Dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. mamy dla was fragment książki Henryka Wańka „Wędrowiec śląski”. Premiera 14 lutego.

Henryk Waniek odkrywa przed czytelnikami Śląsk, opisując go z niezwykłą wrażliwością. W erudycyjny i inteligentny sposób opowiada o kraju i krajobrazie, o ludziach i duchowych związkach, które w różnym czasie łączyły Polaków, Niemców, Czechów i Ślązaków.
Ten autorski wybór esejów obejmuje teksty, które znalazły się wcześniej w innych wyborach, a także te, które nie zostały dotychczas nieujęte w żadnych publikacjach książkowych.
„Z pozoru Śląsk jest dobrze znany, a jednak ciągle skrywa wiele tajemnic. Ten fakt odzywa się już to w powieściach Andrzeja Sapkowskiego, Olgi Tokarczuk, Szczepana Twardocha i długiej listy pisarzy (oraz poetów) czerpiących inspirację z tego regionu. Sam do nich należę i czasem żartuję, że poza Śląskiem już nic mnie nie ciekawi…” – Henryk Waniek.
Fragment książki
Ząbkowice Śląskie recte Frankenstein
Powiem szczerze: chciałbym to doświadczenie mieć jeszcze przed sobą. Chciałbym pewnego dnia znów znaleźć się w tym miejscu po raz pierwszy w życiu. Za każdym razem pragnę tego samego. Żeby bez żadnego wcześniej powziętego zamiaru, bez planu i powodu, nieoczekiwanie wysiąść z pociągu lub autobusu, wprost pod pogodne, późnoczerwcowe niebo. I z takim samym jak wtedy, lekkim zamętem w myślach, tym, jaki znają zakochani, a przeczuwający, że żadna miłość nie jest wieczna, pójść ulicą pustą jak głowa. Chciałbym raz jeszcze, po raz pierwszy, wejść do tego miasta i nieść w sobie melancholię pomieszaną z uczuciem, że kiedyś – sto lat temu? dwieście? więcej? – byłem już tutaj z jakiegoś ważnego powodu. No, ale to jest niemożliwe, bo nie można dwa razy przeżywać tego samego po raz pierwszy. Można tylko szukać czegoś, łudzić się i nie znajdując, szukać ponownie, znów bezskutecznie.
Są miasta, które – choć niby te same – niegdyś były zupełnie inne. Nazywały się inaczej i dla swoich mieszkańców były odwieczną miłością, a nie tylko wyrokiem dożywocia. Dlatego nie sposób kiedykolwiek być w nich po raz pierwszy, bo wszystko jest tu po raz ostatni. Szkoda. Od jak dawna je znam, nie wątpię ani przez moment, że jest wielkim szczęściem znaleźć się w tym miasteczku – jeśli kto woli, bo moim zdaniem mieście – choćby na krótkie pół godziny. Pogoda jest obojętna, ale czerwcowe popołudnie po słonecznym dniu najlepsze.
Chociaż nastrój idylliczny trochę się skłania ku nostalgii, to ani na chwilę nie wolno nam zapomnieć, że z tutejszego bruku, albo zza najbliższego węgła historii, mogą się nagle wyłonić zdarzenia straszne, mroczne występki, diabelskie okrucieństwa. Że w tym oto niepozornym domu, obok którego przechodzimy, zamieszkiwał jakiś rycerz-rabuś, nieznający litości. A znowu w tamtym działał doktor tutejszy, satanista z XVII wieku, chcący trupy przerabiać na żywe upiory. A jeszcze – nieco później – z ratuszowej wieży zwisająca długa flaga czerwona, ze swastyką na środku. Widziałem to przecież na fotografii. Dzisiaj jednak nic z tych rzeczy. Ząbkowice Śląskie nie są już Frankensteinem.
Prawdziwe osady, miejscowości i miasta najczęściej powstają na rozdrożach, na skrzyżowaniach szlaków, tam gdzie przecinają się wartkie interesy. Gdzie krzyżują się różne czasy. Albo też rodzą się z tych przewlekłych ulicówek, gdzie jedna bieda poklepuje drugą. Co prawda, one także mogą stać się miastem (a nawet metropolią – jak uczy przykład Warszawy, z pipidówy awansowanej na stolicę), ale zawsze brak im czegoś. Jakiejś rzeczy, w rodzaju tego, co kobietę czyni damą. Kostium mają metropolitalny, ale obyczaj prostacki. Radzą sobie te wioski przemienione w miasta, jak mogą, ale ciągle im jakaś tam słoma wystaje z butów.
Autentyczne miasto – choćby nawet maleńkie – rodzi się w punkcie wskazanym przez wiatry pomyślności, na przecięciu wektorów duchowych. Jeśli więc droga z Pragi do Wrocławia przetnie się ze szlakiem Kraków–Legnica–Drezno*, a w pobliżu znajdzie się rozległe i płaskie wzniesienie, tam ma szansę powstać poważne i liczące się miejsce. Takie właśnie jak to. Z wysoko wyciągniętym ku niebu palcem wieży ratuszowej. Lub wieżą przekrzywioną z powodów, które zna jedynie anegdota o pyszałkowatym budowniczym. No i z niejedną wieżą kościelną. Nie mam bodaj w Ząbkowicach Śląskich ani jednej znajomej duszy. Ale zaglądam tam chętnie i często, dla samego miasta, które zasługuje na lepszą nazwę od tej, pod którą występuje obecnie. Ilekroć piszę to – Ząbkowice Śląskie – coś burzy się we mnie i protestuje. Cóż to za pomysł? Bo przecież z tysiąca źródeł wiem, że pięćdziesiąt lat temu był to Frankenstein. Ale „polonizacja” poszła tutaj na całego. Z całą mocą prawdy wyssanej z palca. Czy tak trudno to było przechrzcić choćby na Frankowo, jeśli nie Potworów? Tę ostatnią nazwę zachowano – nie wiadomo dlaczego? – dla odległej o dziesięć kilometrów stąd, dawnej wioski Riegersdorf. Nie mówię już o Franksztynie (jak to pisano w dziewiętnastowiecznej polszczyźnie i jak dziś pisze się dawny Allenstein – Olsztyn) lub po prostu Frankensztejnie. No cóż. Stało się. Mamy Ząbkowice Śląskie.
Henryk Waniek, Wędrowiec śląski
Wydawnictwo W.A.B, 14 lutego 2014
ISBN: 9788383194738

