzyło się tam coś ważnego, a jednocześnie osobistego. I choć czasem opuszczacie ten „kraj dzieciństwa”, to i tak czuć jego ducha na kartach waszych książek. To świadomy wybór najlepszego tła dla powieści czy raczej rodzaj przymusu, by wracać do korzeni?

– Nie wydaje mi się, żebyśmy kiedykolwiek wybierali to, o czym piszemy. Krajobrazy dzieciństwa mają zdecydowanie największy wpływ na podświadome transformacje znajdowane na stronach książki, bo żyją w nas od tak dawna, że w końcu stają się nami. Oczywiście, zawsze cieszę się z porównania do Russo, McCarthy’ego czy Irvinga. „Krwawy południk” McCarthy’ego to moja ulubiona powieść. Russo spotkałem osobiście – to bardzo miły człowiek. I, oczywiście, uwielbiam pióro Irvinga. Wszyscy ci pisarze czują jednak wewnętrzny przymus do ilustrowania konkretnych krajobrazów, które stały się nimi samymi.

„Legenda o samobójstwie” jest twoją pierwszą książką, która ukazuje się w Polsce. I to dokładnie po dziesięciu latach od jej pierwszego wydania. Od tego czasu napisałeś już kilka kolejnych. Czy dla ciebie „Legenda…” jest wciąż powieścią „żywą” w sensie emocji, które niesie dla pana jako autora?

– „Legenda o samobójstwie” zawsze będzie moim najistotniejszym i najżywszym dziełem, bo odzwierciedla walkę, jaką przez dziesięć lat toczyłem z najważniejszą historią mojego życia – samobójstwem ojca. To, co wydarzyło się na stronach tej powieści, było prawdziwe, zaskakujące i na zawsze pozostanę pod wpływem tych wydarzeń.

Jakiego jej odbioru spodziewasz się w Polsce?

– Nie mam pojęcia, czego mogę się spodziewać, ale od wielu lat marzyłem o tym, by moja książka została opublikowana w języku polskim. Chciałem odwiedzić Wasz kraj, głównie ze względu na Grotowskiego i ogromny wpływ polskiego teatru na moje życie. Ciekawi mnie polska kultura i polski krajobraz. Na pewno odwiedzę Wasz kraj w tym roku, chociaż nadal pracuję nad swoim harmonogramem. Mam nadzieję, że zdobędę w Polsce czytelników, z którymi poprowadzę ciekawe debaty i rozmowy. Dziękuję za rozpoczęcie pierwszej z nich!

Rozmawiał Przemysław Jakub Hinc

 

Zdjęcie pisarza: Mathieu Bourgois Agency

Tłumaczyła Klaudia Brejecka-Włodarczyk

 

* David Vann pisarz i profesor twórczego pisania na University of Warwick w Anglii. Jego książki ukazały się w 24 językach i zdobyły wiele nagród, zajmując czołowe miejsca w kilkudziesięciu rankingach najlepszych książek. „Legenda o samobójstwie” jest jego pierwszą książką tłumaczoną na język polski, co zawdzięczamy nowo powstałemu Wydawnictwu Pauza. Poza tym opublikował m.in. „A Mile Down: The True Story of a Disastrous Career at Sea”, “Caribou Island”, “Last Day On Earth: A Portrait of the NIU School Shooter”, „Dirt”, „Goat Mountain” and “March – Bright Air Black”

 

 

 

Grotowski changed my life

An interview with american writer David Vann 

Przemysław Jakub Hinc: In the short stories and the novella that make up the “Legend of a Suicide”, you basically tell the same story, each time changing the starting point, putting emphasis on various aspects and leading to apparently different outcomes. It’s just an appearance because, in the end, there is always death – a suicide or a murder. Was it for you a form of therapy after your father committed suicide when you were only 13 years old? Is that why it took you almost ten years to write this novel?

David Vann: In my family, there was no one story about my father’s suicide. We all had different versions of who he was, what happened, and what it meant. This was part of why it took me ten years to write about him. The final form came from Chaucer’s Legend of Good Women from 600 years ago, the idea of a „legendary” or series of portraits, from the hagiographic tradition writing about saints’ lives. The stories are written in different styles and contradict each other, together forming a debate. And it was certainly therapeutic, but art has to do something more than therapy, which is to make something beautiful and coherent. And truth doesn’t matter as much. I never spent a year homesteading with my father, for instance, but he asked me to spend a year with him and killed himself soon after I said no, so the story has a tangential relationship to the truth, offering me a second chance.

Is it possible at all to imagine a potential reader while writing such a personal and intimate novel? Someone else than yourself?

– I never imagined a reader, and in fact I didn’t have any for the ten years I was writing this book or the twelve years after as I waited for it to be published. I’m convinced, also, that all the best novels were written for only one person, the author. Contemporary literary theory favors the reader and even their misreadings, but the best reader of each text can only be the author.

The thread of suicide, weapon and murder also appears in your other books, including “Caribou Island”. Does it mean that the „Legend …” was insufficient to effectively face the experiences of your life?

– I’m lucky to come from a family with five suicides and a murder. It was wonderful material, and all set in beautiful locations, in Alaska and rural Northern California. The murder/suicide of my stepmother’s parents is behind Caribou Island, though I moved it from California to Alaska and couldn’t remember them so had to invent the characters.

For twelve years since you wrote „The Legend…”, nobody wanted to publish this book. How did you react to it? Has it affected the role of the book as part of your therapy? Has it influenced you as a writer?

– Because I couldn’t get my book published, and also couldn’t become a professor without a book published, I went to sea as a captain of sailboats and then became an aluminum boat builder. I sailed more than 50,000 miles offshore, crossing oceans and cruising many beautiful island areas. I don’t regret that at all, and if I had been published early, none of it would have happened.

That gap did affect me as a writer, though, because I lost five and a half years of writing, from the time when I was closest to my education and best at language, so I do feel that as a loss. I’ve been trying to recover ever since, by translating Beowful from Old English, for instance, and relearning Latin and linguistics and currently studying French.

Once the “Legend of Suicide” has been finally published, it was not only noticed but also received an award. How was it to write another novel after the successful publication of the first one? I guess, it must be hard as you have to face not only your own traumatic experiences but also the success.

– When Legend of a Suicide received a great review in the New York Times, my agents told me that editors wanted a novel. This was on Sunday afternoon that they told me, and they needed it by Monday. I dug through my desk and found nothing, then went back and, at the very bottom, found 48 pages of a failed attempt at Caribou Island from years before. I typed this up that night, and a few days later I talked to an editor on the phone, saying that I had written the 48 pages during the past six weeks and felt a tremendous momentum, the novel essentially writing itself. She bought it, and then I freaked out. I had never written a novel. But I started over from page 1 and it ended up writing itself easily in six months. The power of the subconscious mind is amazing. I had no plan, no outline, no idea what the novel would be about, but it all came together and was beautifully structured. I thought there would be only one point of view but there were seven, and it’s the only true novel I’ve ever written. The others are all novellas stretched to 60,000 words. They have only one primary dramatic action, never leave the protagonist and antagonist, and are written with the pacing and language of short stories. But Caribou Island is bigger, giving us breaks from Irene and Gary, the main couple, and the book even offers a vision of Alaska. So, to put it simply, I got lucky and was greatly relieved. All my next novels wrote in six months, also, and none of them have revisions other than line edits. I never delete or move or add a scene, in other words. Very strange. I had been told writing was mostly revision.

In the “Last Day On Earth: A Portrait of the NIU School Shooter” you describe your youthful phantasies about weapon, intertwining your personal story with a story on the massacre perpetrated by Steve Kazmierczak in one of the US schools. Steve, a mass murderer, evolves from a winner of a dean award for excellent academic results to the perpetrator of a massacre on the university campus. In your case, was it a reverse evolution – from a boy fascinated by weapon to the outstanding reluctance towards weapon shown in the “Legend…”? Does it result from your personal experiences?

– Steve’s earlier life shaped him perfectly for mass murder. It was only his last five years in which he tried to remake himself and not become a killer. His story is one of almost triumph, of very nearly not becoming that shooter. My own life was never as difficult as his, but I was given all my father’s guns after he killed himself with a gun. I had a .300 magnum rifle for bears, a .30-.30 rifle like in the westerns, and two shotguns, including a 12-gauge. I aimed at neighbors with a shell in the chamber, fantasized killing kids at school while romantically defending some girl, and had a very dark downward spiral for three years as I used guns instead of going to therapy. After that, though, I joined a high school drama group influenced by Grotowski and the Polish Laboratory Theatre, and that changed my life (and most of my friends went to Poland for a year after high school to study theatre there). Though I was a terrible actor, you could say that Poland actually formed how I write, without plan or outline, valuing improvisation and subconscious transformations. And yes, I do hate guns now and fought for years against the gun movement in America. I think America is insane, and I left fourteen years ago to become a resident of New Zealand. America is of course even worse now under Trump. He’s a mouthpiece for the National Rifle Association. Imagine his disgusting body spread out over the entire land and just fucking everyone. We have 30,000 gun deaths a year and he says guns are not a problem.

Was it difficult for you to break free of weapon? As a child, you were fascinated with it as you grew up in its omnipresence. Your father and his friends used to hunt. As an eleven-year-old-boy, you shot your first deer. When reading the “Legend…”, one can get an impression that weapon is an inherent part of American, especially Alaskan, life. Life, not death. The fact that you can kill people with weapon seems to be somewhat unnatural for your characters. Same as the suicide on the boat or the suicide committed by Roy. Even more incomprehensible and difficult for Rhoda is the fact that her mother killed her father with his own weapon.

– It’s the most natural part of guns that they inflict death, of course. The weapons used in mass shootings were engineered specifically to kill a lot of people in a short time without failing, weapons such as the Glock 19 pistol, for instance, and assault rifles. I grew up hunting, but killing my first buck at eleven was a thinly-veiled substitute for killing a man, a ritual for attaining my own manhood. I should say that guns are fun to shoot. It’s no wonder so many men like them. Their power is easy to be fascinated by, which is why we should have reasonable laws limiting them. Asking men to not be interested in guns is like asking them to not be interested in sex. This is one of many reasons why women should rule the world and men should never be allowed power again.

You grew up in Alaska. This region, especially the wildlife of Alaska, seems to be particularly important in your novel. I have never been to Alaska, but having read the short stories “Ichthyology”, “Ketchikan” and the mini-novel “Legend of a Suicide”, I can imagine that it must be similar to Norwegian fjords and the city of Tromsø that is situated above the polar circle and that I am familiar with. Such a landscape – raw but idyllic – contrasts with the tragedy of your characters. I have the impression that you hold a grudge against the silent Alaskan wildlife, which is somewhat indifferent to your personal tragedy or the tragedy of your characters. Am I right?

– I’ve been to Tromsø, and I love Norway. I just spent a week at a cabin in the mountains there with a friend, the Norwegian writer Lars Mytting. But the difference is that Alaska is still wild. There are bears everywhere, and you could get eaten while on a hike.

I don’t think I have a grudge against Alaska. What’s happening is that I write from an American landscape tradition that uses natural landscape like a Rorschach test in psychology. Our minds cannot see the world in a neutral or accurate way. We’re pattern-makers, always looking for meaning. So as I describe a forest or the sea from the point of view of one of my characters, the landscape shifts and changes shape to reflect the inside life of the character. All exterior landscapes mirror interior ones. And because I write tragedy, my characters locked in conflict, acting unconsciously and out of control and hurting the people they love most, that landscape can become menacing or even terrifying.

As I guess, you don’t like being compared to Richard Russo or Cormac McCarthy. So, maybe I’ll use a different comparison – to John Irving. I have the impression that, in your novels, you return to Alaska just like he returns to New England because something important and, something personal happened there. And, although you sometimes leave this “land of childhood”, you can still feel its spirit on the pages of your books. Is it a conscious decision to choose the best background for your novel or is it rather a kind of compulsion to go back to the roots?

– I don’t think we ever get to choose what we write, and certainly childhood landscapes have the most power for unconscious transformation on the page because they’ve lived in us for so long and become us. I’m always happy, of course, to be compared to Russo or McCarthy or Irving. McCarthy’s Blood Meridian is my favorite novel, I’ve met Russo, who is a very sweet man, and of course I love Irving’s writing. All of them are compelled to write about certain landscapes that have become them.

The “Legend of a Suicide” is the first of your books published in Poland – exactly ten years after its first edition. Since then, you have written several other books. Is the “Legend…” still a living novel for you in terms of emotions that it evokes in you as its author?

– Legend of a Suicide will always be my most living and important book to me, because it was a ten-year struggle with the most important story of my life, my father’s suicide. What happened on those pages was real and surprised me and will always affect me.

What kind of reception of your book in Poland do you expect?

– I have no idea what to expect, but I’ve wanted to be published in Polish for many years, and wanted to visit there, mostly because of Grotowski and the huge influence Polish theatre had on me. I’m curious about the culture and landscape and will definitely visit sometime this year, though the dates are still being worked out. I hope I’ll find readers there, and conversation and debate. Thank you for starting that conversation here!

 

 

Reklamy