wywiad

Max Czornyj: Memento mori… a będziesz lepszy. W to wierzę | WYWIAD

– Kryminał ma dostarczać dobrej zabawy, zagadki, którą wraz z bohaterami musimy rozwiązać. Jednak dla mnie książka nieskłaniająca do refleksji jest pusta i stanowi jedynie stratę czasu. Chodzi o emocje wynikłe z postawienia samym sobie niewygodnych pytań. Memento mori… a będziesz lepszy. W to wierzę – mówi Max Czornyj*, autor powieści „Czas śmierci”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Max Czornyj, fot. Bartosz Pussak Photography

Przemysław Poznański: Najczęściej zadawanym panu pytaniem – o czym pisze pan w posłowiu powieści – jest unde malum, skąd zło. Ja chciałbym jednak zadać inne pytanie: skąd pisanie o złu? Czy to właśnie próba zrozumienia przyczyn zła, a może przestroga?

Max Czornyj: Goethe w rozmowie z Eckermannem stwierdził, że możliwe jest pisanie tylko o tym, co się przeżywa. O doświadczeniach, emocjach, wrażeniach. W pełni się z tym zgadzam. Zagadnienie zła interesuje mnie od dawna, więc przenosi się na karty powieści. Jednocześnie coraz mocniej wątpię w istnienie tak zwanego uniwersalnego zła. To byt różny dla każdej kultury, cywilizacji, a nawet jednostki. 

Czy literatura opisująca zło ma jeszcze moc przestrzegania? Naprawiania nas?

– A czy miała ją kiedykolwiek? Nie sądzę. Biblia jest tego najlepszym przykładem. Jej funkcja opisowa nie budzi wątpliwości, tymczasem obecna sfera oddziaływania jest znikoma. Z perspektywy pewnych czasów oraz osób Mein Kampf również opisywało „zło”, a wszyscy wiemy jak się to skończyło… Rozumie pan istotę?

Chodzi o to, że dla nazistów zło reprezentowali na przykład Żydzi?

– Dokładnie. W pewnych renesansowych traktatach wcielone zło to czarnowłose kobiety o niebieskich oczach, a dla Nietzschego złem bywa sam Bóg. Przecież to też literatura. Natomiast kryminał ma dostarczać dobrej zabawy, zagadki, którą wraz z bohaterami musimy rozwiązać. Jednak dla mnie książka nieskłaniająca do refleksji jest pusta i stanowi jedynie stratę czasu. Nie chodzi więc o jakiekolwiek naprawianie, ale o emocje wynikłe z postawienia samym sobie niewygodnych pytań. Żyjemy w tak poprawnym i wygodnym świecie, że przypomina on szklaną bańkę. Ja umyślnie robię na niej rysy. Memento mori… a będziesz lepszy. W to wierzę.

To bardzo ciekawe, może pan to rozwinąć?

– Musimy pamiętać, że nasze życie nie polega jedynie na trwaniu… Uświadommy sobie, że otrzymaliśmy ogromny dar, który musimy wykorzystać jak najlepiej potrafimy. Memento mori oraz carpe diem to tylko dwie strony tego samego medalu, ale aby docenić jedną, należy pamiętać o drugiej. Niegdyś to było oczywiste, lecz dziś większość ludzi odsuwa niewygodne myśli, a potem ląduje na kozetce u psychoanalityka.

Goethe w rozmowie z Eckermannem stwierdził, że możliwe jest pisanie tylko o tym, co się przeżywa. O doświadczeniach, emocjach, wrażeniach. W pełni się z tym zgadzam. Zagadnienie zła interesuje mnie od dawna, więc przenosi się na karty powieści. Jednocześnie coraz mocniej wątpię w istnienie tak zwanego uniwersalnego zła. To byt różny dla każdej kultury, cywilizacji, a nawet jednostki. 

Zadaje pan w najnowszej powieści – choćby na przykładzie zlecenia, jakie otrzymuje brat Hektor, człowiek do specjalnych poruczeń warszawskiej kurii, jeszcze inne ważne pytanie – o prawo do wymierzenia sprawiedliwości, do zadośćuczynienia za zło, gdy zawodzi prawo.

– Właśnie poruszył pan tyle kwestii, że o każdej z nich moglibyśmy rozmawiać godzinami… Pierwsza niezmiennie dotyczy tego, czym jest zło. Druga tego, czym jest sprawiedliwość. Trzecia ociera się o prawo do wymierzania sprawiedliwości na własną rękę. Można by na podstawie tych zagadnień tworzyć kolejne. A ja nie posiadam jednoznacznych odpowiedzi. Widzę jedynie następne pytania, dylematy i wątpliwości… `

Zło oznacza ludzką krzywdę i zawsze jest poruszające. Ale zło jako tworzywo literackie może być banalne – z tego (i tylko z tego) punktu widzenia, że katalog złych czynów jest skończony. W „Czasie śmierci” mamy do czynienia m.in. z molestowaniem nieletnich i zabójstwami ze szczególnym okrucieństwem. Gdzie tkwi pisarska tajemnica, że ta historia nas zaciekawia? W bohaterach?

– Gdybym wiedział, opatentowałbym przepis na tworzenie bestsellerów, a następnie wystawił na licytację. A poważnie mówiąc… Czytelnicy wielokrotnie wspominają, że moje książki są niewygodne.

Niewygodne?

– Tak. Chodzi o to, że wywołują nieprzyjemne dreszcze, a jednocześnie nie sposób się od nich oderwać. Że stawiam wspomniane pytania, które sprawiają im dyskomfort. O to kim jesteśmy, w co wierzymy, do czego jesteśmy zdolni… Do czego zdolni są nasi najbliżsi. I często nie chodzi o pytania, lecz o odpowiedzi.

Przeczytaj także:

Pytam o to też dlatego, że rocznie w Polsce ukazuje się kilkaset kryminałów. Pan jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych autorów prozy kryminalnej, choć tworzy pan też w innych gatunkach. Jak się wyróżnić na takim rynku?

– Zaskakiwać samego siebie. Nie tworzyć pod rozpiski i tematy. Usuwać akapity, które nie pobudzają nas samych jako autorów. Pamiętać, że proces czytelniczy i pisarski to dwie strony tego samego metafizycznego zjawiska. Nasze opowieści wypełniają mózgi czytelników intensywniej niż słowa kochanków. To brzmi trywialnie, ale jest prawdziwe.

Niezwykli bohaterowie to znak rozpoznawczy pana książek. Nie inaczej jest w najnowszej powieści. Brat Hektor czy artysta Manuel, ale też główna bohaterka, komisarz Sara Adam – są niepowtarzalni. Skąd bierze pan takich bohaterów? Jak powstają? Poprzez odrzucenie tego, co już było?

– Oddaję im głos. Pozwalam się tworzyć od zera, jakby byli prawdziwymi postaciami. Poznaję ich wraz z rozwojem fabuły i nigdy, ale to nigdy, nie zakładam od samego początku, kto będzie tym dobrym, a kto złym. No i jeszcze jedno. Muszę ich kochać albo nienawidzić. Jeżeli są mi obojętni, będą obojętni również czytelnikowi, więc się ich pozbywam.

Pierwszoplanowe postaci kobiece to u pana nie nowość, ale Sara Adam działam de facto działa sama, a na pewno jest na pierwszym planie. Tego wcześniej nie było. Skąd taka decyzja? 

– Proszę zapytać Sary dlaczego jest taką outsiderką i mizantropką. Ja tylko ją opisałem…

Sara Adam – podobnie jak Hektor czy Manuel – to też jednocześnie zupełnie nowa postać. Ma pan już w swoim portfolio świetne i lubiane przez czytelników postaci śledczych: Eryk Deryło, Liza Langer i Orest Rembert, a także bohaterowie „Mortalisty”. Dlaczego nie powierzył pan tej sprawy któremuś z nich? Skąd pomysł na nowe otwarcie?

– Dopuszczałem możliwość, że ta powieść będzie kolejnym tomem serii o Mortaliście, czyli Honoriuszu Mondzie. I stało się to, co lubię najbardziej. Wszystko wywróciło się do góry nogami, Kraków zamienił się w Warszawę, pewien trup zmartwychwstał, a Mond zapuścił włosy i wyhodował kształtny biust…

Dla potrzeb wspomnianej serii rozpoczętej „Mortalistą”, z Honoriuszem Mondem i Allegrą Szmit, stworzył pan katedrę mortalistyki, w „Czasie śmierci” – profilowanie artystyczne, czyli (w dużym uproszczeniu) budowania wizji sprawcy poprzez portretowanie ofiar. Czy to też sposób na wyróżnienie się, oderwanie od tego, co literatura gatunkowa powielała wielokrotnie?

– Myśl o profilowaniu artystycznym chodziła mi po głowie od dawna. Nie ujawniając czym ta metoda jest, wydaje mi się, że ma przełożenie na grunt śledczy. Mogłaby się przyjąć tak samo jak mortalistyka. Czy wiedział pan, że po opublikowaniu pierwszego tomu przygód Monda, w wyszukiwarkach internetowych kilkadziesiąt tysięcy razy wpisano hasło „mortalistyka”? Czytelnicy uwierzyli, że coś takiego naprawdę istnieje, a temat pojawił się nawet w prawdziwych dyskusjach akademickich. Sądzę, że w przypadku profilowania artystycznego może być podobnie.

Pana proza wyróżnia się często opisami zbrodni, w którym nie cofa się pan przed pokazaniem okrucieństwa. W jednym z naszych wcześniejszych wywiadów mówił pan: „Jeśli widzę w myślach scenę, która jest wypełniona wnętrznościami, krwią oraz zwłokami, to tak ją opisuję”. Odnoszę jednak wrażenie, że „Czasie śmierci” tej dosadności jest znacznie mniej, choć zbrodnie nie są mniej okrutne. Dlaczego?

– Doskonałe pytanie, gdyż pokazuje bardzo subiektywne odczucie. W recenzjach i komentarzach pojawia się teza, że „Czas śmierci” to jedna z moich najbardziej makabrycznych powieści. Jednak są też głosy przeciwne. Skąd wynikają te rozbieżności? Zapewne z tego, że każdy z nas ma całkowicie inną wrażliwość. Ktoś napisał, że nie ruszają go dokładnie opisywane wnętrzności, ale właśnie eksponowane przeze mnie zagadnienia sensu życia i natury naszych osobowości. Mnie również dotykają one znacznie mocniej niż najbardziej zbezczeszczone zwłoki. Kim jesteśmy, skoro czasem wystarczy solidne uderzenie w głowę by całkowicie zmienić nam charakter?

Oddaję bohaterom głos. Pozwalam się tworzyć od zera, jakby byli prawdziwymi postaciami. Poznaję ich wraz z rozwojem fabuły i nigdy, ale to nigdy, nie zakładam od samego początku, kto będzie tym dobrym, a kto złym. No i jeszcze jedno. Muszę ich kochać albo nienawidzić. Jeżeli są mi obojętni, będą obojętni również czytelnikowi, więc się ich pozbywam.

Debiutował pan w 2017 roku – od tego czasu wydał pan około czterdziestu powieści i sporo opowiadań. Pisze pan w różnych gatunkach, powołuje do życia – o czym mówiliśmy – różnych bohaterów, zarówno na potrzeby cykli jak i powieści samodzielnych. To sposób na to, by jako pisarz się nie nudzić, a może to ciągłe poszukiwanie?

– Każda książka to nowa przygoda, nowe emocje i wyzwanie. Oczywiście, to również praca, ale od dawna mógłbym przejść na literacką emeryturę. Tym łatwiej postawić mi najbardziej śmiały wniosek, że pisanie to po prostu… uzależnienie. Jest nim również czytanie. Uzależnienia rządzą się swoimi prawami.

Co pana napędza do pisania? Co pana kusi w pisaniu? Postać, gatunek, historia? Czego jeszcze możemy się spodziewać po Maksie Czornyju? Wyobraża pan sobie choćby, że w pewnym momencie powie sobie: znalazłem i zostaję przy tym jednym cyklu/gatunku?

– Nigdy się nie ograniczę i nigdy nie powiem, ile napiszę jeszcze książek albo czy w ogóle jakąkolwiek jeszcze napiszę. Smakuję słowa, wyobrażenia oraz sceny. Tworzenie opowieści przypomina smakowanie bardzo dobrego trunku. Kosztujemy go, poznajemy rozmaite aromaty i nuty smakowe, ale możemy się nim zachłysnąć. Czasem okazuje się, że pierwsze łyki były wyborne, ale na tym należy poprzestać. W odniesieniu do wcześniejszej metafory nałogowej może to nieszczęśliwe porównanie, ale idealnie oddaje ten stan. Nie wiem co jeszcze wypiję i czy mi to zasmakuje. Ale jestem pewny, że nie poczęstuję czytelników czymś, co nie odpowiadało by mi samemu.

Wiemy, że Sara Adam powróci, skoro „Czas śmierci” jest zapowiadany jako początek cyklu. Ale wielokrotnie mówił pan, że nie pisze pan „na zamówienie”, tylko dlatego, że jest zapotrzebowanie na kontynuację. Ma pan pomysł na rychły powrót Sary Adam, czy na razie da nam pan inną powieść?  

– Zapowiedź początku cyklu to jedynie pragnienie wielu osób, w tym mnie. Ale co będzie jutro? Tego nie wie nikt. Może Sara Adam umarła wraz z „Czasem śmierci”?

Rozmawia Przemysław Poznański

*Max Czornyj – adwokat i pisarz. Praktykował prawo w Polsce i we Włoszech. Autor thrillerów z cyklu o komisarzu Eryku Deryle, m.in. „Grzech”, „Ofiara”, „Pokuta”, „Krew”, a ostatnio „Geneza zła”, powieści „Ślepiec” i „Grób”, „Mord”, „Wina”, w których występuje duet komisarz Liza Langer i profiler Orest Rembert, a także serii z Hornoriuszem Mondem i Allegrą Szmit „Mortalista”, „Spirytystka”, „Inkarnator”, „Zmora”. Jest też autorem powieści opartych na biografiach znanych zabójców – „Rzeźnik”, „Zimny chirurg”, zbrodniarzy wojennych „Kat Hitlera”, „Mengele”, „Kat z Płaszowa” oraz m.in. powieści „Obcy”, „Sanatorium Zagłada”, „Miłość i wojna”, „Terror”, „Córka nazisty”, „Wielbiciel”. „Czas śmierci” to jego najnowsza powieść.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej