wywiad

Anna Fryczkowska: Co jakiś czas ogarnia mnie tęsknota za włóczęgą | Rozmawia Przemysław Poznański [wywiad]

Interesował mnie motyw zaczynania od nowa. Zaraz jednak przychodziły myśli, że romantyzm wędrówki nie powinien mi przesłaniać jej licznych niedogodności, to była cena, jaką płacili za wolność – mówi Anna Fryczkowska, autorka powieści „Ludzie wędrowni”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Anna Fryczkowska, fot. Pola Kardas

Przemysław Poznański: „Ludźmi wędrownymi” powracasz do świata „Sagi ludzi ziemi”, ale to książka osobna, inna. I nic dziwnego – jej bohaterowie są ludźmi oderwanymi od ziemi i to na wielu poziomach: po pierwsze nie pracują w polu, po drugie najmłodsze z opisywanych tu pokoleń staje się pomału „ludźmi miast”. Nie piszesz też tym razem o Józwiakach, czyli twoich przodkach od strony dziadka, ale o Żabeckich, z których pochodziła twoja babcia. Co ciekawego znalazłaś w tej nieopowiedzianej dotąd historii?

Anna Fryczkowska: Całe mnóstwo! Bardzo mnie kręciła opowieść o chłopach sprzed stu lat, którzy nie mieli zamiaru przywiązywać się do ziemi, przeciwnie, upatrywali sensu życia w nieustającej wędrówce. A poza tym, przy jednoczesnej pogardzie dla szlachty, mieli też silne ambicje, żeby przejąć różne szlacheckie atrybuty  – zegar, szablę, inwestycje w nowinki, w końcu dworek. Bardzo mnie też interesował motyw zaczynania od nowa w każdym z miejsc, w których na chwilę się osiedlali. Zaraz jednak przychodziły myśli, że romantyzm wędrówki nie powinien mi przesłaniać jej licznych niedogodności, to była cena, jaką płacili za wolność. Wszystko oczywiście oparłam na faktach wyciąganych od kolejnych członków mojej gawędziarskiej rodziny, głównie od taty. Okazało się wtedy, że ta linia mojej rodziny jest nie mniej ciekawa niż ta opisana przeze mnie w „Sadze o ludziach ziemi”, a może nawet chwilami ciekawsza, bo bardziej egzotyczna.

Ich historia – zawarta tu w klamrze między początkiem pierwszej wojny światowej a końcem drugiej, ale z retrospekcją odsyłającą nas do powstania styczniowego, zawiera też epizody walki narodowowyzwoleńczej, czego u Józwiaków nie było. 

– Lubię klamry, porządek i symetrię, tę opowieść ujęłam więc w kilka karbów. Po pierwsze ograniczają ją dwie wojny – pierwsza i druga światowa. Poza tym ułożyłam rzecz w trójcę: wędrówka, postój i znowu wędrówka. „Saga o ludziach ziemi” była opowieścią o wrastaniu, tu natomiast mamy powieść o ruchliwej wolności. Rodzajem szukania ruchliwej wolności jest też dla jednego z moich bohaterów udział w powstaniu styczniowym. Pewnie przemówiły do niego hasła wolnościowe, choć jego żona podejrzewa, że zwyczajnie trudno mu było usiedzieć w domu.

Wszystko oczywiście oparłam na faktach wyciąganych od kolejnych członków mojej gawędziarskiej rodziny, głównie od taty. Okazało się wtedy, że ta linia mojej rodziny jest nie mniej ciekawa niż ta opisana przeze mnie w „Sadze o ludziach ziemi”, a może nawet chwilami ciekawsza, bo bardziej egzotyczna.

Zanim Żabeccy osiedli w dworku w Skarbanowie na Kujawach, przemieszczali się od wsi do wsi.

– Tak, kolejne pokolenia tej rodziny żyły wędrownie. Jedni byli najemnymi rolnikami, podróżowali między folwarkami i gospodarstwami, gdzie pracowali za pieniądze, bardzo sobie ceniąc swobodę i możliwość odmawiania, jeśli nie podobało im się jakieś zajęcie. Inni zajmowali się wędrownym rybołówstwem. Wiem jak dziwnie brzmi sformułowanie „wędrowne rybołówstwo”, polegało to jednak na tym, że rodzina osiedlała się przy jakimś jeziorze i w ciągu roku czy dwóch opróżniała je z ryb, którymi potem handlowała, potem więc byli zmuszeni szukać kolejnego rybnego akwenu.

Ani jedni, ani drudzy nigdzie nie zagrzewali miejsca, nie wrastali więc w społeczności, wszędzie byli obcy. Stanowili dla osiadłych atrakcję, ale mogli także być zagrożeniem, więc z jednej strony ludzie się na nich gapili z zainteresowaniem, z drugiej – czuli strach. Wystarczyło, że moi Żabeccy nie przeżegnali się przy mijanej kapliczce, a już ich sondowano, kim są.

Anna Fryczkowska, Ludzie wędrowni, W.A.B, 21 maja 2015, ISBN:
9788383878171

Gdy w końcu się osiedlają na dłużej, we wspomnianym dworku, twoja bohaterka, Józka, matka Iny, twojej babci, wcale nie jest z początku zadowolona z tego obrotu spraw. Stwierdza, że zginęła gdzieś beztroska, a pojawił się strach.

– Im więcej się ma, tym łatwiej się żyje, ale tym więcej można stracić. No i kiedy się osiądzie na miejscu, trzeba się inaczej starać, wrastać we wspólnotę, przepraszać za błędy, przed konsekwencjami których już nie można uciec. Moja bohaterka patrzy więc tęsknie na przejeżdżającą w oddali kolej, mierzy czas gwizdami kolejnych pociągów, śni o podróżach. Choć, gdy szansa takiej podróży się nadarzy, rezygnuje z niej.

Nie do końca jest to jej decyzja. Piszesz o społeczeństwie patriarchalnym, w którym ostateczna decyzja należała do mężczyzny. Józka długo się z tym godzi. Mówi nawet: „Nie, nie drażniło mnie, że to Michał o wszystkim decydował. Byłam pewna jak niczego na świecie, że mój mąż doskonale wie, co robi.” A jednak „Ludzie wędrowni” są książką o silnych kobietach. Józka, a wcześniej matka Michała, Ludka, muszą po prostu do tej siły dojrzeć. Józka widzi przecież z czasem, że „inwestycje” Michała, jak sam to nazywał, rzadko okazują się być sukcesem. Dla mnie to opowieść o niezgodzie – cichej, ale skutecznej.

– Kobiety tę swoją niezgodę wprowadzają w książce tylnymi drzwiami, żeby chronić pokiereszowane ego swoich mężczyzn. Muszą jednak zakulisowo podejmować decyzje, żeby mieć co podać rodzinie na obiad. Józka nie może polegać na mężu, bo po pierwsze nie wie, czy uda mu się coś zarobić, po drugie, nie ma pewności, czy on nie uzna, że są ważniejsze sprawy niż karmienie dzieci, na przykład kolejna inwestycja.

Jedną z takich decyzji Józki jest założenie w dworku szkoły. Dochodzi do tego tylko dzięki jej uporowi. Jest rok 1918 i nowe państwo polskie chce kształcić obywateli. Dla Żabeckich to oznacza stały przychód z tytułu najmu.

– Tak, moja rodzina w latach dwudziestych i trzydziestych gościła w domu szkołę. Jak to się stało? W roku 1918 młode państwo polskie od razu postawiło na edukację, i to zarówno chłopców jak i dziewczynek, siedem klas szkoły powszechnej miało być obowiązkowe dla wszystkich. O ile jednak nie było z tym większego kłopotu w miastach, gdzie już istniały wcześniej jakieś budynki szkolne i mieszkała kadra nauczycielska, o tyle na wsiach był to często spory problem. Należało bowiem znaleźć właściwy lokal, a poza tym trzeba było przekonać nauczycieli do wyjazdu w dużo prymitywniejsze niż w mieście warunki. Na wieś często trafiały więc „siłaczki” z poczuciem misji, ale zdarzały się również osoby, którym w życiu nie wyszło. Uznawały, że praca nauczyciela na wsi będzie lekka, bo nikt ich z niej przecież nie rozliczy, a dostaną pieniądze, wikt i opierunek. Oni wszyscy też są „ludźmi wędrownymi” tej opowieści.

Opisujesz też inne zmiany, jakie zachodzą na wsi, często jednak budzące opór mieszkańców. Funkcjonowanie szkoły nie ucieszyło wszystkich, bo oznaczało, że dzieci nie będą mogły cały dzień pomagać w gospodarstwie.

– Joanna Kuciel-Frydryszak opisuje w „Chłopkach” jak łatwo było zwolnić dziecko z obowiązku nauki. Wystarczyło napisać albo poprosić kogoś o napisanie prośby o zwolnienie dziecka – głównie dotyczyło to córek – z lekcji, bo jest potrzebne w domu. Wiadomo, zawsze brakowało rąk do pracy, ale pewnie chodziło też o opór przeciw wprowadzanym szybko unowocześnieniom. Ja nie umiem czytać, a moja córka będzie umiała? To musiało być trudne dla wielu ojców rodziny.

Żony też im się trochę buntowały, bo chodziły na kolejne kursy prowadzone przez kobiety z klasy średniej, z których wiele jeździło na prowincję nieść oświatę. To często były kursy nowoczesnego żywienia rodziny, dziergania czy haftowania, wiele z tych umiejętności pozwalało chłopkom na zarobienie własnych pieniędzy, na choć częściowe uniezależnienie się finansowe od męża.

Te nauczycielki uświadamiały gospodyniom: „nie dajcie sobie wmówić, że wasza praca jest nic niewarta”.

– Owszem, kobiety w Polsce przed chwilą wywalczyły sobie wówczas prawo głosu, czuły moc, niosły to na wieś. W „Ludziach wędrownych” piszę o chłopkach, które w miarę chętnie witają zmiany, bo mają więcej do wygrania, mężczyźni sprzeciwiają się nowinkom, widząc w nich zagrożenie dla swojej dotychczasowej pozycji. Moja bohaterka, Józka, stopniowo otwiera się na zmiany, a jej córka Ina, moja babcia, zostaje już w tej atmosferze otwartości wychowana, także dlatego, że w domu oprócz matki otaczają ją nauczycielki.

Z drugiej strony widzimy na wsi opór przeciw szczepionkom i sławojkom.

– Tak, napisałam długi rozdział o ustępach (śmiech). Poza tym zaszokowało mnie, kiedy czytając materiały o nowo wprowadzonym wówczas obowiązku szczepień na czarną ospę, odkryłam, że argumenty antyszczepionkowców sprzed stu lat nie różniły się niczym od argumentów współczesnych ruchów przeciwnych szczepieniom, dosłownie można zrobić kopiuj-wklej. No cóż, wbrew krakaniu ówczesnych antyszczepionkowców, ludzkość ten obowiązek przeżyła, co więcej – czarna ospa została dzięki szczepionkom całkowicie wyeliminowana. Całe szczęście, umierała na nią ponad jedna trzecia chorujących.

Kobiety tę swoją niezgodę wprowadzają w książce tylnymi drzwiami, żeby chronić pokiereszowane ego swoich mężczyzn. Muszą jednak zakulisowo podejmować decyzje, żeby mieć co podać rodzinie na obiad. Józka nie może polegać na mężu, bo po pierwsze nie wie, czy uda mu się coś zarobić, po drugie, nie ma pewności, czy on nie uzna, że są ważniejsze sprawy niż karmienie dzieci, na przykład kolejna inwestycja.

Jedną z opisywanych kobiet, postacią fascynującą, jest Waleria, inna z córek Józki, obdarzona szczególną duchowością. Piszesz o niej, że nosiła w sobie dwie dusze, w tym dusze Aniołki, czyli jednego z dzieci Józki, które urodziło się martwe, co było wtedy dość częste.

– Urodzenie martwego dziecka wiązało się z podwójną tragedią. Do żałoby dochodziła kwestia braku chrztu, księża często nie pozwalali chować takich dzieci na cmentarzu, panowało też powszechne przekonanie, że nieochrzczona duszyczka nie pójdzie do nieba. Waleria więc duszę zmarłej siostry przechowuje w sobie. Waleria Żabecka, w rodzinie zwana szamanką,  to zresztą, jak prawie wszyscy bohaterowie „Ludzi wędrownych”, postać autentyczna. Patrzyła na świat od przedziwnej strony, widziała dusze i duszki, wodników i anioły, jak jej tego zazdroszczę!

Gdy czytałem tę powieść, odniosłem wrażenie, że niemożliwe jest, aby w autentycznych losach jednej rodziny zawrzeć uniwersalny obraz Polski i Polaków ze wszystkimi zjawiskami ważnymi dla epoki: udział w powstaniu i partyzantce, pierwsza szkoła na wsi założona akurat w ich domu, nawet pierwsze sławojki, w końcu pierwsze emigracje ze wsi do miast, trudne wojenne losy, z zesłaniem na roboty włącznie. Tymczasem za każdym razem podkreślasz, że to co w tej powieści najważniejsze, jest prawdą. 

– Pytałeś, co ciekawego dostrzegłam w dziejach Żabeckich. Ich losy rzeczywiście wyznaczane były przez kamienie milowe ówczesnej historii, co wydało mi się absolutnie fascynujące. Nawet jeśli tu i ówdzie pojawiają się jakieś nieścisłości. Dotyczy to choćby śmierci prapradziadka w powstaniu styczniowym. W powieści trzymam się tej wersji, bo jest ona zgodna z rodzinną legendą, ale w księgach parafialnych, do których dotarłam, widnieje data śmierci późniejsza o dwa lata od daty zakończenia powstania. Jaka jest prawda? Pytałam o to tatę, który uznał, że to księgi muszą się mylić. Może i tak, a może dobra opowieść jest ważniejsza niż literalne trzymanie się faktów.

Okres, w którym umieszczasz fabułę pozwala ci rzeczywiście sięgnąć do świadectw mówionych, do świadków wydarzeń. Jak wyglądał research powieści, która rozgrywa się w czasach trochę nam bliższych niż „Saga o ludziach ziemi”?

– Przeczytałam dziesiątki opracowań i pamiętników chłopskich z owych czasów. Co za radość, że wówczas już tylu chłopów umiało pisać i czytać, bo ich świadectwa są bezcenne. Jeździłam na Kujawy, usiłowałam dojrzeć pod współczesnością tę ziemię sprzed stu lat. Włóczyłam się po muzeach etnograficznych i skansenach, chodziłam tam po podwórzach i chałupach, oglądałam ogródki, pasieki, doły na gnojówkę i stodoły. No i czerpałam z opowieści taty. Lubiłam na przykład, jak mi opowiadał o bieganiu boso, które było dla niego synonimem wolności. Buty były wielkomiejskie, cisnące, niewygodne, tata zakładał je, kiedy musiał jechać do liceum w Izbicy Kujawskiej, stanowiły dla niego niemiły rynsztunek, z ulgą je zdejmował, kiedy wracał do domu, tu znowu miał swobodne stopy.

Pytałeś, co ciekawego dostrzegłam w dziejach Żabeckich. Ich losy rzeczywiście wyznaczane były przez kamienie milowe ówczesnej historii, co wydało mi się absolutnie fascynujące. Nawet jeśli tu i ówdzie pojawiają się jakieś nieścisłości.

Gdy rozmawialiśmy o trzecim tomie „Sagi o ludziach ziemi” i głównej postaci tej powieści, czyli Mariannie, mówiłaś, że szukałaś jej w sobie. A ile w tobie jest z „ludzi wędrownych”? Motyw drogi widać w twoich książkach już wcześniej, w „Sadze…”, gdzie Hanka i Antoni Józwiakowie zbiegają z majątku do innej wsi, ale i w „Cyrkówce Mariannie”.

– Ja ich wszystkich poniekąd urodziłam, musimy być podobni!

Ja też, jak Ina, uwielbiam się uczyć i cieszę się, że – w odróżnieniu od niej – mogę to robić. Co jakiś czas dopada mnie także tęsknota za włóczęgą, i jeśli nie mam wtedy jakiegoś spotkania autorskiego czy festiwalu literackiego w odległym miejscu, zdarza mi się niemal z dnia na dzień ruszyć gdzieś na 5-7 dni, tylko po to, żeby pooddychać innym powietrzem, najlepiej, jeśli to powietrze leśne. Nabieram wtedy dystansu do siebie, do życia, jakie prowadzę, każdy powrót jest rodzajem nowego początku, bo wracam trochę inna.

 W jaką literacką drogę teraz ruszasz?

– Piszę kolejną powieść drogi, znowu historyczną, ale tym razem osadzoną w egzotycznych realiach. Siedzę po uszy w researchu, jest fascynujący. Będzie to opowieść o zawiedzionych nadziejach, o sile, o solidarności, o wspólnotach, których się nie daje albo nie chce opuścić, o ucieczkach i powrotach, o wrażliwości na przyrodę i na tzw. obcych, bardzo dużo ma być o miłości i porozumieniu. Ma krzepić, taką mam misję.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Anna Fryczkowska pisarka, scenarzystka, współautorka scenariuszy do seriali, autorka m.in. powieści „Kobieta bez twarzy”, „Starsza pani wnika” (nagroda główna festiwalu Pióro i Pazur), „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” (Róża Gali w kategorii Książki), „Żony jednego męża”, „Równonoc” (nominacja do Nagrody Literackiej dla Autorki „Gryfia”), „Wdowinek”„Cyrkówka Marianna” oraz „Sagi o ludziach ziemi”: . Wpatrzeni w niebo”,,„Czas rumianku” i „Wieczorne gody”.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej