Moja wyobraźnia nie lubi bezczynności | Z Joanną Opiat-Bojarską rozmawia Przemysław Poznański

Od kilkunastu lat mieszkam w jednym miejscu, mam jednego męża i nie wyobrażam sobie pracować tylko z jedną serią. Jeśli więc pytasz o to jak płynnie przechodzę z jednej serii do drugiej, odpowiadam: zwyczajnie. Z radością siadam do nowej książki właśnie dlatego, że mogę zmienić „środowisko” – mówi Joanna Opiat-Bojarska*, pisarka, autorka kryminału „To koniec, Anno” (wydawnictwo Czwarta Strona).

Przemysław Poznański: To koniec, Joanno? Czy trzeci tom o dziennikarce śledczej Annie Rogozińskiej zamyka serię, jak mógłby sugerować tytuł książki. Jeśli tak, to czy zamierzasz rozpocząć inną serię?

Joanna Opiat-Bojarska: Tak, to koniec. Mam pomysł na nową serię. Jest temat, który bardzo mnie interesuje i chciałabym go zgłębić. Jeśli tylko się da, czyli jeśli uda mi się zdobyć zaufanie odpowiednich osób, zgłębię go i opiszę. Bardzo prawdopodobne, że będę musiała wtedy skończyć również z drugą moją serią z kobiecą bohaterką [o psycholożce Aleksandrze Wilk].

Piszesz równolegle trzy kryminalne serie i wydajesz książkę co pół roku. Nie boisz się, że kiedyś zabraknie ci pomysłów?

– Boję się, że nie zdążę opracować i opisać wszystkich pomysłów (śmiech). Mój problem polega na tym, że mniej więcej w połowie pracy nad książką w moim umyśle zaczyna kiełkować pomysł na nową fabułę. Ignoruję go, ale jest jak kula śniegowa. Przyklejają się do niego kolejne myśli, prawdziwe wydarzenia i ludzie. W końcu kończę pracę nad książką (nie przerywam jej na spisanie pomysłów, bo wiem, że bym już do niej nie wróciła) i zamiast sobie odpocząć, zaczynam myśleć o realizacji nowego pomysłu. Moja wyobraźnia nie lubi bezczynności.

Jak to robisz? Jak przechodzisz tak płynnie z jednej serii do drugiej?

– Usłyszałam kiedyś w telewizji, chwilę po tym jak wydałam debiutancką autobiograficzną książkę „Kto wyłączy mój mózg?”: Opiat-Bojarska, kobieta która nawet porażkę potrafi przekuć w sukces.  Zastanowiło mnie to wtedy, bo wydawało mi się, że to przypadek, że tak jakoś wyszło. Opisałam w tej książce moje doświadczenia z czasu, gdy byłam całkowicie sparaliżowana – ale nie po to, by odnieść sukces, a choroby nie nazwałabym porażką. Dzisiaj, z perspektywy czasu i wydanych jedenastu powieści myślę, że największa siła człowieka tkwi w nim samym, a dokładnie w tym jak potrafi radzić sobie ze swoimi słabościami, ograniczeniami i tymi wszystkimi złymi sytuacjami, które go spotykają. Mam świadomość swoich granic, wad i słabych stron, nie boję się ich zauważać i jestem na tyle bezczelna, żeby nie tyle z nimi walczyć, co raczej zamieniać je w zalety. Jedną z moich wad jest to, że potrzebuję urozmaicenia. Od kilkunastu lat mieszkam w jednym miejscu, mam jednego męża i nie wyobrażam sobie pracować tylko z jedną serią. Jeśli więc pytasz o to jak płynnie przechodzę z jednej serii do drugiej, odpowiadam: zwyczajnie. Z radością siadam do nowej książki właśnie dlatego, że mogę zmienić „środowisko”. Teraz też zbliżam się do końca kolejnego tomu z serii o psycholog Aleksandrze Wilk i po pięciu miesiącach pracy z Aleksandrą z tęsknotą myślę o podkomisarzu Burzyńskim i aspirancie Majewskim.

Przeczytaj także: SHOW MUST GO ON! | Joanna Opiat-Bojarska, Bestseller

W „To koniec, Anno” wrzucasz bohaterkę w mało znany przeciętnemu człowiekowi świat ratowników medycznych. Czy tak jak Anna sama stałaś się na moment ratownikiem medycznym?

– Teraz myślę sobie, że to rzeczywiście był „moment”, ale kiedy w sierpniu wychodziłam z domu na dwunastogodzinne dyżury wydawało mi się to dość obciążające. Długie dyżury, praca wymagająca opanowania, wiedzy i poczucia odpowiedzialności (także odpowiedzialność karna), oczekiwanie na wyjazd, bywanie w dziwnych miejscach, spotykanie się z agresją czy lekceważeniem pacjentów, lub ich rodzin, kiedy okazywało się, że wysłano do nich zespół P, czyli składający się „jedynie z ratowników medycznych”, nie z lekarza i ratownika. Tak, stałam się członkiem ich zespołu. Nosiłam czerwony mundur, jeździłam karetką, wchodziłam do obcych mieszkań, widziałam jak ratownicy podają leki (nie każdy z nas wie, że ratownik medyczny nie jest nową nazwą sanitariusza, ratownik może podać pacjentowi ponad 40 leków).  Widziałam jak zmęczeni wychodzą z dyżuru i idą do kolejnej pracy. I wiesz co? Kiedy skończyłam wolontariat, byłam przekonana, że wszyscy ratownicy są świrami, bo wybacz, ale nikt „normalny” nie weźmie na siebie odpowiedzialności za ludzkie życie za tak śmieszne pieniądze. Nikt nie pozwoli się obrażać, poniżać i narażać tylko dlatego, żeby raz na kilka miesięcy poczuć tę magiczną mieszaninę emocji uwalniających się w organizmie kiedy uratujesz życie człowieka. Tak się składa, że właśnie dziś, gdy rozmawiamy, ratownicy medyczni rozpoczynają protest. Nie straszą jak pielęgniarki, że odejdą od łóżek chorych, nie wychodzą na ulice… przychodzą do pracy według harmonogramu, zakładają koszulki informujące o proteście i jeżdżą oflagowanymi karetkami. Walczą o uwagę i podwyżki, jednocześnie pamiętając o pacjentach. Nie dziwi mnie, że protestują w taki sposób. Narażanie ludzkiego życia to nie ich bajka.

fot. archiwum

Anna została przez ratowników przyjęta w swoim gronie raczej chłodno. Jak przyjęto ciebie?

– Miałam to szczęście, że nie trafiłam na podstację z rozkazu dyrekcji, ale z inicjatywy oddolnej. Nie czułam więc, że ktoś nie chce ze mną rozmawiać. Ale rzeczywiście w pewnym momencie zadałam pytanie, na które jeden z ratowników nie chciał odpowiedzieć. Zaczął kręcić i dziwnie się zachowywać. Wtedy inny spytał: a ty co tak kręcisz? A ten pierwszy mu odpowiedział: bo nie wiem jak mam z nią gadać. Normalnie – odpowiedział drugi, a ja wtedy pomyślałam sobie, że mam szczęście, że rozmawiają ze mną normalnie. I że Anka Rogozińska może nie mieć takiego szczęścia…

Czy tak szczegółowe dokumentowanie jest konieczne?

– Ja nie dokumentuję, ja przeżywam (śmiech). Bywanie w miejscach, o którym później „opowiadam” czytelnikom, ułatwia mi pracę. W moim wypadku nie chodzi o dokumentację, lecz o poznanie energii danego miejsca, usposobienia osób, które w nim przebywają i dotknięcia przedmiotów, którymi się posługują. Jeśli chodzi o czas, który poświęcam na konsultacje – to wszystko zależy od sposobu komunikacji z danym specjalistą oraz od tematu. Zwykle zanim zacznę pisać kolejny tom z Burzyńskim, odwiedzam moją niesamowitą i zabieganą antropolog sądową i spędzam z nią około półtorej godziny. To wystarcza mi, by otrzymać wszystkie potrzebne informacje. Najdłuższe konsultacje do tej pory to oczywiście te związane z pogotowiem ratunkowym – kilkadziesiąt godzin obserwowania i pytania. Czy tym razem było trudniej? Z jednej strony było łatwiej, bo dużą część swoich doznań mogłam podarować Ance Rogozińskiej (chociażby dyskomfort w sytuacjach, kiedy zamykasz się w karetce pogotowia z zupełnie obcym człowiekiem), z drugiej – o wiele trudniej – bo zdawałam sobie sprawę z tego, że każda książkowa scena z udziałem ratowników medycznych nie może być fikcją literacką, że ratowników obowiązują procedury (i to nie jest obojętne, czy krwawiącego z brzucha mężczyznę najpierw położą na ziemi, czy będą opatrywać siedzącego).

Anna jest postacią niejednoznaczną: dla kariery wchodzi w dwuznaczny układ z niebezpiecznym przestępcą. Czy czas detektywów bez skazy minął?

– Nie wydaje mi się, żeby istnieli ludzie bez skazy. Układ Anki z przestępcą opiera się na pewnej prawdzie wyśpiewanej m.in. przez Eurythmics (lub jeśli wolisz cięższą wersję – przez Marylin Manson): Some of them want to use you/Some of them want to get used by you.

Przeczytaj także: Uwikłana | Joanna Opiat-Bojarska, Niebezpieczna gra

Po krótkiej literackiej wycieczce do Łodzi („Niebezpieczna gra”) wróciłaś do Poznania. Czy po tylu książkach to miasto ma dla ciebie wciąż coś do zaoferowania?

– Poznań jest niesamowity, pełen sprzeczności, kontrastów oraz ludzi, którzy czytając „Niebezpieczną grę” liczyli, że to moja jednorazowa zdrada Poznania. Kiedyś, kiedy prowadziłam agencję nieruchomości i jeździłam po Poznaniu, myślałam sobie: o na tym osiedlu w dziesiątce sprzedałam mieszkanie, w dwunastce też, i na tamtym też, i jeszcze na tej ulicy… Czułam, że „moi” klienci są wszędzie. Teraz mam podobnie – przemieszczam się po mieście i myślę: o tu podrzuciłam trupa, a tu karetka wjechała w przechodnia, a tu mieszkał sprawca, a tu Burzyński był na przesłuchaniu…

Nadal jednak znajduję w tym mieście miejsca i ludzi, których chcę pokazywać. Chociażby Nowa Gazownia, w której odbywa się festiwal kryminału Granda, organizowany przez szalone kobiety (dwie z  nich uwieczniłam w „To koniec, Anno”). Powoli kończą mi się miejsca w które dobrze znam, bo np. właśnie tam mieszkałam, ale poznaniacy dostarczają mi nowych „podniet”. Ostatnio odezwała się do mnie właścicielka mieszkania znajdującego się w kamienicy nieopodal restauracji „Pekin”. Opowiedziała tyle ciekawych historii, że nie mogłam przepuścić takiej miejscówki. Poprosiłam kobietę o kod do domofonu, weszłam na podwórko, pooglądałam sobie zakamarki, poczułam ten zapach i wiedziałam, że to jest to miejsce, w którym pojawi się trup w mojej następnej powieści.

Pisarz kojarzy się z osobą, która całymi dniami siedzi przy biurku i odgradza się od świata. Ty bardzo lubisz kontakt z czytelnikami, a ostatnio kilkoro z nich zaprosiłaś do gry, która będzie podstawą twojej nowej powieści.

– A ja nawet nie mam biurka (śmiech). Kojarzy mi się z obowiązkami. Pisarz zwykle jest humanistą i od zawsze marzył o tym, żeby napisać książkę. Nie spełniam żadnego z tych kryteriów. Niebawem zacznę pracę nad najnowszym tomem Burzyńskiego. Akcja będzie się częściowo działa w zamkniętym pokoju (tak zwanym escape roomie, czyli pokoju stylizowanym np. na skarbiec bankowy, z którego trzeba wydostać się rozwiązując znajdowane w pomieszczaniu zagadki). Uwielbiam escape roomy, to jedyna rozrywka, która w trakcie pisania książki jest w stanie sprawić, że przestaję myśleć o fabule. Zwykle odwiedzam je ze stałą ekipą. Pomysł na zamknięcie się z czytelnikami pojawił się z dwóch powodów – ułatwienia sobie pracy (bo po co mam coś wymyślać, jak najpierw mogę to przeżyć, a dopiero potem opisać?) i z potrzeby różnorodności. Jestem bardzo ciekawa jak ucieka się z takiego pokoju z zupełnie obcymi sobie ludźmi. Skuteczna komunikacja zwykle prowadzi do sukcesu, pytanie jednak jak będzie ona wyglądała w sytuacji, w której wszyscy zobaczymy siebie po raz pierwszy w życiu? Jestem bardzo ciekawa czy nam się uda. Czy uciekniemy i czy wybrane przeze mnie osoby zachowają się tam jak myślę, czy mnie czymś zaskoczą.

Czy zdradzisz, o czym będzie następna książka? Jak rozumiem to kolejny tom o Aleksandrze Wilk.

– Bardzo bym chciała, ale wiesz, że nie mogę (śmiech). No dobrze, w drodze wyjątku, tobie i czytelnikom Zupełnie Innej Opowieści mogę zdradzić, że w „Grze o wszystko” przyjdzie wam zmierzyć się z bardzo delikatnym tematem zaburzeń preferencji seksualnych. Chwilami będzie zmysłowo, chwilami perwersyjnie, Aleksandra Wilk zagra o wszystko, morderca będzie panoszył się po Poznaniu a profilerka Urszula Zimińska, zajmie się pewną starą sprawą zgwałconej i zamordowanej dziewczynki.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Karolina Sikorska

(wszelkie prawa zastrzeżone)

Rozmowa ukazała się pierwotnie na poznan.wyborcza.pl

 

Przeczytaj także: Cała prawda o „Niebezpiecznej grze” | Źródła kryminału Joanny Opiat-Bojarskiej

 

*Joanna Opiat-Bojarska – absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, pisarka. Debiutowała książką „Kto wyłączy mój mózg?”. Autorka trzech publikowanych równolegle kryminalnych serii. Ostatnio wydała książki: „Bestseller”, „Niebezpieczna gra” i „To koniec, Anno”.