Porzućcie wszelką nadzieję | Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Jeśli działacie wspólnie i jesteście gotowi na poświecenie, a przy tym macie supermoce, to na pewno wygracie – głosi jedna z podstawowych zasad gatunku superhero film. „Avengers: Wojna bez granic” kpi z niej sobie jednak w żywe oczy, dając nam opowieść o bezradności i bezsilności – jedną z najlepszych w świecie komiksowych adaptacji.

PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

To być może też jeden z najsmutniejszych filmów o superbohaterach, choć nic chyba nigdy nie przebije „Logana” – arcydzieła gatunku w reżyserii Jamesa Mangolda, albo „Watchman” w reżyserii Zacka Snydera (opartego na serii wydawanej przez DC Comics). Tam jednak otrzymaliśmy kameralną opowieść o zmęczonych superbohaterach u kresu, tu czeka nas ponaddwugodzinna jazda bez trzymanki, w której spotkają się bez mała wszyscy bohaterowie Marvela, by stawić czoła potężnemu Thanosowi, pragnącemu – jakże by inaczej – przejąć władzę już nie tylko nad światem, ale nad Wszechświatem.

Przeczytaj także: Miejcie nadzieję | Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie, reż. Gareth Edwards

Thanosa znamy z wcześniejszych odsłon – w komiksie pojawił się już w roku 1973, w 55. zeszycie o przygodach Iron Mana. W filmowych odsłonach spod znaku Marvela znamy go od czasu „The Avengers” z 2012 r., a w wykonaniu Josha Brolina od „Strażników Galaktyki” (2014). Być może jednak dopiero w „Wojnie bez granic” postać ta zyskuje prawdziwą mroczną głębię – Thanos nie jest tu bowiem tylko okrutnym antagonistą, sadystą opętanym manią niszczenia wszystkiego wokół, lecz okazuje się być głęboko przekonanym o swojej misji, o tym, że postępuje zgodnie z wyższą ideą, że de facto niesie wybawienie, nawet jeśli musi przekonywać do niego siłą. Co więcej, Thanos zdolny jest do najwyższego poświęcenia (nawet jeśli można mieć wątpliwości co do tego czy nie jest to rozumienie poświęcenia charakterystyczne dla psychopaty).

Sposobem na osiągnięcie celu okazuje się dla Thanosa zdobycie sześciu niezwykłych Kamieni Nieskończoności. Dwa z nich znajdują się na Ziemi. Uważni widzowie wcześniejszych odsłon doskonale znają te artefakty – pojawiały się już w takich filmach jak „Doktor Strange”, „Kapitan Ameryka. Pierwsze starcie” czy „Avengers: Czas Ultrona”. I nic dziwnego, bo najnowszy film spina niemal wszystkie wątki znane z serii – od „Strażników Galaktyki”, „Spiderman: Homecoming”, „Czarna Pantera”, serii „Thor” po „Avengers” i „Kapitan Ameryka”, o „Iron Manie” już nawet nie wspominając. Tym samym staje się rodzajem kulminacji serii (czy raczej początkiem zwieńczenia, wszak planowane są kolejne części), a jako takie rządzi się swoimi prawami. Jeśli dodamy do tego wspomnianą już  wieloznaczną postać antagonisty, to nic już nie okazuje się tu pewne, ramy gatunku muszą zostać przekroczone, a nawet złamane.

Przeczytaj także:  Czy androidy śnią o elektrycznej duszy? | Blade Runner 2049, reż. Denis Villeneuve

Dlatego przygotujcie się na szok – superbohaterowie nie są nieśmiertelni, dobro nie zawsze zwycięża, zjednoczenie w obliczu wroga nie musi gwarantować sukcesu, podobnie jak gotowość na poświęcenie własnego życia. Oczywiście komiksowy świat Marvela takim pozostaje, lecz w najlepszym tego słowa znaczeniu, nie daje już prostych recept na ratowanie świata. Bo on sam jest bardziej skomplikowany, niż mogłoby się wydawać, nie ma tylko dwóch stron konfliktu, nie ma ostrej granicy między tym co czarne, a tym co białe. Tę dysharmonię wartości dobrze ukazano w „Avengers: Czas Ultrona”, gdzie ratowanie świata oznaczać musi niewinne ofiary wśród ludności Sokovii, a jeszcze lepiej w „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”. Tu mieszają się cele i wartości superbohaterów i zwykłych ludzi, a dotychczasowi sprzymierzeńcy stają przeciw sobie. Ten ostatni motyw znamy też choćby z „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” spod znaku konkurencyjnego dla Marvela DC Comics. „Avengers: Wojna bez granic” dopełnia ten obraz niejednoznaczności, wyznaczając być może nową erę w gatunku superhero film. I to nawet jeśli kolejne filmy tej serii przyniosą widzom trochę więcej nadziei, włącznie z tą, że niektórzy z bohaterów może jednak powrócą.

Aha, oglądajcie do końca. Nie zabraknie charakterystycznej dla serii sceny po napisach, choć akurat ona raczej nie niesie ze sobą wielkich nadziei.

 

Avengers: Wojna bez granic (Avengers: Infinity War)

Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFely

Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo

Reklamy

Dodaj komentarz