Czasem ludzie myślą, że służby – patrząc przez ten otaczający je nimb tajemniczości – składają się z herosów, którzy wszelkie niezałatwione sprawy rozwiązują szybko i bezboleśnie. Chciałem pokazać, że tak nie jest. Co więcej, myślę, że niektórych bohaterów napędza do działania właśnie nadzieja na dokończenie tego, co niedokończone – mówi Ryszard Oleszkowicz, były oficer służb specjalnych, pisarz, autor powieści „Zanim zabijesz moją śmierć”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Poznański: Pewien zdekonspirowany już w naszym kraju emerytowany pułkownik rosyjskich służb specjalnych, Iwan Denisowicz Milutin, „Skorpion”, przyjeżdża do Polski, by nadzorować przygotowanie rosyjskiej akcji destabilizacyjnej. Akcji polegającej na skoordynowanej eksplozji kilkunastu bomb, głownie w stolicy, ale nie tylko. To punkt wyjścia powieści. Skąd taki pomysł?
Ryszard Oleszkowicz: Przez ostatnie trzydzieści lat, za każdym razem, gdy dzieje się coś kryzysowego, okazuje się, że nie jesteśmy do tego przygotowani. W czasie ostatniej powodzi też w niektórych miejscach brakowało odpowiednich działań Państwa. Jako emerytowany oficer służb, uznałem, że to ważny temat. Nie chciałem, żeby moja książka była tylko o – cytując komiksy Papcia Chmiela – „bum, trach, bęc”, ale pokazać coś więcej, bawiąc uczyć. Moja opowieść jest fikcyjna, ale znajdujemy się w takim położeniu geopolitycznym, że żadnego scenariusza nie można wykluczyć. Nie możemy zasypiać gruszek w popiele, lecz powinniśmy – jako państwo, służby specjalne – rozważać również najbardziej czarne opcje i się do nich zawczasu przygotowywać.
Akcja, którą pan opisuje, jest bardzo spektakularna. Nie mamy do czynienia z jednym planowanym uderzeniem, ale z cała serią potencjalnie tragicznych w skutkach zamachów.
– Rzeczywiście w powieściach sensacyjnych najczęściej intryga dotyczy jednej planowanej akcji, jednego zamachu, że przywołam „Dzień Szakala” Fredericka Forsythe’a, gdzie akcja toczy się wokół planowanego zamachu na de Gaulle’a. Ja chciałem pokazać, że możemy też mieć przeciwnika, który działa na ogromną skalę. Oczywiście popuściłem wodze wyobraźni, ale w granicach prawdopodobieństwa. Można założyć, że przeciwnik przygotuje wiele bomb, nawet licząc się z tym, że niektóre zostaną wykryte i rozbrojone. Im będzie ich więcej, tym większa szansa, że uda mu się jakiś zamach przeprowadzić. W „Czerwonym sztormie” Toma Clancy’ego znajdziemy scenę ataku na lotniskowiec, gdy z wielu atakujących samolotów przez obronę przeciwlotniczą przedziera się tylko jeden, za to uderza w mostek kapitański. To wystarczy.
Nie chciałem, żeby moja książka była tylko o – cytując komiksy Papcia Chmiela – „bum, trach, bęc”, ale pokazać coś więcej, bawiąc uczyć. Moja opowieść jest fikcyjna, ale znajdujemy się w takim położeniu geopolitycznym, że żadnego scenariusza nie można wykluczyć. Nie możemy zasypiać gruszek w popiele, lecz powinniśmy – jako państwo, służby specjalne – rozważać również najbardziej czarne opcje i się do nich zawczasu przygotowywać.
Na ile jednak możliwy jest ten scenariusz, jaki opisał pan w „Zanim zabijesz moją śmierć”? Co musiałoby się zadziać w przestrzeni geopolitycznej, żeby chciano go wdrożyć? Pamiętajmy, że Polska jest w Unii Europejskiej, w NATO.
– Musiałyby się zadziać rzeczy dla nas w tym momencie niewyobrażalne. Z tym, że rzeczy niewyobrażalne się zdarzają. Wspomnę pandemię, której przecież nikt nie przewidział, czy wojnę na Ukrainie. W mojej powieści, zaraz na początku opowieści, NATO z pewnych przyczyn wycofuje swoje oddziały z naszego kraju. To wystarczy, by mój scenariusz stał się bardziej prawdopodobny. Rosjanie mają kilkadziesiąt razy większe służby specjalne od naszych i z pewnością mają przygotowanych wiele scenariuszy. Dość powiedzieć, że już w czasach Układu Warszawskiego byli w pełni przygotowani do „ćwiczeń” wojskowych, które zakończyłyby się na linii Renu. Przyzwyczailiśmy się do czasów pokoju – jeśli szukamy wroga, terrorysty, to wyobrażamy go sobie pod postacią samotnego wilka, potrafimy walczyć ze zorganizowanymi grupami przestępczymi. Tymczasem świat się zmienia, wkracza choćby sztuczna inteligencja, wykorzystywana może być przecież nie tylko przez kraje demokratyczne, ale i przez reżimy. Zacząłem pisać powieść w 2019 roku, w czasie, gdy świat był zupełnie inny, wydawał się bezpieczny, podróżowaliśmy, dokąd tylko chcieliśmy i to tanimi liniami lotniczymi. Teraz mamy wojnę na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie.
Przywołuje pan w powieści analizę, mówiącą, że współczesna wojna rozpocznie się od paraliżu państwa, co oznacza m.in. odcięcie energii. Niekoniecznie od wkroczenia czołgów.
– Ta analiza jest jak najbardziej prawdziwa, można ją znaleźć w źródłach otwartych. Co ciekawe, powstała jeszcze przed pandemią, a mimo to odnosi się głównie do sytuacji pojawienia się wirusa w wielkim mieście. To pokazuje, że moja fikcja – wszędzie tam, gdzie to było możliwe – opiera się na faktach. Nie wiem czy decydenci czytali tę analizę i czy wyciągnęli z niej wnioski. Inna sprawa czy można się na wszystko przygotować. Pewnie nie. Jesteśmy dziś zależni od energii elektrycznej, co oznacza, że gdyby w jednej chwili odcięto nam prąd, pada wszystko. Nie działają bankomaty, sklepy, komórki, metro, sygnalizacja świetlna – nie trzeba spektakularnych zamachów przygotowywanych przez „Skorpiona”, by wprowadzić chaos.
To pana debiut powieściowy…
– Wcześniej parałem się historią, wydałem też tomik wierszy, który miał być rodzajem cezury na koniec służby, podkreślającym odejście od prozy życia, inna sprawa, że bardzo ciekawej. Teraz przyszedł czas na powieść…
Wyobrażam sobie, że ma pan w zanadrzu cały katalog ciekawych tematów. Dlaczego na debiut wybrał pan właśnie ten?
– To był pewien impuls. Było już po przejęciu Krymu przez Rosję i pomyślałem, że w Polsce nie wzbudziło to właściwej refleksji. Nie podjęto publicznej dyskusji ze społeczeństwem, że może to czas, by stworzyć obronę cywilną. Zapisałem takie pomysły, siedząc na kawie u wylotu Rakowieckiej, mając po jednej stronie moją ówczesną Firmę, czyli ABW, po drugiej Europlex stojący w miejscu dawnego warszawskiego kina Moskwa przy ul. Puławskiej, po którym zostały tylko kamienne lwy. Te szkice, które poczyniłem wtedy, siedziały mi w głowie, ale uznałem, że skoro nigdy wcześniej nie napisałem powieści, trzeba się dokształcić i poszedłem na kurs pisarki i tam zacząłem rozwijać te wątki. I tak powstał pierwszy, drugi, trzeci rozdział. Wtedy stwierdziłem, że warto tę książkę skończyć. Ale czas znalazłem dopiero po odejściu ze służby.
Naprzeciwko Milutina i oczywiście całego stojącego za nim rosyjskiego aparatu stawia pan asów polskich służb: major Marek Formik, Ida Sawro, ale też generał Boruta czy Bianka Napora. Czy te postaci mają pierwowzory? Czy biorąc pod uwagę pana karierę, w ogóle powinny mieć pierwowzory?
– Nie mogą mieć i nie mają. Za to każda z nich stanowi konglomerat cech, jakie zaobserwowałem u ludzi służb podczas trzydziestu lat pracy – najpierw w UOP, potem w ABW. O służbach różnie się mówi, każda zmiana polityczna ma na nie wpływ, ale jest tam masa ludzi, którzy niezależnie od wszystkiego wykonują świetną robotę. O tym się na co dzień nie mówi, bo sukcesy są przemilczane, za to nagłaśniane są wpadki. Stworzyłem moich bohaterów tworząc kolaż różnych cech osobowościowych prawdziwych osób – trochę jak Chat GPT (śmiech). Na pierwszym i na kolejnym kursie pisania dowiedziałem się, że nie można tego, co się przeżyło, przelewać na fikcję jeden do jednego. Powieść to nie pamiętnik. Zawsze mogę to zrobić, przesiadając się do mojego drugiego biurka – historyka – i napisać o historii służb. Byłem ostatnio w Rzeszowie na spotkaniu z Vincentem V. Severskim, nestorem polskiej powieści szpiegowskiej, i tam też padło takie pytanie. On również odparł, że jego postaci są wymyślone, czerpią z życia, ale nie wprost. Mówić obrazowo, maluję fikcyjne postaci, ale farbkami, którymi mógłbym namalować postaci autentyczne. Inna sprawa, że z moimi fikcyjnymi bohaterami podczas pisania zżyłem się jak z prawdziwymi osobami, które w pewnym momencie zaczynają „domagać się” konkretnych rozwiązań fabularnych.
Rosjanie mają kilkadziesiąt razy większe służby specjalne od naszych i z pewnością mają przygotowanych wiele scenariuszy. Dość powiedzieć, że już w czasach Układu Warszawskiego byli w pełni przygotowani do „ćwiczeń” wojskowych, które zakończyłyby się na linii Renu. Przyzwyczailiśmy się do czasów pokoju – jeśli szukamy wroga, terrorysty, to wyobrażamy go sobie pod postacią samotnego wilka, potrafimy walczyć ze zorganizowanymi grupami przestępczymi. Tymczasem świat się zmienia, wkracza choćby sztuczna inteligencja, wykorzystywana może być przecież nie tylko przez kraje demokratyczne, ale i przez reżimy. Zacząłem pisać powieść w 2019 roku, w czasie, gdy świat był zupełnie inny, wydawał się bezpieczny, podróżowaliśmy, dokąd tylko chcieliśmy i to tanimi liniami lotniczymi. Teraz mamy wojnę na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie.
Muszę dopytać o jeszcze jedną postać, która występuje na drugim czy nawet trzecim planie, ale mocno zapada w pamięć. Mam wrażenie, że mogłaby być nawet bohaterem spin offu. To Adam Piątka. Były GROM-owiec, a teraz zakonnik, który aktywnie, choć jako osoba postronna, pomaga głównym bohaterom.
– W służbach nie ma schematów. Ścieżka kariery nie jest zawsze taka sama. Trafiają do służb, w tym do oddziałów antyterrorystycznych, ludzie po bardzo różnych doświadczeniach życiowych. Bardzo różnie układają się też ich losy już po odejściu ze służby. Muszę przyznać, że Piątka to jedna z moich ulubionych postaci – umieściłem go jednak na dalszym planie, bo jest tak charakterystyczny, że gdyby stał się głównym bohaterem, mógłby sprawić, że powieść mogłaby wydać się przerysowana.

Działania polskich służb są iście spektakularne, prawie na każdej stronie odbywa się tu walka na śmierć i życie. Czy tak naprawdę wygląda codzienność służb, tyle że jako osoby postronne tego nie widzimy, czy może jednak nieco podmalował pan ten obraz na potrzeby powieści?
– Trochę dodawałem koloru – trzymając się mojej analogii do malowania. Ale w wielu przypadkach jest tak, że wiele z tych spektakularnych akcji, realizowanych przez oddziały policji, antyterrorystów czy innych służb, odbywają się w iście filmowy sposób: wyłamywane są drzwi, rzucane granaty hukowe, strzela się w telewizor, żeby oddziaływać psychologicznie na tych, których chce się zatrzymać. Natomiast modus operandi jest taki, żeby jednak ten „film” nie miał zbyt wielu widzów. U mnie jedna z akcji odbywa się w zaciszu Parku Łazienkowskiego – jest naprawdę gorąco, padają strzały, ale wszystko odbywa się w taki sposób, że osoby z zewnątrz w większości tego nie dostrzegają. Muszę też podkreślić, że oficerowie Agencji Wywiadu nie biegają na co dzień z pistoletami w kieszeniach i nie strzelają na ulicach. Moi bohaterowie broń pobierają dopiero w momencie, mogą być w sytuacji zagrożenia. I trzeba pamiętać, że Agencja Wywiadu działa za granicą, w innych państwach. Nie wyklucza to jednak doraźnych działań w kraju, i taką też sytuację wygenerowałem fikcyjnie w mojej powieści. Nie mam jednak wrażenia, że wyszedłem poza ramy prawdopodobieństwa.
Jednym z bohaterów powieści jest też, wspomniana przez pana, sztuczna inteligencja. Zaprzęga ją pan do podejmowania ważnych decyzji dotyczących działań służb.
– Jestem też wykładowcą akademickim. 1 października na uczelni w Sanoku brałem udział w inauguracji roku akademickiego, której częścią był wykład dotyczący właśnie sztucznej inteligencji. Okazuje się, że za chwilę wdrożona zostanie nowa wersja Chatu GPT, o IQ ok. 120, rozwiązującego najbardziej skomplikowane zadania matematyczne. Przede wszystkim jednak wersja ta rozwiązuje test Turinga, co oznacza, że nie jest w zasadzie do odróżnienia pod względem efektów działań od człowieka. Rafał Ziemkiewicz w „Pieprzonym śnie kataryniarza” kilka dekad temu pokazał, jak mogłoby wyglądać wykorzystanie SI w walce służb specjalnych. Prawda jest taka, że służby, wojsko, zawsze posługują się najnowszymi technologiami, wręcz to najpierw tam są one wdrażane. Algorytmy, które mamy w komórkach, wcześniej sprawdzały się w pracy służb, podobnie z technologią zapisywania płyt CD czy mikrofalówkami, stworzonymi na potrzeby okrętów podwodnych. Pokazuję więc coś, co nieuchronnie nadejdzie. Moim zdaniem kończą się definitywnie czasy szpiegów w rodzaju Klossa czy Bonda, ich rolę w dużej mierze przejmie sztuczna inteligencja, cyberżołnierze.
U pana jednak, jak na razie, działają głównie ludzie, nawet jeśli czasem są już zależni od decyzji SI. A skoro są to ludzie, to mają też wady, rysy, dotyczące choćby ich życia osobistego. Ida zmaga się z traumą z dalekiej przeszłości, Formik wdał się w romans, choć ma żonę, z którą nie zamierza się rozwieść.
– Ludzie w służbach pozostaną, nawet jeśli nie są idealni. Działania amerykańskiego wywiadu, który skupił się tylko śledzeniu telefonów czy analizie informacji pozyskanych z przekazów satelitarnych, sprawiły, że nie skupiono się dostatecznie mocno na osobowych źródłach informacji i tak przegapiono realne zagrożenia w Iraku czy planowanie zamachu na WTC. Wykład w Sanoku, o którym wspominałem, zakończył się stwierdzeniem, że sztuczna inteligencja, mimo wszelkich zalet, nie posiada emocji, wspomnień, empatii. W niektórych przypadkach moim bohaterom ich doświadczenia i emocje przeszkadzają w pracy, ale czasem wpływają na to, że pozwalają rozwikłać zagadkę, a nawet uratować komuś życie. Wspomnę choćby łzę spadającą na pieczęć jednego z dokumentów. Dzięki temu odkryty zostaje bardzo ważny sekret.
Gdy przeanalizuje się emocje pana bohaterów, protagonistów, ale i antagonistów, to „Zanim zabijesz moją śmierć” okaże się przede wszystkim opowieścią o niedokończonych sprawach.
– Dokładnie tak myślałem o tej powieści. Czasem ludzie myślą, że służby – patrząc przez ten otaczający je nimb tajemniczości – składają się z herosów, którzy wszelkie niezałatwione sprawy rozwiązują szybko i bezboleśnie. Chciałem pokazać, że tak nie jest. Co więcej, myślę, że niektórych bohaterów napędza do działania właśnie nadzieja na dokończenie tego, co niedokończone.
Był pan przez 30 lat oficerem służb, głównie ABW. Na ile jest pan w stanie oderwać się w prozie od swoich doświadczeń? Na ile informacje o tajnych dziuplach, magazynie archiwum Agencji Wywiadu w podziemiach zlokalizowanych pod stadionem nieistniejącego Stołecznego Klubu Sportowego „Wars” Warszawa są prawdziwe? Ile wolno panu napisać?
– Musiałem się oderwać od tego, co przeżyłem w służbach, ale nie oznacza to, że zaczynając pisać powieść, mogę zignorować swoją wiedzę. Fikcja musi mieć fundament w rzeczywistości, ale przysłaniam go na tyle dobrze, że nie da się odnaleźć niczego, co powinno pozostać ukryte. Fikcyjne są choćby wszelkie opisane lokalizacje.
Trochę dodawałem koloru – trzymając się mojej analogii do malowania. Ale w wielu przypadkach jest tak, że wiele z tych spektakularnych akcji, realizowanych przez oddziały policji, antyterrorystów czy innych służb, odbywają się w iście filmowy sposób: wyłamywane są drzwi, rzucane granaty hukowe, strzela się w telewizor, żeby oddziaływać psychologicznie na tych, których chce się zatrzymać. Natomiast modus operandi jest taki, żeby jednak ten „film” nie miał zbyt wielu widzów. U mnie jedna z akcji odbywa się w zaciszu Parku Łazienkowskiego – jest naprawdę gorąco, padają strzały, ale wszystko odbywa się w taki sposób, że osoby z zewnątrz w większości tego nie dostrzegają.
Ale podpytam o tajne pokoiki w PKiN-ie, które odgrywają w powieści ważną rolę.
– Pałac był budowany przez Rosjan, wręcz rękami rosyjskich robotników. Miał swoje przeznaczenia wykraczające poza te oficjalne. Posiada podziemia, tajne przejścia, którymi do Sali Kongresowej dostawał się choćby I sekretarz Leonid Breżniew. Dzięki znajomej swego czasu udało mi się poznać niektóre z tajemnic tej budowli, w tym położenie pewnych pomieszczeń, odbiegające od oficjalnych planów. Niekoniecznie owe ukryte pomieszczenia służą temu, co opisałem w mojej powieści, trochę jednak podkolorowałem rzeczywistość, ale pozostaje faktem, że Pałac sam w sobie jest tajemniczy.
Ten wątek Pałacu wiąże się z innym, ważnym dla powieści: uświadamia nam pan, że choć w 1991 roku radzieckie wojska opuszczały Polskę, to Rosjanie pozostawili po sobie pewne elementy infrastruktury – z tego czy innego powodu dla nich ważne, które mogłyby im, potencjalnie, posłużyć w przyszłości.
– Rosjanie zawsze uważali Polskę za swoją strefę wpływów. Choćby dlatego wycofując swoje wojska zostawili u nas różnorakie aktywa, że wspomnę choćby kompleks mieszkalny, zwany „Szpiegowo” w Warszawie, w którym rezydowali Rosjanie. I nawet, gdy już nie dało się tam mieszkać i wszyscy się wyprowadzili, nie chciano tych budynków oddać miastu. Rosjanie traktowali ten teren jako swoją własność eksterytorialną. A to jedna z wielu działek w Warszawie, która została w rękach Rosji. Możemy sobie wyobrazić, że nie wszędzie stoją wyłącznie budynki mieszkalne.
Czy pana powieść ma być w takim razie tylko rozrywką, czy może także ostrzeżeniem? Literatura popularna, ze względu na swoje dotarcie, często bywa skuteczniejsza w pokazywaniu pewnych kwestii.
– Starałem się napisać wartką powieść, która nie będzie nudzić czytelników. To ma być przede wszystkim rozrywka. Ale chciałem też przy tej okazji pokazać przyszłe zagrożenia, które mogą tkwić gdzieś w naszej przeszłości, zwłaszcza że przez dekady żyliśmy w głębokiej zależności od sąsiada ze Wschodu. Uznałem więc, że pisząc powieść szpiegowską, podbarwiając przy tej okazji pewne zagrożenia, ale pozostając w zgodzie z realizmem, odniosę lepszy skutek niż pisząc poważny artykuł naukowy o tematyce historycznej.
Rozmawiał Przemysław Poznański

