Zawsze chciałem opowiadać | Z Antonio Manzinim rozmawia Przemysław Poznański

Choć zaczynał jako aktor, nie ma w nim ani odrobiny pozy. Jest bezpośredniość i luz, w stroju podkreślony choćby sztruksową marynarką. Dostrzegam też jednak zmęczenie, wynikające z  dwudniowego intensywnego promowania w Polce książki „Żebro Adama” – drugiego tomu z cyklu o detektywie Rocco Schiavonem, rozpoczętego książką „Czarna trasa”. Choć spotykamy się rano, autor jest już po wizycie w jednej z radiowych rozgłośni. Czeka na mnie w przeszklonym pokoju biurowca Wydawnictwa Muza. Zaczynamy oczywiście od filiżanki kawy, pewnie w jego przypadku nie pierwszej tego dnia. Ale nie pozwalam mu spokojnie jej wypić, bo widząc Antonia Manziniego muszę spytać o jego bohatera – postać, która zdaje się być w dużym stopniu przeciwieństwem pisarza.

Przemysław Poznański: Rocco Schiavone – gbur, cham, niezbyt uczciwy, często uciekający się do przemocy. Ale przy tym policjant obdarzony błyskotliwym śledczym umysłem. To główny bohater pańskiego cyklu kryminalnego, postać z pewnością nietuzinkowa. Gdy widzi się w książce kogoś takiego, nie sposób nie spytać autora, skąd ją wziął. Czy w jakimkolwiek stopniu zaczerpnął ją pan z samego siebie? 

Antonio Manzini: Mój bohater jest absolutnie wymyślony. Aczkolwiek myślę, że w każdej książce jest postać, która ma coś wspólnego z autorem, a przynajmniej odzwierciedla jego niektóre pragnienia i marzenia. Ale Rocco nie ma nic ze mnie, choć całkiem możliwe, że przypomina w jakimś stopniu któregoś z moich przyjaciół, może krewnych. Lecz nie jest to bezpośrednie i oczywiste podobieństwo, raczej odzwierciedlenie pojedynczych zachowań w konkretnych sytuacjach. Praca pisarza jest pracą z fantazją. To jest w niej najważniejsze. Gdyby nie było elementu fantazji, pisanie byłoby smutne.

Wrzuca pan Rocco – elegancika z Rzymu – do alpejskiej Aosty. Nie jest pan pierwszym pisarzem kryminałów, który umieszcza akcję na prowincji. Wspomnę choćby powieści Camilli Läckberg rozgrywające się w Fjällbace. Różnica jest taka, że tam wszyscy bohaterowie są miejscowi, pan zaś buduje powieść na kontraście: pana bohater to policjant z daleka, który musi sobie radzić w nowym miejscu, gdzie zresztą nigdy nie chciał trafić. I oczywiście z początku w ogóle sobie nie radzi, nie potrafi nawet dobrać odpowiednich butów, by chodzić po głębokim śniegu.

– Dokładnie takie było założenie. Rocco miał znaleźć się w miejscu dla niego niewygodnym. W miejscu, które nie jest jego miejscem, które w żaden sposób nie jest z nim związane. Góry, śnieg, zimno – to nie jego klimaty. I oczywiście demonstruje swój sprzeciw: on przecież nie tyle nie potrafi się odpowiednio ubrać, co nie chce. Gdyby założył właściwe buty, to tak jakby zaakceptował miejsce, do którego trafił wbrew własnej woli. A że akceptować go nie zamierza, dlatego ubiera się jakby wciąż był na rzymskim Zatybrzu. Umieszczenie Rocco  w miejscu, które jest odległe od Rzymu i „ciasne”, dało mi szansę ciekawszego ukazania całej złożoności tej postaci, bo przecież – chcąc nie chcąc – mój bohater musi wejść w kontakt z miejscowymi, odnaleźć się w tej lokalnej społeczności.

Przeczytaj także: Napiszę jeszcze dziewięć kryminałów | Z Markiem Krajewskim rozmawia Przemysław Poznański

Choć pozostajemy w tym małym mieście, to porusza pan w swoich powieściach problemy wykraczające poza sprawy lokalnej społeczności, jak nielegalny przemyt osób czy handel bronią.

– Chcę mówić o moim kraju, o społeczeństwie, które znam, o prawdziwych ludziach. Obowiązkiem narratora jest nie uciekać od tego, co ważne, a wręcz przeciwnie: zmierzyć się z tematami, które czasem mogą być dla niego trudne, lub nawet go przerastać, jak ksenofobia, mafia czy zorganizowana przestępczość, a także przemoc domowa w stosunku do kobiet [temat powieści „Żebro Adama – red.], która jest dziś właściwie plagą naszego społeczeństwa.

Same metody dokonywania zbrodni są u pana dość wymyślne, ale motywy kierujące przestępcami raczej powszednie: zazdrość, nienawiść, miłość. Nie buduje pan dla zbrodni wielowarstwowych uzasadnień, nie szuka pan sekretów zakorzenionych w odległej przeszłości, jak czynią to dziś dość często autorzy kryminałów.

– Nudzą mnie książki, w których intryga podlega inżynieryjnie skonstruowanemu planowi zabójstwa, jak jest to na przykład u Agathy Christie, gdzie mamy do czynienia z misternie zbudowanym planem zabicia kogoś. Mam wrażenie, że przestępca w takiej książce musiałby skończyć odpowiednie studia, żeby taki plan skonstruować i potem go wykonać. W rzeczywistości nikt się tak nie zachowuje Tym, co kieruje ludźmi jest właśnie nienawiść, miłość, złość oraz pieniądze, a nie jakieś niejasne sekrety.

Przeczytaj także: Śmierć w Alpach | Antonio Manzini, Czarna trasa

Debiutował pan jako pisarz stosunkowo późno, bo po czterdziestce. Wcześniej był pan przede wszystkim aktorem znanym z wielu włoskich produkcji, ale też z roli Publiusza w filmie „Tytus Andronikus” w reżyserii Julie Taymor. Jak to się stało, że pewnego dnia postanowił pan radykalnie zmienić sposób swojej artystycznej wypowiedzi?

– Aktorstwo straciło dla mnie smak, stało się nudne. Drażniło mnie i mi przeszkadzało. Chwilami czułem się nawet śmieszny. Miałem dosyć aktorstwa, bo niczego nowego nie wnosiło do mojego życia i stało się pracą jak każda inna. Krótko mówiąc bycie aktorem już mnie nie satysfakcjonowało. Wcześniej realizowało moją potrzebę, która towarzyszyła mi od zawsze, a mianowicie pozwalało mi opowiadać historie. Już jako dziecko zawracałem rodzicom głowę teatrzykami lalkowymi, które dla nich wystawiałem. Podejrzewam, że to było nie do wytrzymania (śmiech). Może zresztą z powodu tych teatrzyków postanowiłem wybrać zawód aktora. A pisać zacząłem przez przypadek – od monodramu, bo bardzo chciałem pisać dla teatru. Okazało się, że nie do końca umiem, jednak wydawca namówił mnie, żeby zrobić z tego materiału powieść. Na szczęście dla mnie. Dzięki temu – być może późno – ale jednak doszło do tego spotkania: mnie i pisania. Wtedy zrozumiałem, że to jest to, co tak naprawdę zawsze chciałem robić.

A jak pan wpadł na pomysł, by pisać kryminały?

– Poprzez kryminał najłatwiej wchodzę w tkankę społeczną danego środowiska – goszcząc w domach, hotelach, sklepach czy szpitalach. Forma opowieści, którą posługuje się kryminał, była mi zawsze bliższa. Może dlatego, że gdy byłem dzieckiem, przeczytałem ogromną liczbę kryminałów i powieści z pokrewnych gatunków.

A jednak ucieka pan czasami od kryminału. Pana pierwsze powieści, ale i najnowsza, „Orfani bianchi”, kryminałami nie są.

– Nie są, ale tak naprawdę w powieściach z założenia niekryminalnych też najczęściej szuka się jakiegoś „mordercy”, a więc kogoś winnego. Winnego choćby tego, że nie jesteśmy szczęśliwi. Czy to będzie dotyczyło przyjaźni, czy układów społecznych, czy miłości, tak naprawdę zawsze ktoś jest winien temu, że czegoś nam brakuje. I bohater szuka przyczyny tego stanu rzeczy, szuka „mordercy”. Przede wszystkim lubię i chcę opowiadać o ludziach, o ich uczuciach, o ich emocjach, o desperacji, przerażeniu, ale czasem też o ich szczęściu. I wybieram pasującą do tego formę.

Zobacz także: Każdy kryminał trzeba wymyślić | Z Aleksandrą Marininą rozmawia Przemysław Poznański

Autorzy kryminałów lubią dodawać wiarygodności swoim opowieściom poprzez szczegółową dokumentację miejsc akcji czy choćby zawodów bohaterów. Polska pisarka Joanna Opiat-Bojarska zatrudniła się nawet w karetce pogotowia, bo tam pracować miała też jej bohaterka. A jak pan przygotowuje się do powieści?

Antonio Manzini i jego „Żebro Adama” (materiały prasowe)

– Miejsce akcji książek o Rocco, czyli Aostę, znam bardzo dobrze – jeżdżę tam od piętnastu lat. Na pewno nie mógłbym pisać o miejscu, którego nie znam. A realia pracy policji poznałem rozmawiając z wieloma policjantami, choć oni nawet nie wiedzieli, że szukam informacji. Wyjawili mi trochę sekretów, nie przypuszczając, że potrzebuję ich do książki. Tak więc zbieram potrzebne informacje, choć nie do tego stopnia, żebym miał zatrudniać się w karetce. Dla mnie lepszą metodą byłoby chyba posłuchanie relacji kogoś, kto tam pracuje. Może dlatego, że dwukrotnie znalazłem się w karetce jako pacjent i nie kojarzy mi się to dobrze. Poza tym uważam, że książki opierają się na pewnego rodzaju kłamstwie i tym praca pisarza różni się od pracy dziennikarza.

Od czasu do czasu ucieka pan jednak od zawodu pisarza – wyreżyserował pan ostatnio film „Cristian e Paletta contra tutti” (Włochy 2016). Pisze pan też scenariusze. Czyżby teraz zawód powieściopisarza zaczynał pana nudzić?

– Wyreżyserowanie filmu wynikało z wcześniej danej obietnicy. Mówię, że zrobiłem dwa filmy: pierwszy i ostatni (śmiech). Więcej na pewno się tym nie zajmę. Piszę też scenariusze, ale do filmów opartych na historiach o Rocco. Moja głowa jest skupiona wyłącznie na książkach, chciałbym się tylko na tym skoncentrować.       

Czyli definitywnie nie wróci pan do aktorstwa? Nawet w serialu o Rocco?

– Nigdy! Nawet gdyby ktoś mi przyłożył Lugera do skroni (śmiech).

Rozmawiał Przemysław Poznański

 

 

*Antonio Manzini – pisarz, aktor, scenarzysta, reżyser. Autor m.in. cyklu bestsellerowych kryminałów z nietuzinkowym detektywem Rocco Schiavonem, który we Włoszech doczekał się już siedmiu tomów. Jako aktor wystąpił w niemal trzydziestu filmach i serialach, m.in. w „Tytusie Andronikusie” Julie Taymor (1999).

2 myśli na temat “Zawsze chciałem opowiadać | Z Antonio Manzinim rozmawia Przemysław Poznański

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s