Czy androidy śnią o elektrycznej duszy? | Blade Runner 2049, reż. Denis Villeneuve

Czy „Łowca androidów” potrzebował sequela? Nie. Czy zatem „Blade Runner 2049” jest filmem potrzebnym? Tak. By przypomnieć nam na nowo stare, ale ważne pytania: „Kim jesteśmy”, a bardziej nawet: „Kim się ostatecznie okażemy?”.

PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

Mieszkanie w pochłoniętych przez pustynię ruinach miasta. Jeden z bohaterów rozlewa na podłodze odrobinę bez wątpienia drogiej whisky z zapasów dawnego kasyna. Do kałuży podbiega zmechacony pies i łapczywie chłepcze trunek.

– Prawdziwy? – pyta drugi z bohaterów, patrząc na psa.

– Skąd mam wiedzieć? Jego spytaj!

Ta scena, choć na pozór jest tu tylko po to, by wprowadzić odrobinę humoru do filmu utrzymanego raczej w hipnotyzującym i mrocznym post-postapokaliptycznym nastroju (świat z „Łowcy androidów” dotknął kolejny upadek), w rzeczywistości ma tłumaczyć przesłanie całego obrazu: android nie ma metki (nawet jeśli ma numer seryjny), a człowieczeństwa nie da się wywieść z prostego wzoru zachowań. Nie wolno więc pozwolić na to, by decydowano za kogoś, kim jest: replikantem czy człowiekiem. Tym bardziej że może być i jednym, i drugim.

W „Łowcy androidów” Ridleya Scotta z 1982 roku te stwierdzenia padały również i również otrzymywaliśmy na nie niejednoznaczne odpowiedzi: kim był Deckard? Kim była Rachael? I kim przede wszystkim okazał się Roy Batty, który w ostatniej chwili potrafił po ludzku ratować cudze życie, choć jego własne bezpowrotnie się kończyło?

„Blade Runner 2049” zaczyna się podobnie jak klasyk sprzed trzydziestu pięciu lat: oko, w którym odbija się miasto, a potem panorama tego miasta (w „2049” to raczej podmiejskie pustkowia) z samotnym pojazdem osobowym przecinającym przestrzeń. Hołd dla dzieła Scotta, hołd dla fanów? Pewnie też. Ale tym razem kolejność początkowych scen jest odwrócona: o ile więc w oryginalnym filmie to Los Angeles z 2019 roku było na pierwszym planie, a oko pojawiło się później, by pokazać jak postapokaliptyczne miasto wchłania i przytłacza bohaterów, o tyle teraz to oko jest pierwsze – to ono zdaje się zdecydować, co za jego pośrednictwem ujrzymy. Niedaleko stąd do skojarzenia z okiem opatrzności i nie jest to interpretacja przesadzona – nad całym filmem wisi przecież mesjanistyczny motyw wybrańca, posłanego (przez nieznane, ale najwyraźniej potężne siły) by wyzwolić uciemiężonych.

Wprowadzenie tego mitu ma swoje konsekwencje – skoro bowiem mamy wybawiciela, muszą pojawić się też jego wyznawcy i… męczennicy. Tymi ostatnimi są bez wątpienia replikanci Nexus 8s, niedobitki starego systemu, eksperymenty bez „simlocka”, ograniczającego życie do czterech lat, żyjące na marginesie zdarzeń, na obrzeżach miast. I choć nie wadzą nikomu, muszą odejść na „emeryturę” na polecenie Los Angeles Police Department, a tymi, którzy ich śledzą i zabijają, są oczywiście blade runnerzy. Wśród nich wyróżnia się K (Ryan Gosling). Tym różni się on od jednak od choćby Ricka Deckarda, że ma świadomość bycia replikantem z wszczepionymi wspomnieniami. Jest więc lojalnym wykonawcą poleceń, po każdym zadaniu sprawdzanym specjalnym testem (choć nie testem Voigta-Kampffa znanym z części pierwszej, tym razem raczej testem na bezduszność).

Jak można się domyślić, wierność i ślepe zaufanie K do przełożonych zostanie w pewnym momencie poddane próbie – czy będzie to ten moment, gdy spróbuje wrócić do miejsca ze swych wszczepionych wspomnień? A może zdecyduje o tym spotkanie z Deckardem (Harrison Ford)? Czy może jednak ta chwila, gdy runą jego wyobrażenia o sobie samym? Pewnie każdy z tych momentów po trochu sprawi, że coś nie zagra jak należy w perfekcyjnie zaprogramowanej maszynie. I nie będzie już od tego odwrotu. Przemiana będzie musiała doprowadzić do swoistego chrztu, oczyszczenia w morskich wodach, gdzie stoczona zostanie decydująca walka dobra ze złem.

– Nie potrzebujesz duszy – mówi w pewnym momencie szefowa K, porucznik Joshi (Robin Wright). Niby ma rację: maszyna to maszyna, człowiek to człowiek. Ale jej słowa brzmią znajomo: pierwszym replikantom nie wszczepiano przecież wspomnień – ktoś też zapewne stwierdził, że ich nie potrzebują. Tymczasem szybko odkryto, że to niezbędna emocjonalna poduszka bezpieczeństwa. „Bardziej ludzcy niż ludzie” – to przecież hasło, które przyświecało korporacji Tyrella z pierwszej części, a tym bardziej przyświeca zbudowanej na jej gruzach korporacji Niandera Wallace’a (Jared Leto). A skoro tak, to może trzeba zaszczepić nie tylko wspomnienia, ale i duszę? Wallace zdaje rozumieć, co to w istocie oznacza. I doskonale wie jak ten cel osiągnąć.

O to w zasadzie toczy się gra w „Blade Runner 2049” – z jednej strony o zatarcie granicy między maszyną a człowiekiem, z drugiej o zniszczenie śladów, które pozwoliłyby taką granicę zniwelować. Bo o ile u Scotta to dzieło stworzenia szukało swojego stwórcy, o tyle w dziele Villeneuve’a to panowie życia i śmierci szukają „cudu”, nad którym chcieliby mieć władzę.

„Blade Runner 20149” trwa niemal trzy godziny i mimo wielu scen walki i pościgów, pozostaje filmem opowiadanym niespiesznie, opartym w dużym stopniu na stronie wizualnej (kamerą Rogera Deakinsa). To dzieło perfekcyjne. Mam co prawda problem ze sceną w domu starców, która wydaje mi się zbędna, a każdym razie wizualnie nieprzystająca do całości, zastanawiałbym się też nad tym czy konieczna jest ostatnia scena, skoro poprzedzający ją obraz śniegu padającego z na jednego z bohaterów – swoiste odwrócenie zakończenia z „Łowcy androidów”, gdy to biały gołąb po śmierci Roya Batty’ego wzlatywał w górę, przecinając ciemne niebo – wystarczyłby za puentę. O ewentualnych niedociągnięciach zapomina się jednak obserwując poprzecinane plamami neonów mroczne Los Angeles (z reklamą firmy Atari wprost nawiązującą do pierwszego filmu), utrzymane w odcieniach żółci wieżowce na pustyni, zimne pustkowia za miastem z pojedynczym martwym drzewem w odcieniach stali. Znajdziemy tu też grę wody i światła na ścianach, żywcem przeniesioną z filmu Scotta. Inna sprawa, że z powodu takiej perfekcji obrazu film traci charakter opowieści noir, brakuje w nim miejsca dla znanych z pierwszej części brudnych laboratoriów, jak to, gdzie wytarzano oczy replikantów. Tu zastępuje je hipersterylny warsztat wspomnień.

Nastrój całości podbija muzyka Hansa Zimmera i Banjamina Wallfischa, oryginalna, ale świadomie nie uciekająca od tego, co stworzył wcześniej Vangelis. I jest to tylko jedno z wielu nawiązań do dzieła Scotta, wcale nie najbardziej wprost. Fani pierwszego filmu znajdą tu całe cytaty – i to dosłowne, bo otworzone z archiwalnych taśm, spotkają nawet jedną z postaci przeniesioną wprost z filmu Scotta.  W takim znaczeniu „Blade Runner 2049” nie pozostaje filmem autonomicznym, zrozumiałym w pełni bez kontekstu „Łowcy androidów”, a jednocześnie oferuje osobną, zamkniętą historię, która –  podobnie jak pierwszy film – wcale nie dopomina się sequela. Jeśli jednak takowy powstanie, oby znów umiał zadawać te same odwieczne pytania, w tak samo oryginalny sposób.

 

Przeczytaj także: Netflix wyprodukuje swój pierwszy polski serial | Reżyseruje Agnieszka Holland i Kasia Adamik 

Przeczytaj także: Kompleks stwórcy | Obcy.Przymierze, reż. Ridley Scott 

Przeczytaj także: Miejcie nadzieję | Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie, reż. Gareth Edwards 

 

 

Blade Runner 2049, reż. Denis Villeneuve

Scenariusz Hampton Fancher, Michael Green, na podstawie postaci stworzonych przez Philipa K. Dicka w opowiadaniu „Czy androidy śnią  o elektrycznych owcach”

Dystrybucja: United International Pictures Sp z o.o.

Premiera 6 października 2017

Jedna myśl na temat “Czy androidy śnią o elektrycznej duszy? | Blade Runner 2049, reż. Denis Villeneuve

Możliwość komentowania jest wyłączona.