Każdy kryminał trzeba wymyślić | Z Aleksandrą Marininą rozmawia Przemysław Poznański

Zaczęłam pisać, by się czymś zająć poza pracą. Myślę, że mój sukces nadszedł wyłącznie dlatego, że go nie oczekiwałam – mówi Aleksandra Marinina*, bestsellerowa pisarka, nazywana carycą rosyjskiego kryminału. Autorka podczas była gościem specjalnym Poznańskiego Festiwalu Kryminału Granda.

 

Przemysław Poznański: Silna, niezależna, a przy tym zdolna. Taka jest Nastia Kamieńska – główna postać pani najbardziej znanej serii. Doskonale wpisuje się w poczet bardzo współczesnych bohaterek kryminału, które konkurują z innym bohaterem: szorstkim detektywem, mierzącym się z problemami alkoholowymi, rodzinnymi i zawodowymi. Ale w czasach, gdy ją pani tworzyła, na początku lat 90. zeszłego wieku, obowiązywał chyba zupełnie inny wzorzec bohatera. Skąd więc taki pomysł na główną postać w pani książkach?

Aleksandra Marinina, fot. philippgmuer.com

Aleksandra Marinina: W czasach radzieckich typowym bohaterem, protagonistą, w rosyjskim kryminale był mężczyzna niepijący, pozbawiony osobistych problemów, idealny mąż, idealny syn i idealny ojciec. Nigdy nie posługiwał się niecenzuralnymi słowami, nigdy nie stosował przemocy, nigdy nikomu nie ubliżał, nawet przestępcy. Innego modelu cenzura nie dopuszczała. Gdy cenzura padła, można było wreszcie pisać tak jak się chce. Dlatego postanowiłam napisać kryminał z kobietą jako główną bohaterką, w dodatku borykającą się z problemami, nie wierzącą w siebie, kobietą, która nie chce wyjść za mąż i nie chce mieć dzieci. A przy tym jest to osoba rozumiejąca doskonale, że społeczeństwo nie jest przychylne takiemu modelowi funkcjonowania, więc Nastia nie raz myśli, że jest być może jakimś moralnym dziwadłem. Ona nawet nie umie gotować, a od spraw codziennych woli ślęczenie nad dokumentami i analizowanie ich. Z drugiej strony całkiem po kobiecemu kocha swojego przyjaciela, który potem zostaje jej mężem. Taka postać wydała mi się bardziej szczera, niż ci idealni, rumiani mężczyźni z radzieckich kryminałów.

Był to więc rodzaj protestu?

– Trochę tak, ale ja raczej nie jestem człowiekiem bardzo odważnym, a poza tym w owym czasie byłam oficerem milicji, czyli byłam zależna od kierownictwa i otoczenia. Nie śmiałabym protestować otwarcie, nie starczyłoby mi siły ducha i chyba nie starcza do tej pory. Jeśli więc chcę wyrazić swój protest przeciw czemuś, robię to w książkach.

Nastia mieszka w Sewiernom Izmajłowie – to też pierwszy adres, pod którym pani mieszkała po przeprowadzce z Leningradu do Moskwy. Przywołuję ten fakt, by spytać: ile w Nastii Kamieńskiej jest z pani samej? Bo z drugiej strony: Nastia zaczyna pracę w milicji od 1992 roku, na emeryturę przechodzi w 2010. Jest od pani o trzy lata młodsza, ale pani pracowała w milicji od 1979 do 1998.

– W przypadku charakteru, przyzwyczajeń i mentalności Nastia prawie w całości składa się ze mnie. Ale w przypadku biografii – nie. Nastia Kamieńska dość późno wyszła za mąż, ja pierwszy raz wyszłam za mąż bardzo wcześnie. Poza tym ona wyszła za mąż za człowieka, z którym spędziła piętnaście lat, w mojej biografii niczego takiego nie ma. Co prawda obie ukończyłyśmy prawo na Uniwersytecie Moskiewskim, ale ona zaraz potem poszła pracować w milicji, w tym na Pietrowce [siedziba moskiewskiej milicji – red.], ja trafiłam do pracy naukowej. Aha, wygląd zewnętrzny też nie pasuje (śmiech).

Było o Nastii, teraz o pani – była podpułkownik milicji, prawnik, pisarz. Czy te życiowe role nie przeszkadzają pani w czerpaniu przyjemności z czytania kryminałów? Jako były milicjant może pani natknąć się na nieścisłości, jako pisarz – może pani pozazdrościć koledze czy koleżance po piórze tematu, albo odwrotnie: czar szybko pryska, bo pani mogłaby to napisać lepiej.

– Gdy czytam kryminał, staję się wdzięcznym czytelnikiem. Nigdy nie staram się domyślić, kto jest zabójcą i co będzie dalej. Posłusznie pozwalam autorowi, by mnie prowadził za sobą, staram się mieć radość z języka, opisanych sytuacji, stosunków międzyludzkich, dialogów, postaci. Oczywiście może się przebudzić we mnie podpułkownik milicji, gdy czytam książkę rosyjskiego autora i zauważam, że on nic nie wie o pracy milicji i po prostu pisze głupoty. To może mnie rozsierdzić. Ale co do zasady podpułkownik milicji nie budzi się we mnie podczas lektury . A pisarz? Cóż, jeśli książka jest nudna, to porzucam lekturę. Choć akurat nie dotyczy to kryminałów – te zawsze doczytuję do końca, ponieważ zawsze jest w nich zagadka i chcę się dowiedzieć, jak zostanie rozwiązana.

Jak to się w ogóle stało, że na początku lat 90., wraz z Aleksandrem Gorkinem, postanowiliście napisać opowiadanie kryminalne? Gdy pytałem polskiego pisarza Vincenta V. Severskiego, który wcześniej był podpułkownikiem polskiego wywiadu, o jego początki, stwierdził, że zawód szpiega polega m.in., na pisaniu szczegółowych raportów, tak więc każdy szpieg to trochę pisarz.

– Zgadzam się z nim (śmiech). Zanim zaczęłam pisać, miałam już za sobą wiele lat pracy naukowej, która wymagała stałego pisania służbowych dokumentów. Pisałam, pisałam, pisałam… i w pewnym momencie pomyślałam, że może by wszystko to, co wiem o stanie przestępczości, opisać nie naukowym, nie służbowym językiem, a prościej. Zaczęłam od publicystyki. Razem z Aleksandrem Gorkinem, o którym pan wspomniał, napisaliśmy szereg artykułów o współczesnej sytuacji kryminalnej w Rosji, ale mi wciąż było mało. W tym czasie Aleksandr ukończył pisanie pracy doktorskiej o rozpowszechnianiu się narkotyków w Rosji. Miał wiele materiałów na ten temat i bardzo chciał – niezależnie od doktoratu – gdzieś jeszcze o tym opowiedzieć. Zaproponował mi więc napisanie wspólnie książki popularnonaukowej o problemie walki z narkotykami. Odparłam, że pisanie książki popularnonaukowej to dla mnie nuda i nie chcę. Powiedziałam mu: jeśli namówisz wydawnictwo na prozę, to możemy spróbować napisać razem kryminał. To był 1991, akurat zaczęły się pojawiać niepaństwowe, prywatne wydawnictwa , która same planowały, co będą wydawać. A literatura kryminalna cieszyła się oczywiście olbrzymim zainteresowaniem i popytem. Usłyszeliśmy:  piszcie! I napisaliśmy opowiadanie. Ale gdy chcieliśmy je wydać, nastąpił pucz, a potem rozpad Związku Radzieckiego. Te dopiero co powstałe prywatne wydawnictwa padły. Wtedy zanieśliśmy je do magazynu „Milicja”, który był wydawany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. I oni opublikowali opowiadanie.

I bardzo szybko postanowiła pani pisać samodzielnie – już w 1992 roku napisała pani, i opublikowała, „Kolację z zabójcą”.

– Pomyślałam: ciekawe czy potrafię napisać coś sama. Miałam wątpliwości, bo Aleksandr był ode mnie starszy, bardziej doświadczony i dopuszczałam myśl, że być może bez niego nie dam rady.  Zaryzykowałam jednak i udało się.

Zachowała pani pseudonim, który powstał z połączenia pani prawdziwego imienia i imienia Aleksandra Gorkina. Czy – skoro wybrała pani samodzielną drogę pisarską – nie kusiło pani  podpisywanie się własnym nazwiskiem?

– W roku 1990 roku napisałam dla magazynu „Milicja” artykuł-analizę „Przysięgamy komu i na co?” [m.in. porównanie przysięgi radzieckiej milicji, gdzie ochrona obywateli była na ostatnim miejscu i przysięgi policji amerykańskiej, w której obywatela stawia się na pierwszym miejscu – red.]. Artykuł był ostry, antymilicyjny, ale podpisałam go swoim prawdziwym nazwiskiem. I w pracy wybuchł skandal. Wezwał mnie szef, którego wcześniej zdążył już wezwać znacznie wyższy szef. „Jeśli ta twoja Aleksiejewa nie wie jak prawidłowo pisać o naszej milicji, to my ją zwolnimy”. Bardzo to przeżyłam, płakałam, chciałam odejść, ale potem wzięłam się w garść, także dzięki szefowi, który nie pozwolił mnie besztać. I obiecałam sobie, że więcej niczego takiego pod własnym nazwiskiem nie opublikuję. Jeśli to będzie praca naukowa lub służbowy dokument, to oczywiście tak, podpiszę się nazwiskiem i tytułem naukowym, ale jeśli to będą moje własne myśli, wypowiedziane moimi słowami, to będę się kryć za pseudonimem, żeby już więcej takich skandali nie było.

Myślała pani o pisaniu jak o swoim powołaniu?

– Nie do końca rozumiem słowo „powołanie” (śmiech). Nie myślałam o tym. Nigdy nie planowałam zostać pisarzem. Ja tylko próbowałam zająć się czymś w wolnym czasie. Tym bardziej że początku to zajęcie nie przynosiło żadnych pieniędzy. W „Milicji” płacono państwowe honoraria, bardzo małe. Za opowiadanie starczało na parę pantofli. Nie kierowały więc mną kwestie finansowe, bardziej to, by robić coś, czego nie robiłam wcześniej. Bardzo się więc zdziwiłam, gdy przyniosłam do „Milicji” swoje pierwsze samodzielne opowiadanie, a oni powiedzieli: masz talent, nie rzucaj tego, pisz dalej. I pisałam, bo sprawiało mi to przyjemność. A skoro nie zarabiałam wielkich pieniędzy, to na inne przyjemności nie było mnie stać (śmiech).

Tak stała się pani autorką bestsellerów, wydanych w Rosji w dziesiątkach milionów egzemplarzy. Europejskie przekłady to dziesiątki tysięcy. Spodziewała się pani takiego sukcesu?

– Nie. Myślę, że ten sukces nadszedł wyłącznie dlatego, że go nie oczekiwałam. Do głowy mi nie przychodziło, że coś takiego może się zdarzyć, więc nawet o tym nie marzyłam. Wzięli mi opowiadanie do magazynu i opublikowali – to wystarczało, żebym była maksymalnie szczęśliwa. A gdy moją twórczością zainteresowało się wydawnictwo, gdy usłyszałam, że jestem według nich perspektywicznym autorem i chcą mnie wydawać w twardej okładce, to pomyślałam, że nastąpił koniec świata i nic lepszego w moim życiu się już nie wydarzy. A to, że moje książki osiągną tak wysokie nakłady i nadejdzie taki sukces, w ogóle nie przychodziło mi do głowy.

Czy podczas wymyślania intryg korzysta pani ze swojego doświadczenia w milicji, czy raczej większą rolę odgrywa wyobraźnia, a doświadczenie służy raczej wiernemu opisaniu śledczego realiów pracy śledczego?

– W latach 80. zajmowałam się studiowaniem osobowości przestępcy, szczególnie przestępcy działającego z użyciem siły. Dużo jeździłam, rozmawiałam z tymi ludźmi i próbowałam ich zrozumieć, zobaczyć świat ich oczami. Ale prawda jest taka, że prawdziwe sprawy kryminalne są w zasadzie jednego typu i przy tym nudne: jeden wypił, drugi wypił, dał mu w mordę, upadł, uderzył się, umarł. Ciekawa sprawa to jedna na pięćdziesiąt, a może nawet sto tysięcy zdarzeń. I tak jak na podstawie powieści kryminalnych nijak nie da się pokazać realnego obrazu przestępczości w kraju, tak tylko w oparciu o prawdziwą sprawę nie napiszesz książki. Każdy kryminał, jak i każdą książkę, trzeba wymyślić.

W swojej karierze naukowej zajmowała się pani m.in. studiowaniem osobowości przestępcy. W swojej twórczości też zwraca pani uwagę na psychikę przestępcy. Na którym etapie pisania książki zaczyna pani tworzyć portret psychologiczny antagonisty?

– Na początku przede wszystkim muszę zrozumieć, o czym będzie sama książka. Po co ją piszę. Potem wymyślam zdarzenia, które pozwolą pokazać problem, o którym chcę napisać, późnie zaczynam się zastanawiać, wokół jakiego przestępstwa te wydarzenia i fakty powinny zaistnieć. A dopiero potem zaczynam myśleć o tym, jaki powinien być człowiek, który dopuści się dokładnie takiego przestępstwa jakiego potrzebuję. Osobowość przestępcy tworzę więc na samym końcu.

A miejsce akcji? Przez wiele lat Nastia Kamieńska pracowała w Moskwie, w najnowszych powieściach wydanych po polsku – „Życiu po życiu” i „Motywach osobistych” – wysyła pani bohaterkę na prowincję. W Moskwie zabrakło przestępstw?

– W Moskwie jest wystarczająco dużo przestępstw i póki moja bohaterka służyła na Pietrowce, mogła być bohaterką kryminału rozgrywającego się tylko w Moskwie. Gdzie indziej po prostu nie sięgała jej jurysdykcja. Ale kiedy Kamieńska już odeszła ze służby [w „Życiu po życiu” – red.], pomyślałam: a czemu by nie miała gdzieś wyjechać?  A to do miasta na południu, a to do niewielkiego fikcyjnego Tomilina. Nastia w czasie służby mało co widziała poza Moskwą. Teraz mogę jej pokazać, że za granicami stolicy też toczy się życie. Ludzie mieszkający w wielkich miastach, jak Moskwa czy Sankt Petersburg, często nie znają sobie sprawy jak inna może być mentalność ludzi mieszkających w małych miasteczkach.

Aleksandra Marinina i Przemysław Poznański

Tę mentalność rysuje pani bardzo wiarygodnie, to portret małego miasta z jego swoistym układem sił, zależnościami. Czy pisząc taką książkę dokumentuje pani „miejsce zbrodni”, zwiedza ulicę po ulicy? A może dziś wystarczy pisarzowi Internet, Google Earth?

– To różnie bywa. Jeżdżę tu i ówdzie i rozumiem czym życie w stolicy różni się od życia poza stolicą. Potem – o ile miejscowość opisywana w książce jest fikcyjna – trzeba już tylko narysować sobie plan miasta, wymyślić nazwy ulic, ustalić, gdzie jest rzeka, a gdzie most, gdzie stoją najważniejsze budynki. Żeby potem nie zapomnieć. Czasem jednak dotychczasowe doświadczenie nie wystarczy. W „Egzekucji w dobrej wierze” wysyłam bohaterkę na daleką Syberię. Nigdy tam nie byłam. Musiałam więc znaleźć w internecie opis miast syberyjskich, sprawdzić realia: jacy tam ludzie żyją, jaka jest roślinność, jak to wygląda. Podobnie w przypadku powieści „Motywy osobiste”, która rozgrywa się w nadmorskim kurorcie. Nijak nie byłam sobie w stanie wyobrazić jak wygląda taki współczesny rosyjski kurort i kto tam mieszka. W tym przypadku jednak specjalnie pojechałam do takiego miasteczka, pomieszkałam kilka dni i zanotowałam najważniejsze rzeczy. Ale wyjazdy poza Moskwę nie są w moich powieściach częste. Nastia – jak i ja – nie lubi podróżować (śmiech). Jeśli już naprawdę trzeba, to pojedzie, ale jeśli może zostać, to zostanie.

A jednak promocje książek wiążą się z licznymi wyjazdami, w tym zagranicznymi. Teraz odwiedza pani Polskę – w tym po raz pierwszy w życiu Poznań, z okazji Poznańskiego Festiwalu Kryminału Granda. Rozumiem, że nie lubi pani tej części pracy pisarza?

– Nie patrzę na moją pracę w katerach pozytywów i negatywów. Raczej w kategorii: za wszystko trzeba płacić. Jestem rozsądna. Jeśli ktoś  zaprasza mnie na zagraniczny festiwal literacki, to jest to w moim odczuciu tak wysoka ocena mojej twórczości, taki komplement, że jestem w stanie zapłacić tę cenę jaką jest konieczność wyjazdu.

Choć Nastia Kamieńska jest pani główna bohaterką, to od czasu do czasu zostawia ją pani, żeby pisać zupełnie inne książki, m.in. komedie czy rodzinną sagę. Zdarza się, że Kamieńska panią nudzi?

– Piszę o Nastii od dwudziestu pięciu lat. Więc tak, pisanie przez tyle czasu tylko o jednej postaci może znudzić. Dlatego od 2004 roku zaczęłam sobie pozwalać na różne odstępstwa. Powstała seria kryminałów o Igorze Doroszynie, pozwalam sobie napisać a to dramat psychologiczny, a to melodramat, a to wspomnianą sagę rodzinną. To dla mnie rozrywka. Z pracy trzeba czerpać radość. A jaka może być radość, jeśli praca przestaje być interesująca?

Nad czym pani teraz pracuje? 

– Jeszcze nie piszę, ale już nastrajam mózg na książkę, w której umieszczę współczesnych dwudziesto-, trzydziestolatków w warunkach 1975 roku. Chcę zobaczyć jak oni, z ich mentalnością, przyzwyczajeniami, z ich umiejętnością pracy z informacją, poradzą sobie w realiach czasów, gdy nie było internetu, komputerów i telefonów komórkowych. W zasadzie nie było niczego, nawet kiełbasy. To będzie powieść psychologiczna,  ale przede wszystkim kryminał.

Rozmawiał Przemysław Poznański

 

*Aleksandra Marininawłaściwie Marina Anatoljewna Aleksiejewa, jest najsłynniejszą rosyjską autorką powieści kryminalnych. Przez prawie dwadzieścia lat pracowała w milicji, gdzie zajmowała się badaniami w dziedzinie kryminologii. W 1998 roku odeszła z pracy w stopniu podpułkownika i poświęciła się wyłącznie karierze pisarskiej. Od swojego debiutu w 1991 roku napisała kilkadziesiąt powieści, które ukazały się w łącznym nakładzie kilkudziesięciu milionów egzemplarzy.

 

Rozmowa ukazała się w skróconej wersji na łamach „Gazety Wyborczej – Poznań”

Jedna myśl na temat “Każdy kryminał trzeba wymyślić | Z Aleksandrą Marininą rozmawia Przemysław Poznański

Możliwość komentowania jest wyłączona.