książki

Narrator w amoku | Peter Handke, Wielki Upadek

Owładniętemu amokiem narratorowi pozwala Peter Handke w „Wielkim Upadku” powołać do życia bezwolnego w jego rękach bohatera i ustawić go naprzeciwko chaosu współczesnego świata. Z góry zdradzając nam jednak wynik tego starcia – pisze Przemysław Poznański.

Po polsku „Wielki Upadek” ukazał się w tym roku po raz pierwszy, ale powstał dekadę temu. Może to być nie bez znaczenia dla odczytania tekstu, jeśli uznamy, że rację ma tłumacz książki, Viktor Grotowicz, który w posłowiu wskazuje, jakoby impulsem dla Handkego do napisania powieści były rządy prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, a przede wszystkim jego zgoda na zbrojne interwencje u boku Amerykanów. Data napisania książki może być też jednak równie dobrze bez znaczenia, gdy uznamy, że Peter Handke daje nam w gruncie rzeczy uniwersalną i ponadczasową opowieść o amoku, w jaki wpaść może każdy, kto nie jest w stanie pozostać obojętnym na wszechogarniający nas chaos.      

Możemy starać się od owego chaosu odciąć. Odciąć od przemocy, od niejednokrotnie wspominanych w powieści „niecierpliwości” i „naśladownictwa”. Możemy nawet obudzić się pewnego ranka w obcym kraju, w samym środku lata, z dala od wielkiego miasta i jakiegokolwiek innego człowieka, w przekonaniu, że mamy dla siebie – i tylko dla siebie – cały dzień. Mimo to nadal jesteśmy jak postać z książki czytanej akurat przez bohatera „Wielkiego Upadku”, próbująca bezskutecznie podnieść z podłogi pestkę cytryny: ze względu na bezwolność skazani w swych zamierzeniach na porażkę.

Chaos bowiem jest siłą nieuniknioną, pochłaniającą. Czy wie to (bezimienny, jak i wszystkie inne postaci „Wielkiego Upadku”) bohater? Z pewnością mógłby się tego domyślić już w chwili, gdy do jego samotni – domu na skraju lasu – niespodziewanie wtargnie obcy mężczyzna, zarzucając mu brak miłości wobec kobiety, z którą ten właśnie spędził noc. To absurdalne, być może nawet nierealne wydarzenie  pozostawi jednak bohatera jeszcze obojętnym. Spokojnie dokończy jeść śniadanie i  wyruszy w beztroską wędrówkę po lesie, gdzie długo przez nikogo nie niepokojony, będzie mógł cieszyć się – jak chce narrator – „z owej pustki”.

Tak naprawdę jednak już pierwszy postawiony przez bohatera krok będzie początkiem wędrówki, która musi zakończyć się owym Wielkim Upadkiem. My – poinformowani przez narratora – wiemy o tym już od pierwszego zdania. Bohater, z zawodu aktor, który nazajutrz ma kręcić film (zresztą –  film o amoku), zostaje wrzucony w sam środek sztuki, która zdaje się powstawać na bieżąco, na naszych oczach, zmuszając do ciągłych improwizacji, pokonywania powstającego ad hoc toru przeszkód, będącego wariacją na temat ulubionego sportu, „który (bohater) sam wynalazł”, czyli „chodzenia z przeszkodami”. Tę ciągłość fizycznej aktywności bohatera Handke opisuje tak : „Kiedy napotykał na drodze przewrócone drzewo, bryłę skalną, rów z wodą, płot albo inne bariery, nie omijał ich, lecz usiłował sforsować przeszkody w linii prostej”.

Jednak tym prawdziwym torem przeszkód okaże się podążanie w środek chaosu, przejście drogi wiodącej wprost z sielankowego leśnego krajobrazu w hałaśliwe centrum miasta, centrum cywilizacji drogi od dnia ku nocy, w końcu – drogi naszpikowanej spotkaniami. Niespodziewanymi, bo podporządkowanymi wewnętrznej logice tej konkretnej narracji.

Przeczytaj także:

Bo w istocie jest to droga logiki narratora. Handke bowiem pozwala mu na doświadczanie bohatera opowieścią wymykającą się realizmowi, a tym samym jednoznacznej interpretacji. Nie jest to jeszcze całkowita poetyka snu, choć oczywiście pojęcia takie jak „sen” czy „przebudzenie” odgrywają istotną rolę. Czy jest to zatem opowieść podporządkowana innej odmianie snu, temu majakowi skrytemu między śmiercią serca a śmiercią mózgu, jak  w opowiadaniu noblisty „Przewracanie się kręgli na chłopskiej kręgielni”? Wszystko wskazuje na to, że też niezupełnie, bo wprawdzie pojęcie „końca czasu” pojawia się w myślach aktora i zdarzy mu się wykrzyknąć: „O ile w ogóle będzie następny raz”, lecz jest to raczej wyraz obawy przed końcem cywilizacji, co wyraża wprost, gdy myśli: „Ma to oznaczać, że ludzkość się kończy, koniec ze mną i z innymi, ze światem ludzi?”. 

A jednak cokolwiek się tu wydarzy, będzie naznaczone umownością. Bohaterowi przyjdzie spotkać ojca czy dawnego sąsiada, na polanie w środku lasu natknie się też na sławnego prezentera telewizyjnego, który „kręcił także filmy dokumentalne o sektach, braku wody i zapobieganiu lawinom”, spotka „pięciu wspaniałych od chirurgii plastycznej twarzy”, na rowerach górskich przyjadą „czterej traderzy z City-and-Rural-Bank”, a w końcu zjawi się „w czarnym dresie bez rękawów sam prezydent całego kraju w orszaku z całym rządem”. Te postaci będą zresztą podczas podróży bohatera wracać – choć w innych konfiguracjach, przetworzone, przemyślane od nowa. 

Ta logika podporządkowana zmieniającym się nieustannie emocjom narratora pozwala mu na snucie      opowieści o amoku, który jest efektem niezgody na chaos świata. Amoku, w jakim tkwi ów poruszający aktorem demiurg-lalkarz. W jego rękach bohater okazuje się całkowicie bezwolny. Widzimy to już na początku opowieści, gdy bohater nagle „stracił wszelką siłę w ramionach, zarówno w prawym, które wyciągnął po chleb, jak i w lewym”. Co więcej, nawet on sam zdaje się wiedzieć, że jest tylko postacią w spektaklu: „Wrażenie posiadania widza i słuchacza, i to od długiego czasu, kogoś, kto stał za nim i w milczeniu potrząsał głową, było tak silne, że się odwrócił”. I dalej: „Myślał, że jest obserwowany przez kogoś niewidzialnego”.

Przeczytaj także:

A jednak mimo owych przebłysków świadomości nie jest w stanie przeciwstawić się decyzjom narratora. Ani chodzenie tyłem czy zygzakiem, co stara się czynić aktor, ani nawet trzykrotne okrążanie placu w centrum miasta, nie okażą się skutecznym sposobem na opóźnienie tego, co nieuniknione, czyli przejścia z bezpiecznego skraju zdarzeń do środka, do centrum chaosu, gdzie kwitnie przemoc, gorsza jeszcze niż owe „wojny sąsiedzkie”, o których dowiadujemy się chwilę wcześniej, a więc wojny wynikające z małej codziennej nienawiści, gdy „pewien mężczyzna wyszedł przed bramę swojego ogrodu, a jego sąsiad zaatakował go szablą (…). Inny znowuż został oblany z góry wrzącą smołą, a jeszcze inny (…) podczas przeglądania gazety na tarasie otrzymał cios w kark drewnianą pałką (…).

Kto winny jest owemu chaosowi świata? Kto odpowiada za Wielki Upadek? Religie, skoro każdy z „dewastatorów” jest przekonany, że „w tej wojnie światowej racja jest po jego stronie, uważając ją za miłą Bogu”, a może politycy, „owe typy nowego teatru świata”, czy w końcu my wszyscy, którzy – jak aktor – tracimy okazję „do uratowania człowieka poprzez interwencję”?

Peter Handke nie uprawia publicystyki, a zatem nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Źródła chaosu wydają się jednak oczywiste, tak w świecie sprzed dekady jak i w dzisiejszym: świecie absurdalnych wojen, dewastacji środowiska naturalnego, codziennej przemocy, wynikającej tak z nienawiści, fobii i uprzedzeń, jak i z zaniku empatii. Amok narratora staje się więc tym samym adekwatną reakcją podszytą bezsilnością wobec rzeczywistości.

Czy i my powinniśmy podążać tą drogą i poddać się amokowi? Handke nie wmówi tego wprost. Być może ufa, że nie będziemy jak aktor prowadzony przez jego narratora i nie pójdziemy tyłem, unikając patrzenia na chaos, lecz zareagujemy na „narrację amoku” w najprostszy możliwy sposób – jak jeden z bohaterów, którego protest wyraża się krótkim, ale donośnym i powtarzalnym krzykiem: „Stul pysk!”.

Peter Handke, Wielki Upadek (Der Große Fall)
Przełożył Viktor Grotowicz
Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2021
ISBN: 9788366102484

Peter Handke in „Der Große Fall ” (The Big Fall) allows the amoked narrator to bring to life a hero who is passive in his hands. And he places him in front of the chaos of the modern world. However, revealing the result of this clash in advance – Przemysław Poznański writes in his review.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: